03/2018

Barbara Sola

Malunki na lamperiach (2)

Sklepy mięsne
W latach szkolnych, gdy miałam jedenaście, dwanaście lat, siedziałam melancholijna w sobotnie przedpołudnia na lekcjach w szkole. Sobota była dniem, gdy mama wysyłała mnie do rzeźnika, abym przyniosła do domu, tak jak Indianin przynosi skalp, kawałek mięsa. Była lekcja biologii. Obserwowałam melancholijnie różne przedmioty w klasie. Czy z tej paprotki dałoby się zrobić sałatkę? Czy z małego potworka zanurzonego w formalinie można by przyrządzić potrawkę w sosie własnym? Czy wypchaną papugę można by upiec na rożnie? Czy można by wyjąć z akwarium złote rybki i usmażyć je na patelni? Czy chomiki dałoby się wydostać z plastikowego pojemnika, następnie rzucić nimi o ścianę i tak przyrządzone usmażyć jako kotlety?

Odpowiedź była jedna: kolejka w rzeźniku na Słowiczej. W kolejce przeważały kobiety. Naprzeciwko głównej kanonicznej kolejki ustawiała się kolejka inwalidów i kobiet w ciąży. Mieli prawo do kupna mięsa jako co czwarta osoba. Wydawało mi się, że do tej kolejki przychodzi cała reprezentacja inwalidów z dzielnicy: ohydni kulawi starcy, kobiety z nogami jak pałąk kosza, najbardziej powykręcane kaleki z osiedla, garbusy z plecami jak  iewont, chorzy pokryci liszajami, krostami i wysypką i na koniec kobiety w ciąży, które za chwilę miały rodzić.

W kanonicznej kolejce przeważały kobiety, ale rządzili mężczyźni. Faceci o czerwonych policzkach, którzy palili cały czas papierosy, sporty lub płaskie, i wyciągali zza pazuchy od czasu do czasu nalewkę denaturowaną lub spirytus salicylowy. Większość z tych facetów była wynajęta przez panie z przestronnych, jasnych mieszkań znajdujących się na pierwszym, drugim piętrze okolicznych kamienic.

Czerwonolicy macho rządzili po swojemu, obsztorcowywali kobiety w kolejce i przymilali się do sklepowej: Laleczko, ładna dziś pogoda. Sklepowa w białym fartuchu wątpliwej czystości stała za ladą, za którą wisiały na razie haki, i królewskim spojrzeniem omiatała stojącą przed nią czeredkę. Po paru godzinach główny czerwonolicy krzyczał: Jest! Przed sklep zajeżdżał szary samochód-chłodnia. Z niego wyskakiwało kilku pracowników i taszczyło plastikowe skrzynki z mięsem. Skrzynek było kilkanaście, a schabów rzuconych na sklep kilka. Patrzyłam z płonącymi policzkami, gdy sklepowa rozkładała na ladzie kawałki mięsa. Patrzyłam z płonącymi policzkami na cudowne różowe schaby, obramowane z boku gotykiem kości, na czerwone jak płachta torreadora płaty wołowiny na pieczeń, na soczystą, zabójczą karkówkę, na pstrą jak kura na podwórku wołowinę na rosół, mój wzrok dotykał czułym spojrzeniem golonki, pieścił kiełbasę zwyczajną, nie ominął salcesonu, słoniny, pasztetu. Patrzyłam z płonącymi policzkami i w głowie dudniło mi jedno pytanie: Czy starczy dla mnie? Na szczęście ilość sprzedawanego mięsa była ograniczana. Gdy przyszła kolej na mnie, rozemocjonowana, spocona, z płonącymi policzkami wyszeptywałam: Kilo wołowiny na pieczeń proszę.

[…]

Przygody bukinistki
Przez kilkanaście dni sprzedawałam książki na ulicy. Brałam torbę z książkami, stołeczek, zieloną, plastikową folię i udawałam się na ulicę Powstańców Śląskich. Rozkładałam książki pod piekarnią. Naprzeciw pod słupem ogłoszeniowym starsza siwowłosa pani sprzedawała kwiaty. Nasza rozmowa na początku pracy była zawsze taka sama.

Ja: – Kupują coś?

Starsza pani: – Słabo.

Byłyśmy zawsze niezadowolone z klientów i popytu, bo marzeniem kupców jest Wielki Klient, który kupiłby wszystko od razu i na pniu. Po pogawędce z kwiaciarką układałam równiutko tomy na zielonej plastikowej folii.

Słońce mnie strzaskiwało, a ja siedziałam na stołeczku i wypatrywałam klientów. Oni… spieszący się, zabiegani, kłusem do autobusu, objuczeni zakupami. A jednak sprzedałam kilkadziesiąt książek. Co szło? Poradniki psychologiczne i klasycy. Ludzie zatrzymywali się przy różnych: Bądź sobą, Bądź asertywny, Jak rozwinąć skrzydła?, Myśl pozytywnie. Te broszury z jaskrawymi okładkami, przynoszące na kilkudziesięciu stronach receptę na życie, dzieła najczęściej amerykańskich konowałów od duszy, zawsze ktoś przeglądał. Raz pewien wybitnie przystojny, ale smutny młody człowiek kupił Samotność – jak sobie z nią radzić. Nikt nie zajrzał do Wrednych ludzi ani Toksycznych ludzi. Targowali się ci, którzy uważali, że wydając pieniądze na książki, marnują je, na ogół wyglądali na zamożnych. Kto jeszcze kupował i co? Młody mężczyzna o śniadej cerze, jak się okazało Ormianin, kupił Nerwice i mały słownik ortograficzny dla dziecka. Pomyślałam sobie, że jak Ormianin mieszka osiem lat w Polsce, może się nabawić nerwicy. Nasz papież poszedł za pięć złotych. Zdecydowany mężczyzna o wyglądzie macho kupił Tao gospodyni domowej Kingi Dunin. Poradniki seksuologiczne Mastertona przeglądały kobiety. Jeden, Magię seksu, kupiła dziewczyna o powściągliwym wyglądzie. Przeglądała go długo. – Z ciekawości – rzuciła, gdy kasowałam forsę. Poza tym szli klasycy. Sprzedałam cztery Mrożki, trzy Miłosze, dwa Pilchy i dwa Zagajewskie.

Pewnego dnia pod wieczór zjawiła się korpulentna pani na rowerze. Kupiła Życie seksualne Catherine M. i zaproponowała mi pracę: bezpośrednią sprzedaż środków czystości i kosmetyków. – Zastanowię się – odpowiedziałam.

[pełny tekst do przeczytania w wydaniu papierowym]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.