05/2020

Piotr Kępiński

Lekcja anatomii profesora Łukasiewicza

Jacek Łukasiewicz jak wytrawny profesor anatomii „rozebrał” poezję Stanisława Grochowiaka na drobne części, po czym poskładał ją ponownie w całość. Potraktował twórczość jak ciało. Pokazał czytelnikom poszczególne fragmenty, jednocześnie je reanimując. Sprawił tym samym, że wiersze zaczęły żyć na nowo. W tym bliski byłby Edwardowi Kelleyowi, słynnemu krystalomancie, którego w szesnastym wieku sprowadził do Polski Olbracht Łaski po to, żeby (oględnie mówiąc) z jego pomocą poznać odpowiedzi na ważne pytania, a przy okazji porozmawiać także z aniołami i pozyskać złoto z metali mniej szlachetnych. Łukasiewicz w swojej najnowszej książce Poeta Grochowiak, przesiewając przez swoje sita drobne części literatury, uzyskał złoto. Wiersze autora Menueta z pogrzebaczem błyszczą teraz po latach względnego zapomnienia.

Nie jest naturalnie tak, że wcześniej Łukasiewicz nie znał wartości poezji Grochowiaka. Nic z tych rzeczy. Pisząc o niej wielokrotnie, wiedział o tym doskonale. Tym razem jednak, z dzisiejszej perspektywy wchodząc w wiersze minione, doszedł do jądra tej literatury, wykładając ją najklarowniej i najbardziej szczegółowo, jak tylko można. To praca mistrzowska, ocierająca się o magię. Rzecz fascynująca na każdym poziomie. Poczynając od języka, którym Łukasiewicz się posługuje, poprzez wiedzę o literaturze i kulturze, którą dysponuje, po umiejętności interpretacyjne, które dostępne są tylko nielicznym krytykom czy też badaczom literatury.

Swoją metodę i ideę książki tłumaczył we wstępie: „Czytam więc teraz wiersze Grochowiaka na nowo, po kolei, tom po tomie, w czterdzieści lat po jego śmierci; sięgam też po utwory za jego życia nieopublikowane (wiele z nich znałem wcześniej), rozumiejąc, że poznaję je teraz trochę inaczej, widzę wyraźniej to, czego wtedy nie dostrzegłem albo co widziałem niejasno; to zaś, co wydawało mi się pierwszoplanowe, nieraz odsuwa się na plan dalszy”.

W tej pracy wszystko znaczy. Nawet sam tytuł książki – Poeta Grochowiak jest niezwykle sugestywny i przemyślany. Łukasiewicz od samego początku anonsuje – w przypadku Grochowiaka nie ma innej możliwości. Bo chociaż autor Ballady rycerskiej interesował się dramaturgią i prozą, to poezja była kwintesencją wszystkiego, co dla niego najważniejsze. Grochowiak był poetą, przede wszystkim. Poezja była dla niego nie tylko formą, ale też życiem. I to ona świadczyła o jego mistrzostwie, czego był świadom. Proza zaś była pracą, podobnie jak pisanie scenariuszy czy dramatów: „Szczególnie strzegł w swym dorobku odrębności poezji lirycznej. Uzasadniał tę odrębność psychologicznie – owym stanem natchnienia. Powieści ani scenariuszy filmowych nie pisze się w czymś w rodzaju ekstazy”.

Poza poezją stało wszystko. I pewnie dlatego Grochowiakowi (w swoim czasie) zarzucano eskapizm. Ale wypominano też uległość, koncesje na rzecz władzy, a nawet koniunkturalizm. Wyrzucano zasiadanie w gremiach, drukowanie w wydawnictwie Ministerstwa Obrony Narodowej, no i milczenie w roku 1968. Pisał o nim swego czasu Marek Nowakowski: „Był poetą całą gębą. Tylko Bogdan Wojdowski, który celował w ostrych, złośliwych charakterystykach, o Staszku Grochowiaku mawiał: «Poeta, owszem, pierwszej klasy, ale duszyczka małego endeka, typowy kołtun z Leszna» […]. W «Klubowej» poznałem pułkownika Eugeniusza Banaszczyka, politruka z pionu polityczno-wychowawczego. Przedstawił mnie Staszek Grochowiak, który wydał w MON-ie jakąś powieść, był laureatem liczącej się nagrody za utwór sceniczny w konkursie na którąś tam rocznicę powstania PPR i dywagował w telewizji o patriotyzmie i socjalizmie. Pokpiwaliśmy cichaczem, że Staszkowi z nadmiaru pychy i alkoholu odbiła szajba. […] Obaj byli zgodni co do oczyszczającej roli kampanii antysyjonistycznej i uważali, że generał Moczar to prawdziwy patriota i odnowiciel Polski. Po prostu Mieczysław Odnowiciel”.

Łukasiewicz zaprzecza tym wszystkim domysłom czy też plotkom. I wydaje się, że traktuje to bardzo poważne. Nie poświęca polityce może zbyt wiele miejsca w swojej opowieści, niemniej jednak traktuje ją jako bardzo ważne tło, które wywierało w czasach PRL wpływ na wszystkie dziedziny życia. Nie stara się też Grochowiaka tłumaczyć. Nie wnika w relacje towarzyskie. Bardziej zajmuje go „idea”, jej rozumienie i postawa. Skąd brały się takie, a nie inne decyzje poety? Dlaczego współpracował z takimi, a nie innymi czasopismami? Czy te wybory miały wyłącznie związek z postępującym alkoholizmem artysty? O tych wszystkich sprawach pisze Łukasiewicz z wielkim wyczuciem i znawstwem, nie przekraczając nigdy żadnej granicy, co poniekąd oczywiste.

A jeżeli chodzi o postawę Grochowiaka w roku 1968, o której swego czasu dyskutowała „cała literacka Warszawa”, to Łukasiewicz nie zostawia zbyt wiele miejsca na domysły. Konstatuje najwyraźniej, jak tylko można: „W roku 1968 Grochowiak zajął stanowisko jednoznaczne. Komunistyczny antysemityzm, gwałtownie obnażony, zaskoczył go i oburzył. Oburzyły represje wobec protestujących studentów, a jesienią udział polskiego wojska w «bratniej pomocy» – najeździe na Czechosłowację. Przebywałem z nim wtedy dużo, mogę być świadkiem. Dlatego w Duszy czyśćcowej – w tym kręgu czyśćca – znalazła się osoba niepodobna do tej, którą w swoich wspomnieniach przedstawia Marek Nowakowski, przywołując na świadka pisarza mało wiarygodnego, Andrzeja Brychta”.

Autor Szmaciarzy i bohaterów w swojej książce nigdy nie jest gołosłowny, zatem każdą swoją tezę popiera odpowiednimi przykładami. Przypomina więc poemat Wielkopolska, w którym Grochowiak przywoływał swojego ojca, „syna plebejusza lokomobilisty”, policzkującego szwagra antysemitę, „zasobnego leszczyńskiego kupca”. I dodaje: „Grochowiak nie łączył się z rewizjonistami ani polityczną opozycją”. Podkreśla, że poeta odciął się wtedy od dawnych związków z prasą katolicką, choć przyjaźnie zachował. Przytomnie zauważa, że w PRL można jednak było wybierać pomiędzy zaangażowaniem, obserwowaniem i kontestowaniem. Nikogo przecież nie zmuszano do drukowania w partyjnych czasopismach. I tak właśnie postępował Grochowiak, który na początku swojej kariery pisarskiej jak najbardziej opowiadał się za „idolem Rewolucji”, czytywał Manifest komunistyczny czy też Krótki kurs historii WKP(b), z biegiem lat wiara w komunizm jednak słabła, ale nie ginęła „o czym świadczy […] powieść Karabiny. Pozostała jawna i mocna nienawiść do mieszczańskiej obłudy, tej piętnowanej wielokrotnie, szczególnie w Sześciokrotnych śpiewach porannych, i współczucie z trudzącymi się biednymi”.

Słychać ją także w słynnym poemacie Allende, który bywał niesłusznie traktowany jako utwór koniunkturalny, polityczny. I znowu Łukasiewicz przywraca mu sens, reinterpretując zdanie po zdaniu, sens po sensie, dowodząc, że nie był artystyczną pomyłką, a czytany dzisiaj wydawać się może nawet jednym z najwybitniejszych utworów twórcy Menueta z pogrzebaczem. W przeciwieństwie do nieudanego cyklu Totentanz in Polen, o którym krytyk pisze zdecydowanie, że chociaż można znaleźć w nim kilka dobrych strof, „jednak książeczka z poematem Grochowiaka była wyraźnie okolicznościowa, stanowiła przy tym jakby dopełnienie jego powieści Trismus. W dodatku wiązała się – czy też ją wiązano – z antyniemiecką («antyrewizjonistyczną») propagandą, pod której znakiem wciąż trwała polityka Władysława Gomułki, bardziej zresztą już wtedy wewnętrzna niż zagraniczna”.

Łukasiewicz wielokrotnie podkreśla, że postawa Grochowiaka była daleka od koniunkturalizmu, że zawsze to, co pisał, pisał szczerze (jakkolwiek zabrzmi to słowo), że chociaż zdarzało mu się popełniać błędy, to wyrachowanie było mu obce. Bliska mu była postawa religijna, czy raczej post-religijna, albowiem zarówno „idola Rewolucji”, jak i poezję traktował jak kapłan Biblię, wierzył w nie. Zrozumiałby, z całą pewnością, oburzenie Ignazia Silonego na słowa Adama Ważyka (wypowiedziane podczas wizyty w Rzymie), że jego wiara w komunizm była obłędem. Autor Fontamary nie mógł zrozumieć, że można tak łatwo, z tak wielką dezynwolturą przekreślać swoje minione ideały. Dla Silonego komunizm był religią, w którą wierzył, i na takie słowa nigdy by się nie zdobył. Postawa Grochowiaka była podobna. Dlatego też każdy jego poemat dotykający polityki traktować należy jak uniwersalne wyznanie wiary w dobro absolutne (poza pewnymi wyjątkami, rzecz jasna).

Łukasiewicz przy okazji „rozważań politycznych” prostuje także nagminne nadużywanie pojęcia ludowości w stosunku do twórczości Grochowiaka, przytomnie zauważając, że stosowniejsza w jego przypadku jest plebejskość, której nigdy się nie wypierał wręcz przeciwnie – był dumny ze swojego pochodzenia, podkreślał je, pisał o nim, nie tylko w Pieśni o Marchołcie. „Potem będzie Grochowiak wracał do tej genealogii, już nie symbolicznej, ale całkiem realnej, do plebejusza dziadka ze strony ojca, on – «z grochowin urodzony», dumny ze swojego nazwiska”.

Monagrafista o tych wszystkich zagadnieniach pisze ze swadą, wiedzą, ale także z wielką czułością, chciałoby się powiedzieć. Zapewne dlatego, że znał Grochowiaka doskonale, od szóstej klasy szkoły powszechnej aż do matury chodzili do jednej klasy, byli zafascynowani poezją, podobnie myśleli o otaczającej rzeczywistości, podobnie się nią rozczarowali wraz z upływem lat. A jednak drogi wybrali inne: „Przez parę lat dzieliliśmy wspólną ławkę. Od roku 1953 do 1955 pracowaliśmy we Wrocławiu w tej samej redakcji «Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego» i wynajmowaliśmy wspólnie sublokatorski pokój przy ulicy Krasińskiego 13. […] Pod koniec jego życia te więzi mocno osłabły, zapewne z powodu odległości między miastami, w których mieszkaliśmy, ale także w związku z tym, że mimo zaproszeń świadomie nie drukowałem w «Kulturze» ani «Poezji», a było to także w czasach, gdy on je współredagował”.

Przyjaźń przetrwała do dzisiaj. Słychać ją w każdym zdaniu tej opowieści, którą można z jednej strony przyrównać do wielkiej encyklopedii, z drugiej zaś do przypowieści o wierszach, w których znalazły się doskonałe interpretacje, streszczenia, sprostowania, ale także zalążki dyskusji na wiele tematów. Książka składa się bowiem z dwóch części, w pierwszej Łukasiewicz przedstawia w kolejności chronologicznej tomiki Grochowiaka, omawiając poszczególne wiersze, w drugiej sięga do ineditów, relacjonując przy okazji kwestie „należące do poetyckiej antropologii, poetyckiej teologii i poetyckiej sztuki”.

Oba wymiary tej książki uzupełniają się, sprawiając, że z jednej strony widzimy Grochowiaka spacerującego po mieście, pijącego alkohol, pracującego, z drugiej zaś – myślącego o poezji, piszącego wiersze. Mamy zatem kadr i wydarzenia spoza, które kadr oświetlają. Mamy didaskalia i sedno, czyli twórczość.

Autor Poety Grochowiaka oprócz swoich niezwykle oryginalnych interpretacji przypomina w książce także rozpoznania „historyczne”, co jest wartością samą w sobie. Z niektórymi opiniami zgadza się, bywa jednak, że rewiduje, wypomina, prostuje: „Pisano więc o «synkretycznym indywidualizmie» (Kwiatkowski), a potem chętnie przytaczano słowa Błońskiego o Grochowiaku, który «narąbał całych ćwierci baroku, połci dekadencji, kawałów ekspresjonizmu, doprawił je Norwidem, Liebertem, Gałczyńskim, Bóg wie czym jeszcze, wszystko to wrzucił do kotła, zagotował, odcedził i ciepłe jeszcze sprasował w gęste, treściwe wiersze». Ta efektowna, nieco żartobliwa metafora, «literacko-gastronomiczno-rzeźnicza», jak ją nazwał Michał Nawrocki, przyjęła się, ale niczego nie załatwia; konstatuje, lecz nie tłumaczy”.

Łukasiewicz zaś tłumaczy; najlepiej jak tylko można. Fragmenty, w których autor Poety Grochowiaka pisze o roli tradycji w poezji Grochowiaka, zaliczałbym do najlepszych, najcelniejszych: „Podobnie postępował z tradycją: «słychać» u niego Verlaine’a, Majakowskiego, Gałczyńskiego, Norwida czy Sępa, Przybosia i Lieberta, tego jesteśmy pewni, ale są to echa (nawet nie cytaty) umieszczone w jego własnej, całkiem oryginalnej kompozycji. To – jak wcześniej napisałem – kostiumy, które przykrawał i przerabiał na własną miarę, zgodnie z wyobraźnią, wędrującą własnymi drogami. Znał dobrze polszczyznę, umiał mówić oraz pisać poprawnie, czego dowodzą jego publicystyka, proza czy dramaty. W poezji zaś – powstającej w tym samym co tamte czasie – wiele jest niepoprawności gramatycznych – solecyzmów, co oburzyło mocno Artura Sandauera: niedouk, nieuk, pisać po polsku nie potrafi. Dołożył się do tego Robert Stiller. A to nie było tak. Miał bowiem Stanisław Grochowiak moc kreacyjną, choć nie wszystko mu się udawało. Można mieć uzasadnione zastrzeżenia do niektórych obrazów, metafor, neologizmów, ale solecyzmy w jego wierszach niemal zawsze były znaczące, co nie przesądza o stopniu ich artystycznej celowości”. Takie słowa o przyjacielu-poecie może napisać tylko prawdziwy krytyk. Usłyszeć można w nich niesłychaną uczciwość i pasję. I wrażliwość absolutną.

Jacek Łukasiewicz: Poeta Grochowiak.
Wydawnictwo Warstwy,
Wrocław 2019, s. 532.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.