11/2020

Maciej Hen

List drugi

Najznakomitszej Enneleyn Pfeiffer z Weidemannów jej przyjaciółka Gredechin Specht serdeczne przesyła pozdrowienia.

Ile radości mi sprawił twój list, moja Enneleyn, nie potrafię słowami wyrazić. Prawdę mówiąc, bez wielkich nadziei wybrałam się w środę do faktorii Fuggerów, aby się wywiedzieć, czy ich poczta już powróciła z Augsburga. Siedzi tam taki gruby jegomość z brodawką na nosie, który na moje pytanie odpowiedział burkliwie, że na razie poczty nie ma, a kiedy będzie, nie wiadomo. Jak to: nie wiadomo? – pytam. – Przecież powiedziane było, że ma powrócić trzydziestego dnia! Gbur na to wzruszył tylko ramionami i zapytał sucho, kto tak powiedział. Wtedy, porządnie już rozeźlona, nawrzeszczałam na niego, przypominając, że przed miesiącem heroldzi raz po raz ogłaszali to z wielką pompą po całym Krakowie, wynosząc przy tym dom Fuggerów pod niebiosa, że niby dzięki nim doczekaliśmy się nareszcie regularnej poczty, jaką inne królestwa mają od dawna. I wystaw sobie, że wszystko to wykrzykiwałam, jak umiałam, w miejscowym narzeczu. Bo chociaż, jak ci już pisałam, prawie każdy tu Niemiec, to jednak, wskutek pewnego bardzo dawnego zatargu, bardzo źle jest w Krakowie widziane, jak sobie tutejsi po niemiecku gwarzą na ulicy. Ja wprawdzie zaliczam się do przyjezdnych, ale że siedzę tu już sześć lat i ludzie mnie znają, też muszę się w miarę możności do tego zwyczaju stosować. A wierz mi, że diabła zje, kto się po polsku prawidłowo wysławiać nauczy. Na szczęście oni nie mają tak bardzo za złe, gdy się ich język kaleczy, jeśli widzą starania, bo to im, uważasz, nawet pochlebia. Tak są bowiem z tej swojej świszczącej gęganiny dumni, iż wydaje im się, że skoro ktoś z takim trudem próbuje ją podchwytywać, to widać musi być nią równie jak oni zachwycony. Jednak ponuraka z brodawką moja niezdarna polszczyzna ani wzruszyła, ani ubawiła. Tyle tylko uzyskałam, iż ręce na piersiach krzyżując, oznajmił mi z wyniosłą miną, że tabor ich miał przybyć dzisiaj, ale czy przybędzie, to się okaże.

Rada, nierada oddaliłam się więc i powróciłam do domu pana Kallimacha, w którym mieszkam chwilowo tylko z Agnieszką, gospodynią jego, bo on sam teraz w ważnych sprawach królestwa w Toruniu przebywa, mieście północnym, tak od Krakowa odległym, jak od Heidelbergu Hanower. Ledwiem jednak do papierów zasiadła, ledwiem sobie pióro przycięła, gdy usłyszałam stukanie kołatki. Śpieszę do drzwi, otwieram, a tam człowiek jakiś stoi i pyta, czy tu mieszka Georg Starkfaust. Ach, list! List mi przyniósł od ciebie, moja dobra Enneleyn! I do tego jakież w nim wieści wspaniałe!

Dobry Boże, troje dzieci i wszystkie zdrowe! Jakżeż ty musisz być szczęśliwa! Cieszę się jak głupia, że tak ci się w stanie małżeńskim powiodło, że, jak mi piszesz, mąż cię dobrze traktuje, rad twoich słucha, ręki na ciebie nie podnosi i stale czułością obdarza (jak się spodziewam, nigdy przeciw twojej woli). No dobrze, powiem ci całkiem szczerze, bo chyba mojej winy w tym nie ma, że nie przypominam sobie w ogóle twego Dietmara z tamtych czasów – może był wtedy w innej parafii? A ciekawam bardzo, jaki on jest; czy urodziwy? Powiedzże prawdę, ja przecież wiem, że nie to jest najważniejsze, ale jednak powiedz, żebym sobie mogła lepiej twoje szczęście przedstawić. Zatem: gruby on, chudy czy średni? Jasny, ciemny czy rudy? Może bródkę nosi? Może łysy jest albo siwy zupełnie? Syn, powiadasz, mistrza ceglarskiego, więc chyba nie może być stary – stary sam byłby mistrzem.

Opowiedzże, jak to on się o ciebie starał, czym twego znakomitego ojca pozyskał przychylność, a czym do twojego serca przemówił. Pisz mi o psotach twoich dziatek, o tym, jak wolne chwile spędzasz (jeśli takie miewasz) i czym swój bystry umysł zajmujesz. Czy dałaś synkowi na imię Wolfram, po naszym ukochanym poecie, jakeś to sobie obiecywała? Bo chyba nie przeszło ci do ksiąg zamiłowanie, mam cichą nadzieję?

Ja, jak mi się zdaje, jestem stale taka sama, jaką mnie pamiętasz, mimo że odkąd zostawiłam za sobą błonia nad Neckarem, życie prowadzę zgoła odmienne, a tak się od tej pory zżyłam z moją maską, że choćbyś mnie w środku nocy ze snu zerwała, ja ci się w postaci przecierającego oczy Starkfausta ukażę. Ten Starkfaust jednak nie jest niczym innym jak czczą zjawą czy raczej kukłą jarmarczną, którą ja, Gredechin, z niejaką wprawą poruszam. Dzięki tej kukle osiągnęłam, co osiągnęłam, i nadal mogę sobie stawiać coraz to nowe cele. Albo, jak wolisz, możemy przyjąć na odwrót – że dzięki tajemnemu wsparciu mojego kobiecego umysłu Starkfaust, sam z siebie bałwan bezwolny, nie zbłaźnił się jak dotąd ani na krakowskiej wszechnicy, ani przed panem Kallimachem, ani też wobec jego uczonych przyjaciół.

Jak już wspominałam, mistrz mój jest chwilowo zajęty w Toruniu jakąś ważną misją przez króla mu powierzoną. Jaką, nie wiem, gdyż są to sprawy sekretne, ale mogę się domyślać, że muszą mieć związek z pomysłami, które pan Kallimach nieraz otwarcie głosił w towarzystwie, iż trzeba by przenieść rycerzy Marii Panny z północnych rubieży Polski na południowo­‑wschodnie, dla obrony przed Turkami i Tatarami. Nikt do tej pory nie brał takiej możliwości pod uwagę, jako że Polacy od niepamiętnych czasów drą z Zakonem koty, raz po raz wszczynając z nim okrutną wojnę. To przecież z Polakami walcząc, stracił był pod Schwetzin rękę mój świętej pamięci ojciec, stając dzielnie w wojskach zaciężnych pana Kaspara von Nostitz po stronie maryjnych rycerzy – małoż to razy mi o tym opowiadał, z dumą, odwinąwszy rękaw, podsuwając mi pod nos ohydny kikut, do świńskiej rapetki podobny? Dlatego teraz, kiedy o tym piszę, zastanawiam się, jakaż to mojej własnej woli osobliwość kazała mi osiąść właśnie tu, między tymi ludźmi, co mego rodziciela okaleczyli tak strasznie – i nie znajduję na to pytanie dobrej odpowiedzi.

Ciekawam, swoją drogą, czy uda się panu Kallimachowi wcielić w życie swe zamiary – o ile je trafnie zgaduję. Czynię to zastrzeżenie, gdyż mimo że, jak wiesz, głupia nie jestem, przyznaję jednak otwarcie, iż do mego mistrza kanclerskiej głowy bardzo mi daleko. Przy nim jestem jak giermek, co za swym panem tylko broń nosi, a na turnieju, zagrzewając go z ław, próbuje mu podpowiadać, jakim sztychem najlepiej zwalić przeciwnika z siodła, jakby sam Bóg wie ile walk stoczył z dobrym skutkiem.

Wyznam ci w skrytości, że bardzo mi tęskno za panem Filipem ­– tak ma Kallimach na imię, a ja w myślach pozwalam sobie czasem tak się z nim spoufalać – brakuje mi jego łagodnego głosu i opowieści, które nim snuje, tak zajmujących, jakbyś samego Wolframa słuchała; ckni mi się też za jego dowcipem ostrym (choć po prawdzie nieraz jak coś powie, ja aż nie wiem, gdzie oczy podziać), za jego wiedzą niezmierzoną, którą zawsze tak chętnie się dzieli, za tymi oczami rozumnymi, pięknie wykrojonymi, za nosem orlim, podbródkiem kształtnym i policzkami jakby w kamieniu wykutymi. Pewnie ci teraz chodzi po głowie, żem się niechybnie w nim zadurzyła? Nie, moja Enneleyn, tak źle jeszcze nie jest. Wielbię go i szanuję jako swego mistrza, pragnę pilnie podążać ścieżkami, które mi wskazuje – i to wszystko. A to, że jest do tego wszystkiego pięknym mężczyzną, podaję ci tylko po to, aby ci przybliżyć jego obraz.

Zresztą jakiż by to miało sens, kiedy on we mnie młodzieńca widzi, nie dziewkę. I tak musi pozostać, jeśli mam nadal podążać mą drogą. Wiele w ciągu minionych ośmiu lat nad tymi sprawami rozmyślałam. Wiem przecie, jakie jest kobiety przyrodzone powołanie i że go spełniać w tym stanie rzeczy nie zdołam. Skoro jednak mogą mniszki miłości ziemskiej się wyrzec, czemu i ja bym nie mogła? Trzeba czasem umieć z czegoś zrezygnować, by się o wyższe dobro ubiegać. Przy tym więc cały czas stałam i dalej stać będę.

Lecz mimo wszystko nieraz nie wiem, co mam myśleć i jak się zachować, kiedy na przykład pan Kallimach zatrzyma na mnie dłużej te swoje wielkie, błyszczące oczy, a ja czuję się nagle, jakby on mnie tym spojrzeniem z sukien odzierał, i ze wstydu ogarnia mnie zaraz fala gorąca. Byłyżby to moje własne grzeszne urojenia czy też w istocie trafnie odczytuję myśli, które mu czasem przechodzą przez głowę, jak to się zdarza każdemu zdrowemu mężczyźnie? Lecz jeśli tak, to jakże ja mam te myśli rozumieć? Kogo on tymi oczami rozbiera? Młodzieńca, za którego mnie ma? Jak Jowisz Ganimeda? Czy też przeczuwa może albo się wręcz domyśla, że pod tymi męskimi sukniami znajdzie ciało kobiece, co prawda niezbyt wybujałe, ale jednak kobiece?

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.