07-08/2020

Piotr Szarota

Kraków 1945

[…]

VII
W lipcu 1945 roku do Krakowa trafił wraz z rodzicami dwudziestotrzyletni Stanisław Lem. Przyjechali ze Lwowa, w którego odzyskanie z rąk sowieckich mało kto już wtedy wierzył. Choć główna fala tak zwanych repatriantów miała zasiedlić „Ziemie Odzyskane” (też tak zwane), Lemowie dość nietypowo postanowili udać się do Krakowa. Tam bowiem, przy ulicy Śląskiej 3, czekało na nich niewielkie mieszkanie, które udostępniła im znajoma.

Z jednej strony uznać ich można za szczęściarzy. Szacuje się, że wojnę przeżyło tylko nieco ponad osiemset osób z ponad stutysięcznej żydowskiej populacji Lwowa. Choć Lemowie czuli się Polakami, Niemcy byli innego zdania – wojnę udało im się przeżyć tylko dzięki zdobytym z trudem aryjskim papierom. Po koszmarze okupacji konieczność opuszczenia rodzinnego miasta musiała napawać ich goryczą. Lem nigdy nie przestanie czuć się lwowiakiem wypędzonym ze swojego rodzinnego miasta, które nazywał „Ojczyzną”. Do końca życia będzie powtarzał, że w Krakowie czuje się tylko „azylantem”.

Lemowie obawiali się też nowych, komunistycznych porządków. Po tym, co widzieli we Lwowie, było to zupełnie zrozumiałe. Na domiar złego dochodziły do nich informacje o zajściach antysemickich mających miejsce w wyzwolonej już części kraju. Los chciał, że niedługo po ich przyjeździe do Krakowa na Kazimierzu miało dojść do pogromu. Na Lemie, który był naocznym świadkiem pogromu lwowskiego z początku lipca 1941 roku, musiało to zrobić wstrząsające wrażenie. Trudno się dziwić, że przez kilkadziesiąt lat pisarz unikać będzie rozmów na temat historii rodziny i swoich wojennych przeżyć. Jeśli robił wyjątek, zręcznie mylił tropy, wprowadzając w błąd rozmówców. Nawet początek jego pobytu w Krakowie przez lata skrywała tajemnica, do niedawna przyjmowało się na przykład, że Lemowie przyjechali tam dopiero w 1946 roku.

We Lwowie zostawili cały swój majątek i musieli teraz praktycznie zaczynać od nowa. Samuel Lem, który we Lwowie był cenionym laryngologiem, skończył w 1945 roku sześćdziesiąt sześć lat. Był dystyngowanym starszym panem ubierającym się ze staroświecką elegancją, który kompletnie nie przystawał do powojennej rzeczywistości. Mimo swojego wieku i choroby serca po przyjeździe do Krakowa zmuszony był podjąć po kilkuletniej przerwie pracę zawodową. Aż do śmierci pracować miał w jednym z krakowskich szpitali. Domowy budżet ratował Stanisław Lem. W Krakowie podjął studia na wydziale lekarskim, kontynuując naukę, którą zaczął we Lwowie. Dzięki zdanym tuż przed wyjazdem z rodzinnego miasta egzaminom, mógł studiować na trzecim roku.

Jak zauważył w swojej biografii pisarza Wojciech Orliński, zdecydowanie lepsze możliwości zarobkowania dałoby mu doskonalenie się w fachu, którego nauczył się podczas okupacji. Pracował wówczas jako pomocnik mechanika samochodowego i nauczył się spawać oraz posługiwać palnikiem acetylenowym. Szczęśliwie dla swoich późniejszych czytelników Lem wybrał jednak mniej opłacalną i bardziej krętą ścieżkę kariery. Jedną z osób, która miała zaważyć na jego późniejszej karierze, był doktor Mieczysław Chojnowski, który zaproponował zdolnemu studentowi współpracę w prowadzonym przez siebie Konwersatorium Naukoznawczym. Zadaniem Lema miała być prezentacja wybranych przez doktora prac naukowych, głównie anglojęzycznych, co wymagało od niego ekspresowego opanowania tego języka. W późniejszym okresie zatrudniony został też w miesięczniku „Życie Nauki”, co przyniosło mu pierwszą po wojnie pensję – 500 złotych. Drugim ważnym dla niego człowiekiem, którego spotkał wtedy Lem na swojej drodze, był Jerzy Turowicz. „Zapadłem na pisanie wierszy – bo na to się zapada jak na chorobę – zacząłem z nimi chodzić w różne miejsca. Tak trafiłem do redakcji «Tygodnika Powszechnego»” – wspominał po latach. I tak to się mniej więcej zaczęło.

Ze Lwowa pochodziła także rodzina Zbigniewa Herberta. Herbertowie z dwójką dzieci opuścili miasto wiosną 1944 roku, aby osiąść w podkrakowskich Proszowicach, gdzie ojciec poety, Bolesław, objął posadę dyrektora miejscowego banku. W Krakowie pojawili się wiosną 1945 roku i zamieszkali przy ulicy Śląskiej 9a, kilka kroków od domu, w którym mieszkać będą państwo Lemowie. Po latach autor Raportu z oblężonego Miasta wspominać będzie wyprawy z siostrą Haliną do teatru, oglądali m.in. Męża doskonałego – spektakl, którym zainaugurował swą powojenną działalność Stary Teatr. W maju 1945 roku Bolesław Herbert dostał propozycję objęcia atrakcyjnej posady naczelnika wydziału finansowo-budżetowego Gdańskiej Dyrekcji Odbudowy, rodzice postanowili więc, że Halina i Zbigniew będą studiować w Krakowie, oni zaś wyjadą do Sopotu. Kilka tygodni później przyszły poeta będzie już mógł rozkoszować się samodzielnością, ale życie będą wieść z siostrą bardzo skromne. Jednym z jego wynalazków będzie „naprawianie” dziurawych butów poprzez wypełnianie ich od środka wyściółką z gazet. Dwudziestoletni wówczas Herbert przyglądał się też z niepokojem narzuconym przez komunistów nowym porządkom. Do swojego szkolnego kolegi Zdzisława Ruziewicza 27 lipca napisze: „mamy Polskę (jaką, za długo opowiadać). Można w każdym razie oddychać jednym płucem. Możliwości życia na ogół marne, ale są”.

VIII
Po wyzwoleniu do Krakowa zaczęli napływać też Polacy pochodzenia żydowskiego, którym udało się przetrwać Holocaust. Byli wśród nich także dawni mieszkańcy miasta, którzy zostali wysiedleni po likwidacji getta. Oględnie mówiąc, nie witano ich entuzjastycznie. Bezskutecznie próbowali odzyskać mieszkania, które teraz zajmowali nowi właściciele. Na ogół nie byli nawet wpuszczani do środka. Odżyły szybko stare resentymenty i legendy o domniemanym żydowskim bogactwie. Mówiło się, że każdy Żyd wracający z obozu dostaje dziesięć tysięcy dolarów zadośćuczynienia. Atmosfera stopniowo gęstniała, a kiedy w czerwcu pojawiły się informacje o zajściach antyżydowskich w Rzeszowie, wielu krakowskich Żydów zaczęło obawiać się najgorszego. Jak się wkrótce miało okazać, te obawy były ze wszech miar uzasadnione.

Pod koniec lipca w Krakowie milicja zatrzymała kobietę podejrzaną o porwanie dziecka. Mimo że okazało się, że porwania w istocie nie było, po mieście rozeszła się plotka, że Żydówka porwała dziecko „w celach rytualnych”. Dwa tygodnie później, w sobotę 11 sierpnia grupa wyrostków obrzuciła kamieniami synagogę przy ulicy Miodowej, gdzie odbywały się modły. Gdy jeden z modlących się próbował rozpędzić napastników, młody człowiek należący do ich grupy zaczął uciekać, krzycząc: „Ratunku, Żydzi chcieli mnie zamordować!”. Był to początek antyżydowskich zamieszek, w których czynny udział wzięło około tysiąca osób, w tym żołnierze i milicjanci. Osoby o semickich rysach były wyłapywane na ulicach i bite, doszło też do plądrowania żydowskich sklepów. Siłom porządkowym zajęło kilkanaście godzin, zanim w mieście przywrócony został spokój. Historyk Marcin Zaremba przytacza zeznania dozorcy w żydowskim schronisku, który przyłączył się do pogromu: „Wszyscy dookoła mówili, że Żydzi mordowali dzieci. Ja jeszcze do tego wiedziałem, że żołnierze łapią przede wszystkim Żydów, tak we mnie wzbudziła się dawna nienawiść do Żydów i po prostu ulżyłem sobie”. Na ogół przyjmuje się, że zginęła wtedy jedna osoba, dokładna liczba rannych nie jest znana.

Informacje o pogromie wywołały wstrząs wśród polskiej inteligencji, a już szczególnie u osób, które same cudem uniknęły eksterminacji podczas wojny. Pod wrażeniem tych wydarzeń Kazimierz Wyka napisał esej, który ukazał się we wrześniu w tygodniku „Odrodzenie”. „Potęga ciemnoty potwierdzona – pisał. – Trudno inaczej nazwać objawy, które nadal trwają w części polskiego społeczeństwa. Zwłaszcza kiedy ma się w świeżej pamięci ponure i rozbestwione widowisko, którego areną był Kazimierz krakowski”. Wykę najbardziej niepokoił jednak fakt, że jadowity antysemityzm dostrzec można było w Krakowie także wśród ludzi wykształconych: „tępa ciemnota tłumu przechodzi w osad ciemnoty u ludzi, którzy z pozoru powinni być na jej powstanie uodpornieni”.

Właśnie w sierpniu trafił do sprzedaży pierwszy numer miesięcznika „Twórczość”, zapowiadany już w prasie od kwietnia. Wydany został na papierze pakowym w kolorze wyblakłego różu, za to w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy, który miał się utrzymać jeszcze przez prawie rok. W pierwszym numerze znalazło się m.in. opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza Stara cegielnia, reportaż Tadeusza Peipera z Jakucji oraz fragment nowej powieści Jerzego Andrzejewskiego Natchnienie świata, która nigdy nie zostanie dokończona. Prawą ręką Kazimierza Wyki miał się stać Karol Kuryluk, który jednocześnie kierował „Odrodzeniem”. W stopce pojawiło się też nazwisko Jerzego Putramenta, które gwarantowało, że nad wszystkim czuwa partia, nawet jeśli w otwierającym numer manifeście programowym na próżno szukać magicznego słowa „marksizm”. Wszystko nadzorował, przynajmniej w czasie powstawania pierwszego numeru, zaufany pisarz władzy Leon Kruczkowski, który szybko przeniósł się do Warszawy, by zostać wiceministrem kultury.

W obliczu antyżydowskich zajść, do jakich doszło wtedy na Kazimierzu, niektóre z zawartych w pierwszym numerze „Twórczości” tekstów czyta się do dziś ze ściśniętym gardłem, choćby wstrząsający wiersz Miłosza Campo di Fiori, będący komentarzem poety do obojętności, z jaką spotkało się w jego odczuciu powstanie w getcie warszawskim. Znalazł się tam także bezkompromisowy tekst Wyki Gospodarka wyłączona, który wejdzie później do tomu Życie na niby wydanego w 1957 roku. „Czy formy, w jakich dokonała się eliminacja Żydów, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło ją zdyskontować, były moralnie do przyjęcia?” – zastanawia się Wyka i odpowiada bez cienia wątpliwości: „nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczego i moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę […], ale my już teraz mamy korzyści nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności, jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa. […] Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów, spadają na ich sumienie. Reakcja na te formy spada jednak na nasze sumienie. Złoty ząb wydarty trupowi będzie zawsze krwawił, choćby już nikt nie pamiętał jego pochodzenia. Dlatego nie wolno dozwolić, by ta reakcja została zapomniana lub utrwalona, bo jest w niej tchnienie małostkowej nekrofilii”.

[…]

[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.