03/2020

Dorota Betlewska-Gutowska

Listy od chorych psychicznie

– Widziałam schody całe we krwi – powiedziała malarka Ada.

Wszyscy na nią patrzyli z wyczekiwaniem. Zmieniła temat, więc byłam rozczarowana. Potem, kiedy jej mąż zniknął, przypomniałam sobie o cenotafach, grobowcach nie zawierających zwłok, symbolicznych miejscach pochówku osoby poległej na wojnie, zaginionej lub zmarłej daleko od kraju. Ale to później. Wtedy było wcześniej. Ja i mama piłyśmy herbatę w salonie Ady. Malarka zwierzyła się:

– Poszłam do kościoła, ale po co mam siedzieć w ławce ze śmierdzącymi ludźmi? Ze szpary wylazł dwumetrowy robak! Na tacę zbierał autoportret Chagalla z siedmioma palcami. Nie dałam. Rozłożyłam sztalugi i budowałam przestrzeń przez nawarstwianie planów. Łączyłam jednością kompozycji różne punkty widzenia. Pod ołtarzem stała doniczka z mandragorą, a ta roślina pobudza popęd płciowy. Kiedy się ją zrywa, krzyczy. Każdy, kto usłyszy ten krzyk, umiera albo dostaje obłędu.

Ada zawsze przesadzała, a wszyscy ją za to lubili. Przypomniała sobie o schodach. Wzięła kartkę, ołówek i szkicowała je.

– Widziałam schody całe we krwi – powtórzyła.

Moja mama powiedziała, że to przykre, a malarka wzruszyła ramionami:

– Nie tak bardzo, jeśli się nie wie, czyja to krew i po co się leje – wytłumaczyła. – W takim wypadku jest to tylko przeżycie plastyczne. Biegła po schodach jak kaskada. Salvador Dalí powiedział: „Krew jest słodka jak miód”. On jest moim ideałem, kocham jego malarstwo i myśli. Uprzedził: „Nie potrafię dać pieniędzy nikomu. Nawet umierającemu z głodu. To byłoby sprzeczne z moimi zasadami”. – Adę zachwyciła jego szczerość i bezkompromisowość.

– Nie będzie zbawiony – zauważyła moja mama. – Chrystus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście”.

Malarka spojrzała na nią z wyrzutem, bo nie lubiła, gdy ktoś zachowywał się jeszcze oryginalniej niż ona.

Ta i inne, podobne do tej, rozmowy były dawno. W czasach mojego dzieciństwa i fortepianu stojącego na jednej nodze. Przychodziłam do Ady też potem, w dekadzie listów od chorych psychicznie, które w kawiarni, przy herbacie i ciastku, czytała mi, nielegalnie, koleżanka Iza, zatrudniona w Ministerstwie Zdrowia. Udostępniała je wielu znajomym. To był jej sposób na stanie się popularną. Trwał stan wojenny, panowała przygnębiająca atmosfera, a te zwariowane listy, pełne skarg i postulatów, stanowiły dla nas rozrywkę, rozweselały.

Ada miała swoje odskocznie, ale odnosiło się wrażenie, że ucieka nie po to, aby poczuć się lepiej, ale żeby poczuć się jeszcze gorzej. Gustowała w ponurych tematach, trzymając jednak poziom i nie wychodząc poza obręb sztuki wybitnej. Mówiła o wielkich artystach i dziełach najwyższego lotu. Nalegała:

– Porozmawiajmy o makabrze. Zawsze występowała w sztuce, na przykład u Goi. Na rycinie kobieta wyrywa ząb wisielcowi, a trup zdaje się stroić miny w grymasie. Albo: Martwa, obnażona kobieta tratowana jest przez tłum. Na czele pędzą mnisi z brzuchatym księdzem. Odbiorca potrafi przywyknąć do makabry i nie odczuwać strachu ani dyskomfortu, dlatego żeby robić wrażenie, należy potęgować efekty koszmarne, nasilać ohydę. Nie pozostawiać nikogo obojętnym. Niekiedy zamiast efektu strachu, uzyskuje się fascynację i zakochanie, co podobno też jest ludzkie.

– Szatańskie – powiedziała moja mama. – Chyba człowiek w ogóle nie może być ludzki, bo jest albo boży, albo szatański – zastanawiała się. – Na świecie trwa niewidzialna wojna, której skutki są widzialne, a nikt nie jest neutralny, staje po jednej lub drugiej stronie, przy czym po stronie dobra opowiadamy się świadomie, a w zło można się uwikłać. Zwerbowani do armii diabła mogą nie wiedzieć, że walczą i wykonują czyjeś rozkazy, ale myśleć, że robią to, co sami chcą.

Kiedy mama to mówiła, między rzeźbami zobaczyłam Mariala, wysokiego, zgarbionego męża Ady, który wtedy snuł się jeszcze po jej pracowni. Był starszy od uroczej malarki o dwadzieścia dwa lata, ale wszyscy uważali, że znacznie więcej. Nie wyglądał na jej męża ani nawet na ojca, raczej na dziadka, na co składało się nie tylko jego wyniszczenie, ale też jej aparycja słodko-dziecięca. Mając czterdzieści lat, wyglądała na rozkwitającą siedemnastolatkę. Posępnego, mrocznego Mariala, wbrew jego przygnębiającym cechom, nazywała Trzema Muzykantami. Pełnił rolę znaczącego rekwizytu w tym mieszkaniu. Wprawdzie nagle wychodził i gubił się, ale jeszcze był znajdowany. Tłumaczył Williama Blake’a, poetę i malarza, projektanta nagrobków, zwanego szalonym lub wyklętym. Opowiadał, że Blake to mistyk, który nie uważał Piekła za miejsce wiecznej kaźni, ale twierdził, że to źródło energii. Ogłaszał: „Dobro to bierność posłuszna Rozumowi. Zło to aktywność wyrastająca z Energii”. Z czyjej nie precyzował, ale ja wiedziałam od mamy: Blake miał demoniczne wizje. Nazywał je boskim pierwiastkiem w człowieku. Mówił: „To, co wielkie, jest nieuchronnie ukryte przed słabymi”. Chrystus zaś wolał słabych niż mocnych. Przychodził do słabych. Blake nie naśladował Chrystusa. Ani mąż Ady.

To, co było wtedy, łączy się z tym, co teraz, choćby przez moją osobę. Byłam wtedy i jestem teraz. Nadal odwiedzam Adę i rozmawiamy o sztuce oraz Bogu. Ona mnie zaskakuje. Ja ją też.

Od kiedy znalazłam psinę (koloru czekoladowego z żółtymi i białymi wstawkami), często bywam w parku, a tam dużo gadam z Tolą i Samborą, bo jak zauważył Montaigne: „Rozmowa jest najbardziej naturalnym i owocnym ćwiczeniem umysłu”. Chyba dobieram sobie takich znajomych, jakimi interesowałaby się Alicja, moja mama.

Sambora ma błyski światła na dużych, czarnych guzikach. Teraz gasną, bo idziemy pod drzewami. Jest bardzo atrakcyjna, choć nie ma wyróżniających się oczu czy ust. Jej zaletą nie są szczegóły, ale posągowość. Wybujały wzrost, szlachetna chudość, proporcje modelki. Domyślam się, że miała szalone powodzenie. Niestety, ten który wygrał w zaciętym współzawodnictwie, po krótkim czasie, w podłym stylu, zrezygnował z nagrody i teraz Sambora tylko z psem krąży po parku. Cieszy się, kiedy spotka psycholożkę Tolę albo mnie. Lubi, kiedy składam jej relację ze swoich lektur. Dziś też mi nie odpuszcza.

– Co czytałaś? – pyta.

– Wynurzenia Augustyna z Hippony. Nie zgadzam się z nim. Napisał: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Ale przecież najwięcej ludzi walczy z Bogiem! Sporo doradza Mu, jaki powinien być. Jeden z noblistów wyznał: „Jeśli mam jakieś wyobrażenie Istoty Najwyższej, to obdarzam ją absolutnie arbitralną wolą. Ta swoista sklepikarska psychologia, na której zbudowane jest chrześcijaństwo, budzi we mnie sprzeciw. Zrobisz to, dostaniesz tamto”. To Josif Brodski. A to Biblia: „Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę i to nie z was: Boży to dar. Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił”. „A jeśli z łaski, to już nie z uczynków, bo inaczej łaska nie byłaby już łaską”. Brodski był źle poinformowany.

Sambora dziwi się:

– Dość regularnie uczęszczam do kościoła, a nie przyszłoby mi do głowy, że pójście do Nieba nie jest wynikiem dobrych uczynków – mówi. – Dręczyłam się, że mam ich za mało, a okazuje się, że nie trzeba mieć wcale.

– Tak bym tego nie ujęła – zaznaczam. – Jezus zachęcał do moralnego postępowania i miłosierdzia, a z drugiej strony umarł na krzyżu, abyśmy byli zbawieni. Nie zrobiłby tego, gdyby wystarczyły nasze dobre uczynki. One mogą nawet szkodzić, bo wpędzają ludzi w pychę.

– Właśnie – mówi Sambora z ulgą.

Postanawia zrewanżować mi się jakimiś ciekawostkami, opowiada więc:

– Pewien filozof oświadczył: „Nie ma dowodu na to, że gdy człowiek wyjdzie z pokoju, meble nadal tam stoją”. Tę interesującą wątpliwość miał w czasach, kiedy nie istniały kamery.

Borka przypomina sobie też o Japończykach.

– Ich informatycy wierzą w możliwość nawiedzania komputerów przez duchy z religii shintoistycznej – mówi. – Na biurowcu ze szkła i stali stoi świątynia boga-lisa.

Opowiadam jej o przeczuciach Alicji, mojej mamy:

– Jeśli człowiek nie ma Boga prawdziwego, to pójdzie za fałszywym, dziwacznym, demonicznym, bo musi mieć idola. Bez Absolutu czuje się źle, gdyż został zaprogramowany jako istota szukająca Boga. Ten, który nas stworzył, nie był bezinteresowny, miał swój cel, pragnienie, abyśmy byli nim zaintrygowani i szukali kontaktu. Chodziło Mu o relację.

Sambora przyznaje, że tak można to zinterpretować, choć można też inaczej, ale ta interpretacja jest ciekawa, ateizm zaś nudny. W dalszej części wywodu zgadza się ze mną lub nie zgadza, bo jest istotą, w której myśli płyną szybko jak rwąca rzeka, więc błyskawicznie się zgadza i natychmiast zaprzecza. Potem nie zgadza się, że się zgadzała, albo zaprzecza, że zaprzeczała. Słucham tego zawsze z zainteresowaniem.

Wyszłam z psem o nietypowej godzinie, więc jestem w parku sama. Rozmyślam o tym, że świat zawsze był pełen rozmachu i pomysłowości. Majowie, budując drogi, kierowali się gwiazdami. Drogi powstawały w nocy? Karczowanie dżungli w ciemności? To romantyczne, a może nawet symboliczne… Pewnie towarzyszyło temu wiele wypadków. A teraz myślę o rzymskich reliefach. Oddane są na nich sceny kronikarskie: wznoszenie mostu, torturowanie więźniów.

Patrzę na słońce, jest miękkie i gąbczaste. Wyobrażam sobie, że moje dzieci znów są małe. Rysują w kuchni. Synek to czarodziej koloru. Precyzyjny, zakochany w szczegółach. Córeczka za jakiś czas polubi pejzaż, drobne dotknięcia pędzla, oszczędne barwy.

Krzywa, smętna staruszka siedzi na ławce. Podejdę i coś zagadam, może przeczytam?

– Wie pani, co napisał Machiavelli? „Trwonienie cudzego mienia nie podrywa reputacji, owszem, bardziej ją utrwala. Szkodliwe bywa tylko trwonienie własnego majątku”.

O, proszę! Staruszka już jest rozweselona.

– Czy słusznie wybrałam psychologię? – Tola zwierza mi się ze swoich wątpliwości. – Jestem uzdolniona plastycznie. Życie artystyczne byłoby ciekawsze. Malowałabym widoki ruin. I fantastycznych miast. Albo preparaty biologiczne widziane pod mikroskopem. Bałam się być artystką, bo oni są często sfiksowani. Tracą trzeźwość umysłu, a mi zależało, żeby zawsze mieć nad sobą kontrolę, ale nie wiem, czy mam. Może jestem kukiełką w czyichś rękach? Jeśli ktoś mną kieruje, to kto? Wątpię, żeby tą osobą był Bóg, bo moje życie nie jest udane – wyznaje.

Zza pochyłego drzewa wyłania się dostojny, popielaty chart polski, za nim Sambora w dresie o kolorze brudnoszarym.

– Ale ona się ubiera – martwię się.

– Okropnie – przyznaje Tola. – Jej się wydaje, że wyjście do parku w Warszawie jest tym samym, co udanie się do pracy na wykopaliska.

– To jej ojciec był archeologiem – prostuję. – Ona jest antropolożką.

– Aha, ogląda czaszki oraz piszczele, które rozłożą na stołach – mówi Tola i obydwie to sobie wyobrażamy. – Zaniedbuje się, bo chce tak wyglądać, żeby nie wpędzać tych szkieletów w kompleksy.

Zaprzestajemy drwinek, ponieważ jest coraz bliżej. Rozpoczynamy dyskusję o sprawach niewidzialnych. Sambora skarży się:

– Boję się religii. Czuję, że Bóg istnieje, ale w kościele widzę pustkę zapchaną dziełami sztuki, w dodatku mrocznymi. Po co te krucyfiksy? W każdym kościele trup Boga. Przecież Chrystus zmartwychwstał! Jego śmierć była triumfem diabła. Zmartwychwstanie zwycięstwem Boga. W kościołach triumfuje diabeł. Krucyfiksy są demoniczne. Powinny wisieć puste krzyże, świadectwo, że Chrystus żyje – stwierdza, a my zgadzamy się z tym logicznym wnioskiem.

Jest zdziwiona, bo myślała, że będziemy polemizować.

– Nie powiedziałaś nic odkrywczego – uświadamiam jej. – Cała denominacja protestancka poodrywała trupy od krzyży i dlatego jest od nas weselsza. Na okrągło cieszą się, że Chrystus zmartwychwstał, a my ciągle martwimy się, że jest ukrzyżowany.

– Morze krucyfiksów ze zmarłym, umęczonym ciałem, fatalnie wpływa na naszą psychikę – stwierdza Tola.

Wspominam dawne czasy i koleżankę Izę, pracującą w Ministerstwie Zdrowia, w dziale psychiatrycznym. Piała, że ma ekscytujący zakres obowiązków. Czytała listy do ministra, a był to czas kryzysu ekonomicznego i niemożności kupienia potrzebnych przedmiotów, co potęgowało odwieczną melancholię i rozpacz wariatów: „Generale Jaruzelski, oddawaj baterie R–14! Nie chowaj!”. Następowały niecenzuralne słowa, które chętnie wielu obywateli napisałoby do dyktatora kraju, ale robili to tylko wariaci. Protesty nie trafiały pod właściwy adres. Wystarczyło, żeby adresatem był Jaruzelski, już poczta przesyłała je do Izy, która czytała i kwitła: „Pan Śledzik przychodzi o dziewiątej wieczorem i mówi: «Ja». On dostaje miesiączkę jak kobieta. Wilkowa nie ma już psa, sama szczeka, udając zwierzę dużej wielkości. Syn Zymsa podrzuca zgniłe swoje jaja, otruł mnie i nie żyję”. „Chciałam rzucić papierosy. Leczył mnie hipnozą doktor, podobny do generała Jaruzelskiego. Rozkazał, żebym się w nim zakochała, więc wyrzucam do śmietnika drogie, nowe rzeczy, które przywiozłam z Anglii. Najpierw elegancko pakuję jak prezenty. W telewizji widzę same okropności albo rzeczy tak wesołe, że kulam się ze śmiechu po podłodze”.

Iza, sącząc kawkę w kawiarence na Starówce ze mną lub z kimś, wyjmowała z torebki wynoszone z ministerstwa listy, co nie było niebezpieczne. Państwo miało większe problemy niż pilnowanie tajemnicy korespondencji wariatów. Należąc do szarych myszek, chyba zazdrościła wariatom dziwności. Gustując w osobliwościach, interesowała się religiami Wschodu i próbowała (bez skutku) zarazić mnie tą pasją.

Znacznie bardziej odpowiadają mi dyskusje o chrześcijaństwie z Samborą i Tolą.

Sambora zaczęła czytać Biblię i zrobiła się jeszcze bardziej interesująca: W Niedzielę Palmową przesyła mi esemes:

– Po co te palmy? Przecież tak witano Jezusa w Jerozolimie. Potem ci sami ludzie krzyczeli: Ukrzyżuj go! To mordercy stali z palemkami. Czy my się z nimi utożsamiamy? Ja protestuję!

– Lepiej rozważ – odpisuję jej – jesteś czy nie morderczynią Chrystusa? Dlaczego został ukrzyżowany? Z powodu naszych grzechów. Masz jakieś grzechy czy żadnych?

Nie jest pewna, więc przekonuję ją, że musi mieć, bo wszyscy mają, a jeśli tak, to zamordowała Chrystusa. Do Piekła pójdzie. Chyba że Chrystus ją ułaskawi.

– Dowiedz się z Biblii, kogo ułaskawia – radzę. – W kościołach mówią o tym mętnie. Miłosz ubolewał: „Szkoda, że ich kazania są zawsze tak nudne / Jakby sami przestali cokolwiek rozumieć”. I ciągle śpiewają żałobne pieśni – dodaję. – Wszystkim jakiś smutek w piersiach gra, bo najwidoczniej nie są pewni, czy będą ułaskawieni, a jednocześnie nie robią za wiele w tym kierunku, żeby się dowiedzieć. Spętani? Być może tak oddziałują krucyfiksy z martwym Bogiem.

– Jesteśmy smutnym narodem – zgadza się Sambora, a wieczorem w parku dodaje: – Zawsze uważałam, że powody tego są historyczne, ale mogą też być mistyczne. Już samo słowo „mistyka” kojarzy mi się z czymś mrocznym.

– Mi też. Jeśli ktoś ma przydomek: „mistyk”, brzmi to dla mnie podejrzanie – mówię. – Kierkegaard był chodzącym smętkiem, przypominał męczącego się demona, a okrzyknięto go wybitnym filozofem chrześcijańskim. Już gdy był mały, ojciec mówił do niego: „Dziecko, ty masz w sobie cichą rozpacz”. Nie wyrósł z tego. Nigdy nie ucieszył się, że Jezus umarł za jego grzechy i zbawił go. Ludzie powinni być w euforii z powodu tego faktu, tak dla nas korzystnego, a jeśli nie są, to może nie wierzą w pozytywne poselstwo od Boga, w ewangelię, zwaną dobrą nowiną. Udręczony, depresyjny Kierkegaard, ledwożyjek, pół-upiór, stał się ogromnie ceniony z powodu swoich jęczliwych myśli, na przykład: „Czy to zrobisz, czy nie zrobisz, będziesz i tego, i tego żałował”.

– Nie był optymistą – przyznaje Sambora.

– Posłuchaj tego stwierdzenia: „Modlitwa nie zmienia postanowień Boga, ale zmienia tego, kto się modli”. Mądre? To po co ludzie modlą się, po co proszą, jeśli nie można nic wyprosić? Nie czytało się, panie filozofie chrześcijański, Biblii, bo jednak tam jest napisane: „Wiele może modlitwa sprawiedliwego”. A sam Chrystus zalecał: „Proście, a dostaniecie”. Palant Kierkegaard sprzeciwia się Zbawicielowi, twierdząc: Nie dostaniecie, modlitwa nic nie zmienia, to tylko psychoterapia, która uspokaja nas, czyni bardziej pokornymi i odpornymi na następne ciosy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że chrześcijanie mają nie po kolei w głowach, skoro takie osoby ogłaszają chrześcijańskimi filozofami i nie są w stanie zauważyć, że przecież jest właśnie przeciwnie, to myśliciele jawnie antychrześcijańscy, głoszący mroczną herezję, zakamuflowany ateizm. Jeśli nie ma Boga, to wszystko jedno, co ludzie o nim myślą, ale jeśli istnieje i faktycznie zostawił drogowskaz, księgę zwaną Pismem Świętym, to przekręcanie jej treści przez tak zwanych filozofów chrześcijańskich czy księży, takich czy innych, albo papieża, świadczy, że oni, świadomie lub nie, służą szatanowi.

Sambora i Tola kiwają głowami. Widzę, że całkowicie zgadzają się ze mną, więc kontynuuję wywód:

– Kierkegaard miał fałszywe pojęcie chrześcijańskiego Boga. Nie przyjął dobrej nowiny, więc był ponury. Głosił fatalizm i głuchotę lub nieprzystępność Ojca Niebieskiego. Odbierał ludziom nadzieję. Atrakcyjność chrześcijaństwa polega przecież na tym, że Bóg-Stwórca pragnie dialogu ze stworzeniami. To jest bardzo pociągające. W Biblii znajduję wiele historii, z których wynika, że ludzie, przez modlitwę, mieli rzeczywisty wpływ na wydarzenia. Abraham modlił się o swojego bratanka, który mieszkał w demonicznej Sodomie, a to miasto miało być zniszczone wraz z wszystkimi mieszkańcami. Wyprosił życie dla bratanka i jego rodziny. Bezpłodna, poniżona Anna prosiła o potomka i otrzymała proroka Samuela oraz następne dzieci. W Psalmach jest pełno podziękowań Dawida lub innych osób za wysłuchane modlitwy. Na przykład: „Wzywam Cię, bo wysłuchujesz mię, Boże”, „Zmieniłeś skargę moją w taniec”, „Zaiste, wysłuchałeś głosu błagania mojego, kiedy wołałem do Ciebie”. „Ten biedak wołał, a Pan słuchał. I wybawił go z wszelkich ucisków jego”.

– Chyba zacznę się modlić – postanawia Sambora.

Zauważam, że ten spacer jest jakiś mniej płynny, raczej chaotyczny, bez ładu. Żegnamy się na skrzyżowaniu. Gnam do domu i czytam Miłosza: „Słabej wiary, jednak wierzę w potęgi i moce / Których pełen każdy centymetr”.

I jeszcze wyznał: „Przez mroczne biegłem katedry”.

Myślę: dlaczego mroczność katedr nie wydaje się ludziom podejrzana?

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.