04/2018

Adam Komorowski

Kuba

Dziwnie się na świecie plecie. Rewolucja kubańska i socjalizm na Kubie więdnie, a założone u jej początków, w 1960 roku, czasopismo, kwartalnik Casa de las Americas, rozkwita. Jest dzisiaj „Casa” (bo pod tym skrótem jest znana) najdłużej istniejącym w Ameryce Łacińskiej kontynentalnym czasopismem kulturalno-literackim. W początkach drukowali tam wszyscy i poczytywali to sobie za zaszczyt. Potem jedni podpadli politycznie Kubańczykom, a wielu wspierać rewolucyjnej polityki kulturalnej nie chciało. Istotne jest, że pomimo zawirowań kubańskiej cenzury „Casa” mogła zawsze sobie pozwolić na więcej swobody aniżeli inne wydawane na Kubie czasopisma.

W „Casa” drukowali pisarze i krytycy, których z aktualną polityką kulturalną utożsamiać było trudno. Nawet w najtrudniejszych czasach wartości literackie znaczyły w „Casa” więcej aniżeli polityczne afiliacje. Spora w tym zasługa kierującego do dziś pismem Roberta Fernándeza Retamara (autora wydanego także w Polsce Kalibana), lat osiemdziesiąt siedem. Należał on do grupy pisarzy (Calvert Casey, Roberto Piñera), którzy powrócili na Kubę po zwycięstwie rewolucji. Zostawił etat wykładowcy na Columbia University, gdzie był kolegą Zbigniewa Brzezińskiego. W odróżnieniu od innych, nigdy nie podpadł chimerycznej władzy. Casey popełnił samobójstwo, Piñerę dotknął całkowity ostracyzm i zakaz druku (zezwalano mu jedynie na przekłady).

Fernández Retamar utrzymywał stosunki z akademickim środowiskiem w USA. Był intelektualnym partnerem, z którym się liczono. Sporo drukował poza Kubą. Kaliban w skróconej wersji ukazał się w „Casa”, ale pełna wersja miała pierwodruk w Meksyku. Kaliban otwierał drogę studiom postkolonialnym, był propozycją krytyczną w stosunku do karaibskich murzyńskich radykałów, Marcusa Garveya i Aimé Césaire’a. Jakkolwiek język tego eseju daleki był od rewolucyjnego dyskursu Ernesto Che Guevary czy Fidela Castro, to spotkał się z ich uznaniem. „Black Power”, „negritude”, „duma czarnych” zawsze były dla rewolucyjnych decydentów podejrzane, stanowiły przykład mylenia problemów etnicznych z klasowymi. Wszak ofiarami imperializmu mieli być wszyscy, bez względu na kolor skóry. O tych kontekstach Kalibana pisze Peter Hulme („Kaliban”, inteligencja amerykańska Fernándeza Retamara). Z tymi, którzy podpadli władzy, się nie solidaryzował, ale służalczych gestów wobec władzy się wystrzegał. Był oportunistą z klasą. W Chinach czy Korei Północnej taka postawa zapewne nie była możliwa, ale na Kubie i w europejskich krajach realnego socjalizmu – tak. Jak przy tego typu postawie można było zachować znaczącą pozycję w życiu kulturalnym i redagować czasopismo, nieustępujące wydawanym w „wolnym świecie”, pozostaje tajemnicą, jego i Jarosława Iwaszkiewicza.

Od kilku lat sytuacja na Kubie jest nieco inna. Demokracja nie wróciła. Władze doszły jednak do wniosku, że nadmierna kontrola życia kulturalnego nie jest jej do niczego potrzebna. Latami stygmatyzowani jako kontrrewolucjoniści Piñera i José Lezama Lima są dziś celebrowani jako wielcy pisarze, prawdziwi patrioci. W „Casa”, jak w samych początkach, drukują niemal wszyscy. Jest lepiej, obecnie drukuje tam wielu emigrantów, omawia się wydane na emigracji książki. Numer lipcowo-wrześniowy z 2017 roku poświęcony jest Lezamie Limie, numer kwietniowo-czerwcowy półwieczu wydania Stu lat samotności.

Zacznę od tego wcześniejszego. Zamieszczono w nim odpowiedź ponad trzydziestu pisarzy latynoamerykańskich na pytanie: „Dlaczego dzisiaj poleciłbyś lekturę Stu lat samotności?”. Jak to bywa w tego rodzaju ankietach, odpowiedzi bywają banalne. Ale powtarza się jeden wątek. Otóż odpowiadający, a w większości są to osoby urodzone po wydaniu dzieła Gabriela Garcíi Márqueza, wspominają moment, w którym czytali jego powieść. Wskazuje to na niezauważany moment doświadczenia estetycznego. Otóż okazuje się, że w przypadku spotkania z dziełem, które nas porusza, doskonale pamiętamy okoliczności. Adriana Lisboa (dobra poetka brazylijska) opowiada, że jako piętnastolatka wyciągnęła zaczytaną książkę z biblioteki starszego brata. Opisuje jej okładkę. Hildebrando Pérez Grande pamięta, że czytał książkę na przełomie maja i czerwca i opisuje egzemplarz pierwszego wydania, który zachowuje do dzisiaj (mam też taki). Okazuje się, że jednym z wyróżników lektury dzieła wybitnego jest zapamiętywanie naszego uwikłania w momencie spotkania z nim. Zapamiętujemy nie tylko treść, ale miejsce lektury, jej czas i materialny kształt samej książki. Pamiętamy krój czcionki i jakość dotykanego papieru. Dzieło wybitne zatrzymuje zawsze aurę pierwszej lektury. Jakby świat przedstawiony dzieła zagarniał ten fragment świata rzeczywistego, w którym się znaleźliśmy w czasie lektury. Jeżeli coś takiego przydarza się dużej grupie czytelników, jest wielce prawdopodobne, że mamy do czynienia z arcydziełem. Tak jest w przypadku Stu lat samotności.

O tej książce napisano sporą bibliotekę. Czytając zamieszczone w „Casa” wypowiedzi, widać zmianę perspektywy. Realizm magiczny nie jest wyróżnikiem. Wspominany jest jako doraźna łatka. Tym, co dziś najbardziej zadziwia, jest jej język, jego bogactwo. W ciągu półwiecza od jej wydania hiszpańszczyzna poddana medialnej obróbce, zdygitalizowanej komunikacji portali i SMS-ów ulega, podobnie jak inne języki cywilizowanego świata, uproszczeniu i amputacji. W świecie kalekich języków blogów, portali internetowych i tweetów lektura Garcíi Márqueza przypomina nam o bogactwie językowym, w którym każdy może budować własny styl, być sobą, a nie komunikatem. Rey Andújar pisze: „W czasach, kiedy tweet jest normą, czytanie Stu lat samotności ma fundamentalne znacznie dla zrozumienia naszej swoistości jako regionu i naszej poezji”.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że pięćdziesiąt lat temu Ángel Rama, krytyk zapewne najbliższy Garcíi Márquezowi, który promował jego prozę od samych początków, do Stu lat samotności miał spore zastrzeżenia. W swoich Dziennikach ubolewa nad tym, że autor w tej powieści nadmiernie „poetyzuje” swoją prozę. Ideałem dla niego był zdyscyplinowany język Kroniki zapowiedzianej śmierci. Lojalny wobec przyjaciela Rama swoje sceptyczne uwagi pozostawił na kartach Dziennika, ale nigdy nie przyłączył się do entuzjastycznych apologetów Stu lat samotności.

Znaczenie tej powieści na mapie literatur języka hiszpańskiego często przyrównuje się do Don Kichota. Czy tak jest, będzie można stwierdzić za czterysta lat. Ale Juan Villoro ma dużo racji, wskazując na pokrewieństwo pisarskiej strategii Miguela de Cervantesa i Garcíi Márqueza. Obydwaj opowiadają swoje historie, jakby były one już wielokrotnie opowiadane i niemal powszechnie znane. Cervantes rzekomo porządkuje opowieści o Don Kichocie (wspierając się arabskim rękopisem), García Márquez sagę o losach rodziny Buendia opowiada tak, jakby losy tej rodziny były znane na całym karaibskich wybrzeżu Kolumbii. Epickość zdaje się zakładać (od Homera) nie tyle zmyślenie, ile domniemanie uporządkowania opowiadanego.

Reportaż Alberta Salcedy Ramosa z Aracataki (Macondo w duszy) zdaje się to potwierdzać. Aracataca (powieściowe Macondo) zamieniła się w ostatnim półwieczu w wielkie muzeum i miejsce peregrynacji wielbicieli Garcíi Márqueza z całego świata. Salcedo Ramos pisze, że wielu przewodników, wskazując miejsca związane z bohaterami Stu lat samotności, opowiadając o ich rodzinnych koligacjach, samej powieści nie czytało. Nie odczuwają takiej potrzeby. Są przekonani, że jako potomkowie sąsiadów pisarza równie dobrze jak on znają dzieje rodziny Buendia, ponieważ opowiadała im o nich babcia czy stryj. I rzeczywiście ją znają. Powieść znika, opowieść zostaje.

Z czymś podobnym mamy do czynienia w przypadku Don Kichota, ale w skali globalnej. Liczba ludzi, którzy z sensem potrafią opowiedzieć o przygodach „rycerza smętnego oblicza”, zdecydowanie przewyższa liczbę tych, którzy powieść czytali.

Gustavo Bell Lemus, w eseju „Sto lat samotności”, czyli rewindykacja Karaibów dla tożsamości narodowej Kolumbii, zajmuje się modyfikacją geograficznej identyfikacji Kolumbijczyków. Do czasu pojawienia się tej powieści karaibskie wybrzeże w świadomości Kolumbijczyków było całkowicie zmarginalizowane. Bogotańskie elity z wyższością (Bogota leży na wysokości 2600 metrów nad poziomem morza) i pogardą spoglądały na Karaiby, gdzie w tropikalnym upale mieszkańcy oddają się nieróbstwu, ewentualnie seksowi i pląsom w dziwnych dzikich rytmach. W tym lekceważeniu było sporo etnicznych uprzedzeń. W Andach Murzynów nie ma, na Karaibskim wybrzeżu jest ich sporo. Afrykańskie ingrediencje na Karaibach zakłócały „biały” projekt modernizacji stołecznych elit. Sto lat samotności zmieniło tę perspektywę. Etniczny i kulturowy tygiel Karaibów zaiskrzył dziełami, które cywilizacyjne peryferie przesunęły ku centrum. Nagrody Nobla dla pisarzy z Karaibów, Miguela Ángela Asturiasa, Garcíi Márqueza, V.S. Nai­paula i Dereka Walcotta, nie wspominając pisarstwa Aleja Carpentiera i Lezamy Limy, dopełniły tę zmianę perspektywy, która zaczęła się, gdy karaibskie rytmy: bolero, rumba, son cubano, calypso, merengue i salsa przygłuszyły tango. Awans Karaibów do roli znaczącego kręgu cywilizacyjnego więcej zawdzięcza kulturze aniżeli polityce.

Dlatego lektura tego numeru „Casa” jest pouczająca. Przez lata w oficjalnie obowiązującym dyskursie kubańskim (podzielanym przez latynoamerykańską lewicę) źródłowym i najbardziej znaczącym dla uznania Karaibów za kulturowe centrum wydarzeniem miała być Rewolucja Kubańska. W tym numerze nie ma o tym ani słowa. Można odnieść wrażenie, że wobec Stu lat samotności dla „odnalezienia się Karaibów w jestestwie swoim” (jakby napisał Stanisław Brzozowski) Rewolucja Kubańska była czymś przygodnym, mało istotnym.

Kiedyś mocno podpadnięty władzy, a dziś współredagujący z sędziwym Fernandezem Retamarem „Casa”, Jorge Fornet pisze o związkach Garcíi Márqueza z Kubą (García Márquez i Kuba. Świadectwo pewnej namiętności). Jest sporo o przyjaźni pisarza z Fidelem Castro (autorem dość powierzchownego tekstu o Stu latach samotności), poufnych misjach do zaprzyjaźnionego z pisarzem prezydenta Billa Clintona. Są to sprawy znane z wydanej w polskim przekładzie książki Ángela Estebana i Stéphanie Panichelli Gabo i Fidel. Fornet, znający pobyt Garcíi Márqueza na Kubie z własnego doświadczenia, zwraca uwagę na jego osobliwy aspekt. Otóż, mimo że pisarz od lat siedemdziesiątych XX w. przemieszkiwał dużo na Kubie, jego kontakty z kubańskim środowiskiem literackim i artystycznym były żadne. Po Noblu, podobnie jak Ernest Hemingway, przebywał na Kubie, ponieważ tam, uwolniony od roli literata celebryty, miał święty spokój, mógł pisać i robić, na co mu przyszła ochota. Poetka Dulce María Loynaz (laureatka nagrody Cervantesa) określiła go tak: „Jest niesympatycznym arogantem i nie podejmuje najmniejszego wysiłku by temu zaprzeczyć”. Spontaniczny, żywiołowy i życzliwy człowiek na Kubie odnajdywał się w roli anonimowego odludka. Potwierdziła to kwerenda Forneta w archiwum pisarza zdeponowanym na Uniwersytecie Teksańskim w Austin. Wśród obfitej korespondencji pisarza znalazł tylko kilka listów wymienionych z Kubańczykami (Haydée Santamarią i Fernandezem Retamarem).

Na koniec wracam do kwestii wpływu Stu lat samotności na kulturowe dowartościowanie Karaibów. Nie tylko Karaiby wiele jej zawdzięczają. Do jej beneficjentów należy też Kraków. Setki (tysiące?) ludzi na całym świecie, codziennie czytających tę powieść, potykają się o moje miasto. Meme jest jedyną Buendia, która umieszczona w klasztorze, umiera poza Macondo, właśnie w Krakowie.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.