12/2020

Adam Tomczyk

Kwarantanna

Zmierzch ze wszystkiego zabiera kolory. Szarość za oknem zapowiada ciemność. Trawa wyzbyła się nagromadzonego za dnia chlorofilu i spopielała ultramaryna nieba. Gdy po chwili znowu spoglądam w okno, jest ciemniej. Jeszcze tylko z tła czarnymi kreskami odcinają się gałęzie drzew w ogrodzie, by zniknąć. Pożera je noc. Światło migoce w oddali, jakby alfabetem Morse’a wysyłał ktoś prośbę o ratunek. Przecież wiem, że jest jeszcze świat za moim oknem. Ostatnio stał się zbyt nieprzyjazny i natarczywy jak nieproszony gość. Dlatego chętniej zanurzam się w noc. Opuszczam rolety, by jeszcze bardziej otuliła mnie ciemność. W kokonie ciszy spokojnie przeżuwam dzień, oswajam cudze strachy i swoje niepokoje. Telewizyjne wiadomości, informacje i wydarzenia ze świata trawię i wydalam w sennych koszmarach. Zbliżam się, chcę rękę podać na powitanie, przytulić czy nawet z bliska spojrzeć w oczy, coś mówi – Nie! Nie rób tego, to może być strefa zakażenia.

Koronawirus rządzi światem. Spadają ceny ropy, straże na granicach, nagle pustoszeją bary i restauracje, zamknięte teatry i kina, odwołane są sportowe zawody, a nawet letnia olimpiada, bezludne miasta, puste szkoły, przepełnione szpitale i rośnie statystyka ofiar.

Gwar, huk, rejwach. Zdążyłem się już dawno przyzwyczaić do przerw na szkolnych korytarzach. Słyszę swoje myśli i z tego zgiełku potrafię wysupłać dźwięki i słowa. Uczniowie ukradkiem zerkają na smartfony, tak się komunikują pomiędzy sobą. Nauczyciele rozstawieni w newralgicznych miejscach pilnują, by ten bałagan nie przerodził się w chaos, nie eksplodował. Niektórzy w skupieniu i z koncentracją wypełniają ten obowiązek, inni zdają się nie zwracać nadmiernej uwagi, zajęci rozmową. Szkoła żyje, pulsuje tętno i jak krew w aortach przez korytarze płynie ciżba dzieci. Śmiechy, krzyki, nawoływania, ktoś biegnie, inny skacze z kilku stopni schodów na niższy korytarz. Grupka maluchów przepycha się przy automacie z napojami. Dziewczynki na ławce są zajęte rozmową, pewnie to sprawy poważne. Kilku chłopców zatrzymuje się nagle w kącie i z obawą zerka w moją stronę. Już wiem, że coś spsocili. Wyjaśniam sprawę i idę po narzędzia. Chłopcy wracają na hol. Chyba im za gorąco. Wychodzą na zewnątrz. Po chwili znowu wchodzą do środka, pewnie im za zimno, przecież jest początek marca.

– Zamknijcie te drzwi! – przekrzykuję hałas.

I nagle pusto. Nie ma nikogo na korytarzu. Cicho i głucho. Ktoś wyłączył dzwonek. Zimno. Chodzę po pustej szkole, a wszędzie jakby duchy w oczekiwaniu na zmartwychwstanie.

Przecież to nie są wakacje. W wakacje szkoła odpoczywa, bierze głęboki oddech cała skąpana w słońcu. Pełna nadziei i oczekiwania na pierwszy dzwonek. Ptaki za oknami wyśpiewują swoje trele. Z Orlika dobiegają odgłosy grających w piłkę. Plac zabaw jest pełen radości i dziecięcego śmiechu. Tętni życiem jak wakacyjne przedszkole.

Teraz za oknem pusty Orlik ogrodzony wysoką siatką sprawia wrażenie jakiejś obozowej zony, więziennego spacerniaka. Plac zabaw dla dzieci też w żałobie. Nie niepokojone przez nikogo kawki skrzeczą i gubią gałązki, jak gdyby nigdy nic budują swoje gniazda.

W polonistycznej klasie na biurku milczą książki. Spadły z tablicy ostatnie słowa odmieniane przez liczby i przypadki. W następnej sali też głusza i wisi wśród niemych ścian pytanie „do kiedy?”. Z sali gimnastycznej wieje chłodem i niepokojącą ciszą. Nic nie wygląda tak przygnębiająco, jak opuszczona szkoła. Jeszcze słychać śmiech i gwar, ale to tylko złudzenie. Jestem tego świadomy i pustka murów szkolnych mówi to dobitnie. Brązowe popiersie Jana Pawła II na ścianie korytarza sprawia, że przychodzą mi na myśl jego słowa: „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”. Teraz nabierają znaczenia. Ten epidemiczny czas to najważniejsza lekcja nie tylko dla uczniów, lecz także dla nas wszystkich rekolekcje, domowe zadanie do odrobienia. A właśnie teraz, kiedy piszę te słowa, jest piętnasta rocznica śmierci naszego papieża. Już święty, jest więc orędownikiem naszych próśb.

Noc. A chyba widzę więcej, wchodzę w siebie. Nic nie rozprasza moich myśli. Już nawet nie jestem pewny, czy sam istnieję naprawdę. Muszę sobie siebie wyobrazić. Nawet dotyk jest złudzeniem. Może życie to tylko wyobraźnia? Może wcale nie było dnia i tych wszystkich traumatycznych obrazów z zarażonych Włoch? Już nie wiem, czy chciałbym mieszkać w Hiszpanii. Chyba nie. Mały wirus pozbawia mnie marzeń.

Wyobrażam sobie katedrę w Barcelonie opuszczoną przez świętych. Pełną przeróżnych stworów, potwornych gadów i smoków. Tarasują wejście, patrzą na mnie wyłupiastymi oczami, szczerzą kły olbrzymie psy bez sierści, chcą mnie pożreć. Na gzymsach i kapitelach siedzą zombie i zapełniają moją imaginację. Rozwarte paszcze rzygaczy wydalają na mnie niestrawioną treść ze swoich wnętrzności.

Każdy dzień zostawia na mnie osad brudu, który muszę zmyć, zdezynfekować, aby znowu marzyć. W dzień najeżony kolcami czekam na spokój nocy. Noc mnie oczyszcza. Budzę się w godzinie duchów. Patrzę w kwadrat okna, które jaśnieje na tle ciemnej ściany. To zimny księżyc przywędrował na tę stronę nieba i budzi mnie swoją martwotą. Rozmyślam. Wyzbywam się demonów codziennego dnia. Na nowo układam sobie po swojemu świat i kiełkuje we mnie nadzieja. Jeszcze nie chcę dnia, nie oczekuję jeszcze świtu. Noc mnie izoluje od złych wiadomości. Znowu powiedzą, ilu ludzi jest zarażonych, ilu zmarło. Pokażą trumny, urny i chorych łaknących tchu, umierających w samotności bez pożegnania z bliskimi. I ci dzielni lekarze, ratownicy i pielęgniarki na pierwszej linii walki często bez odpowiednich zabezpieczeń, uzbrojeni jedynie w swoją wiedzę, ofiarność i wolę zwycięstwa pomagają chorym, narażając się na zarażenie. We Włoszech, Hiszpanii i innych krajach wielu z nich już zmarło na posterunku. Tu na myśl przychodzi mi postać doktora Wilhelma Przybyszowskiego, który zmarł w 1919 roku, zwalczając w Żabnie groźną epidemię tyfusu plamistego.

To jeszcze nie koniec, jesteśmy na fali wznoszącej. Najgorsze przed nami – mówią politycy. To oni, jak nigdy przedtem, organizują nam teraz życie. Pewnie wydadzą następne rozporządzenia, wprowadzą kolejne ograniczenia, zakazy i szlabany. Chronię się wiec w zakamarkach nocy, wciskam w szczelinę snu.

Odwiedziłem mamę, gdy jeszcze zaraza nie była tak rozprzestrzeniona i było wolno się przemieszczać w takich celach. Mama ma już osiemdziesiąt siedem lat, ale teraz bardziej interesuje się tym, co w świecie, niż dawniej. Może to dodaje jej energii, sensu i wytrwałości? Dużo się modli. Obłożona żywotami świętych, litaniami, zawsze pod ręką ma różaniec i Pismo Święte. Myślę, że i ja mam z tego jakiś pożytek, bo sam się Panu Bogu za bardzo nie naprzykrzam, więc jej modlitwy w jakiejś części są w moim imieniu.

– Wiesz, dziecko, ten koronawirus to kara boska.

– Mama, nie – odpowiadam i zastanawiam się przez moment, jak to uargumentować. – Gdyby tak było, to II wojna też byłaby karą dla tych wszystkich w obozach zagłady?

Moja mama patrzy na mnie i widzę po jej spojrzeniu, że tak nie myśli.

– Bóg nie jest okrutny, mamo. Człowiek jest temu winny. Ma rozum i wolną wolę, a Bóg nakazał mu czynić sobie ziemię poddaną.

– Ale to wszystko jest na opamiętanie – mówi już zdecydowanie.

I tu się z mamą zgadzam. Wiem jednak, że za niedługi czas ludzie o tym zapomną.

Człowiek nie panuje nad wszystkim. Nagle coś niespodziewanie niweczy wszelkie plany. Zamiera świat. Boimy się siebie nawzajem. Idę do sklepu opustoszałą ulicą. Nie mogę wejść, muszę poczekać, bo wewnątrz sklepu jest dopuszczalna liczba kupujących. Ekspedientka przy kasie jest oddzielona ode mnie szybą. Nawet Bóg wpuszcza do swego przybytku tylko pięciu wiernych. Wielu, nie mogąc wejść do kościoła, szuka Boga w swoim sercu. Może przez ten trudny czas nauczą się modlić? Zostaję w domu, a w porze zarazy Bóg przychodzi do mnie przez ekran telewizora. Mogę go czcić na Jasnej Górze, w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach czy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Mam wrażenie, że jestem w domowej kaplicy i ksiądz jest tylko dla mnie. Czyta Boże Słowo, które do mnie trafia jak nigdy przedtem. Nie bój się. Nie lękaj się – mówi Pan.

Znowu ulice są pełne uśmiechniętych ludzi, w sklepach i galeriach handlowych ciżba, kipią życiem sportowe stadiony, pulsuje szkoła, wreszcie w bibliotece mogę wypożyczyć książkę, mogę iść do kina, do teatru. Przez krakowski Rynek przewalają się tłumy. Słychać różne języki świata. Pachnie kawa z restauracyjnych ogródków, złoci się piwo w wysokich szklankach. Rozsiadły się kwiaciarki w kolorach wiosny jak boginie, a różnorodne kramy oferują zbyteczny towar. Do Kościoła Mariackiego wchodzą i wychodzą ludzie. Mała dziewczynka opiera się mamie i krzyczy: – Ja chcę na lody. A wieczorem politycy w telewizji łapią się za słowa, wymyślają jakieś bzdury i tym się zajmują. Wreszcie jest normalnie.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.