01/2020

Bogusław Kierc

Lustereczko, powiedzże mi

No to zrobimy sobie rachunek sumienia.

Nie będę cię rozliczał. A czemu się mamy

rozliczać? Nie chcę aż tak bardzo się przemieniać,

żeby nie zostać w końcu prawie takim samym,

jakim jestem w tej wersji, ale pomyśl, gdyby

chciały się spotkać, kto wie, może się spotkały

ta gorsza z lepszą wersją, spróbujmy, że niby

one tak mówią. Nie chcę. Jestem zbyt nieśmiały.

Nieśmiały? Dajmy spokój. Nie chcę. To jest głupie.

Nie bój się. Tu nie chodzi o strach. Mam to w dupie.

O co chodzi? O zwykłe prawo do tajemnic.

Przecież możemy zmyślać i konfabulować.

Albo dla żartu coś tam podgrywać wzajemnie,

wiedząc, że to są tylko słowa, słowa, słowa.

Ale nie chcę odgrywać ciebie w sobie. I ja

nie chcę. To i tak będą całkiem inni ludzie,

a poza tym i szczerym słowem nie zabijaj,

sam zresztą nie chcę chować się w swojej obłudzie.

Możemy się zamienić – ja będę grał twoją

wersję mnie a ty moją wersję, zobaczymy,

co wyniknie. Daj spokój. Naprawdę się boję,

że cię wpuszczę w pułapkę solipsyzmu. Czy my

musimy się wciąż wikłać w czyjeś urojenia?

Czyjeś? No, bo nie nasze. Co cię tak ruszyło?

Proponuję zabawę, a ty to przeceniasz,

boisz się, że narażę na szwank swoją miłość

własną albo że zagram jakiegoś Bergmana

i tak się zdemaskuję, że ty się przestraszysz,

bo twarz monstrum do dzisiaj nie była ci znana

nawet z domysłu. Tylko spokojnie. W tej naszej

zabawie pozwolimy na tyle, na ile

obaj zechcemy. Ja już nie chcę. A ja mogę

tak się pobawić? Zgaszę. Dobrze. Tak jest milej.

Mogę ci nalać? Jasne. Zdrowie! No to – w drogę.

Możesz powiedzieć, o co ci naprawdę chodzi?

O grę. To znaczy chciałbym, żebyś nie dowierzał

niczemu, co tu pieprzę. Twój przyjemny podziw

dla mnie może ucierpieć, niestety, to wieża

z dziecinnych klocków… Dobrze. Możemy zaczynać.

Zaraz. To nie jest teatr. No to: moja wina,

moja wina, moja…i uważajmy. Co masz

na myśli? Żebyśmy się nie spili jak świnie.

Świnie się nie spijają; staniemy się dwoma

trzeźwymi pijakami, a potem to minie

i będziemy trzeźwymi pijawkami. Znaczy?

Będziemy z siebie wzajem ssali krew. Tak krwawo

widzisz finał naszego spotkania? W rozpaczy

widzę to jeszcze gorzej. To wypijmy. Brawo!

Jesteś git. Co, przejrzałeś? Jeszcze nie przejrzałem.

Mam zaćmę. Już się spiłeś. Nie jestem pijany,

ale mnie ćmi i może całkiem ociemniałem

przez ciebie, jaśnie panie (zwłaszcza gdy nad ranem

„jaśniejesz w moich myśli rozwalonych betach”),

oślepia mnie coś, czego nie umiem określić

ni wyrazić serdecznie i prawdziwie, że ta

twoja obecność tutaj pod innym imieniem

jest zmyłą, którą czuję i wiem, przyjacielu

drogi, jak ci na imię naprawdę: sumienie;

chodzi o to, że jesteś dla mnie spośród wielu

jedynym na planecie, który mi z butami

może włazić do serca. Miała być zabawa.

Przecież jest. Nie pojąłem. I teraz, gdy sami

tu jesteśmy, się zacznie dramat. To zakrawa

na horror. Ale – czemu tak tragicznie? Bo już

jest was (beze mnie) trójca; w tym ciasnym pokoju

jesteś ty i ty jako ja i ja-jako-ty.

No to już dosyć tych jaj. Obudź się, mój złoty!

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.