02/2021

Wacław Holewiński

Krew na rękach moich
(fragment powieści)

33. (listopad 1862)
Karol Ruprecht1, administrator „Gazety Polskiej”… Różycki postanowił wezwać go na przesłuchanie. Wiedział, że to on udaremnił apel do wielkiego księcia Konstantego potępiający zamachy.

Kazał mu siadać. Czterdziestolatek, porządnie ubrany, elegancki surdut, ciemny zarost pokrywający większość twarzy. Ale dostrzegł też coś, co zobaczyć mógł tylko doświadczony śledczy. Zmęczenie na twarzy, w oczach, w pewnym spowolnieniu reakcji. Nie była to kwestia wieku. Raczej chyba jakiegoś zniechęcenia, kłopotów, nerwów.

Rozmawiali po polsku. Zapytał na początku o to, co zawsze go interesowało.

– Wtedy, gdy pan stał pod szubienicą… Który to był rok? – udał, że nie pamięta.

– Tysiąc osiemset czterdziesty szósty, pułkowniku. Szesnasty marca. Takich dat się nie zapomina. Zapadają w człowieka na zawsze. Jak dzień urodzin.

W jego głosie nie wyczuł nawet odrobiny niepokoju. I pomyślał, że to nie jest dobry objaw.

– Był pan przekonany, że to koniec?

– Tak, pułkowniku.

– Ułaskawienie przyszło w ostatniej chwili.

Różycki słyszał o dziesiątkach takich ułaskawień, tuż przez założeniem pętli na szyję skazańca. Tacy ludzie rzadko kiedy byli skłonni jeszcze raz podnieść rękę na władzę. Zwykle mieli złamany kręgosłup.

– Tak, pułkowniku, w ostatniej chwili.

– Napije się pan herbaty? – Nie chciał, aby ich rozmowa miała formalny charakter.

Ruprecht uśmiechnął się nieznacznie.

– Jeśli pan pułkownik łaskaw…

Kazał adiutantowi nastawić samowar.

– Stał pan pod tą szubienicą i… Ciekaw jestem, czy przyszło panu do głowy… Czy przyszło panu do głowy – powtórzył – że nie było warto.

Zobaczył, że tamten omiótł go uważnym spojrzeniem, a potem przeniósł wzrok na okno.

– To mi przyszło do głowy, pułkowniku, dwudziestego siódmego lutego. Tę datę, jak pan widzi, też pamiętam. Przyznałem się do spisku, zbrodni stanu. W tamtych okolicznościach – zaplótł ręce, pocierał palec o palec, jakby mu było zimno – powstanie nie miało sensu. Byliśmy skazani na porażkę.

– A dziś? Dziś nie jesteście skazani na porażkę? Coś się zmieniło? Rosja skarlała? Jej armia poniosła jakąś klęskę? Inne mocarstwa są gotowe wrócić Polsce wolność? Ot tak, po prostu?

– Do czego pan, pułkowniku, zmierza? Dobrze pan wie, czym się dziś zajmuję. A jeśli nie, gotów jestem udzielić wszelkich wyjaśnień.

Podsunął tamtemu cukiernicę. Wsypał niezbyt dużo, długo za to mieszał. Odłożył łyżeczkę na metalową tackę.

– Tak, tak, wiem, czym się pan redaktor zajmuje. Chyba nawet więcej wiem, niż chciałby pan, abym wiedział. Ale, ale, to ułaskawienie. Zamieniono panu wyrok na dziesięć lat. Potem trafił pan do kopalni, prawda?

– Tak, pułkowniku, nawet do kilku. W Nerczyńsku, Akatui, Aleksandrowsku.

– Jak pan wspomina te lata?

– Chciałby pan usłyszeć spowiedź nawróconego grzesznika?

– Grzesznika tak, ale czy nawróconego?

– To były ciężkie lata. Bez wątpienia pozostawiły ślad na moim zdrowiu. Z drugiej strony – tym razem Ruprecht jakby szukał czegoś w głowie – jest taka sentencja Epikteta. Żebym nie pomylił… „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”.

Pomyślał, że redaktor chciał go zaskoczyć swoją erudycją, wiedzą, ale greckich filozofów znał na pamięć. Odpowiedział prawie natychmiast:

– Epiktet… Czyż on nie mówił o wolności człowieka? Że należy poskromić pragnienia?

Bez wątpienia zobaczył iskrę zainteresowania w oczach Ruprechta. Najpewniej nie miał wcześniej do czynienia z żadnym rosyjskim wojskowym, który gotów byłby stoczyć z nim taki pojedynek.

– Tak, pułkowniku. Wolnym można być jednak w każdych okolicznościach. Nawet tam, na dole, w kopalni. I czuć się Polakiem. Ani gorszym, ani lepszym od innych. Człowieczeństwo w takich okolicznościach znaczy więcej, niż się tu, na wolności, wydaje.

Nie chciał, nie mógł mu powiedzieć, że wie, iż tamten został członkiem Rządu Narodowego. Tyle że ta okoliczność była jak dar niebios. Nie spodziewałby się, aby Ruprecht i ten drugi, Giller, mogli przeć do powstania. Byli wręcz raczej przeciwwagą dla tych szaleńców, „czerwonych”.

– Poprosiłem pana redaktora – użył uprzejmej formy „poprosiłem” świadomie – aby zapytać o ten adres do wielkiego księcia. Tak, tak, wiem, będzie pan przeczył. Pan się przeciwstawił…

– Nie bardzo wiem, pułkowniku, o czym pan mówi.

– Chciałem zapytać… Przecież tam było potępienie zamachów. Żaden człowiek kochający, szanujący życie, wolność, nie może godzić się na takie metody. Obaj wiemy, że nawet Francja nie przetrzymała terroru.

– Rozumiem, pułkowniku, że chce pan uzyskać ode mnie odpowiedź, która pozwoli panu zachować czyste sumienie, nieprawdaż?

To był celny, precyzyjny cios. Nie spodziewał się go i w pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Dotknął filiżanką ust, wziął łyk herbaty. Odstawił, dosypał cukru.

– Sądzi pan, że moje sumienie wymaga jakiejś zapomogi, jałmużny? Staram się postępować uczciwie, zgodnie z prawem. Dobrze pan wie, że terror zawsze pociąga za sobą reakcję państwa, że nikt nie pozwoli na te ciągłe zamachy. To by świadczyło o słabości, a na to w dzisiejszym świecie nikt sobie nie pozwoli. Zresztą, nawet jeśli przyjąć – pozwolił sobie na sarkazm w głosie – pańską interpretację, i tak będę ciekaw pańskiej odpowiedzi.

Wiedział, że Ruprecht znaczy więcej, niż chcieliby niektórzy. Nie bez powodów Kronenberg2 oddał w jego ręce gazetę po wyjeździe z kraju Kraszewskiego. Co więcej, jeśli ten bogacz, jeśli zechce wspomóc rewolucję… Wciąż wierzył, miał nadzieję, że uda się powstrzymać wybuch, a z tymi, którzy mordują na ulicach, prędzej czy później sobie poradzą.

– Panie pułkowniku, wezwał mnie pan tutaj, przecież nie jako partnera do rozmowy. Reprezentuje pan państwo, którego formalnie, przynajmniej formalnie – podkreślił – obaj jesteśmy obywatelami. Ale jednocześnie dobrze pan wie, jakie są nastroje w Królestwie. Wystarczy mała iskra. I to pan, oczywiście przed panem cesarz, namiestnik, oberpolicmajster, ministrowie, ale pan przecież też, decydujecie, czy kraj zapłonie. Jeśli chciałby pan poznać moją, obywatela, opinię… – odczekał chwilę – nie ma zgody na terror żadnej ze stron. Królestwu należy się konstytucja, unia z Litwą…

Powtarzał to, o co go podejrzewał. Że jest autorem ziemiańskiego adresu z września tego roku do Andrzeja Zamoyskiego. Nie był w tym zakresie specjalistą, ale przecież czytał artykuły Ruprechta i miał wrażenie, więcej, pewność, że przynajmniej część z tego tekstu wyszła spod jego pióra.

– Konstytucja – o tym Różycki nie chciał i nie mógł dyskutować – dobrze pan redaktor wie, nie leży w kompetencji takiej skromnej osoby jak ja. Jeśli cesarz zdecyduje… Ale pan i pańscy koledzy macie wpływ na społeczeństwo. Pan, kierując gazetą, może zresztą większy niż inni. Ofiar można uniknąć. Po obu stronach.

W gruncie rzeczy mógł się spodziewać, powinien był się spodziewać, że ta rozmowa będzie miała taki przebieg. Ruprecht patrzył na niego z uwagą, ale – miał też wrażenie – z odrobiną nonszalancji. Przyszło mu do głowy, że może polityka represji była przez ostatnich dwadzieścia lat zbyt łagodna. Może oni wszyscy, skazańcy, nie to że powinni wisieć, ale odsiedzieć swoje wyroki do końca, do ostatniego dnia? Tego zwolniono po pięciu latach, a tu, w kraju, czczą go jak bohatera.

– Czego pan pułkownik ode mnie oczekuje? Bo przypuszczam, że nie wezwał mnie pan – tym razem wyraźnie, mocno zaakcentował to „wezwał” – dla wymiany poglądów.

Zmierzył go wzrokiem.

– Chciałbym prosić, aby pan zaapelował o zaprzestanie tych bezsensownych zabójstw.

Ruprecht był autentycznie zaskoczony. Wcale nie starał się tego ukryć.

– Jak pan to sobie, pułkowniku, wyobraża? I kimże ja, na Boga, jestem, abym mógł wzywać, nakłaniać naród…

– Proszę, redaktorze – Różycki wszedł mu w słowo – nie mieszać do tego narodu. To nie naród, a grupa szaleńców, która chce podpalić tę beczkę prochu. A kim pan jest? Obaj to wiemy. Proszę, niech pan w swojej gazecie ogłosi apel…

Zobaczył, że tamten kręci głową.

– Pytał pan, pułkowniku, co czułem, stojąc pod szubienicą, widząc sznur tuż nad moją głową. Tak, czułem strach. Ale jednocześnie wiedziałem, że zachowałem się godnie. Rozumie pan? Godnie. Proponuje mi pan, Andrieju Konstantynowiczu – tym otczestwem zaakcentował, że stoją po dwu stronach barykady – samobójstwo. Moralne samobójstwo. Nawet gdybym przed sobą przyznał panu rację, nie zrobię tego publicznie.

– Nawet w imię ocalenia narodu? Przecież pan wie, że… graviora manent3. Niech pan przemyśli moją prośbę.

Kiedy tamten wyszedł, wyciągnął z szafy butelkę wódki i kieliszek. Nalał i szybko wypił.

– Graviora manent – powtórzył. – Kim byś był, co byś zrobił… graviora manent.

A potem przypomniał sobie Epikteta.

– Przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.