06/2018

Jerzy Pilch

Masy upalnego powietrza

Z Dziennika
Wtorek 8 sierpnia 2017
W 1978 roku napisałem pierwszą znaczniejszą objętościowo prozę. Miała osiemdziesiąt dziewięć stron, ale dla uproszczenia przyjąłem, iż ma wyśnione sto stron, w tamtych czasach pogoń za osiągnięciem mitycznego rozmiaru to była podstawa.

„Nastał przestępny rok 1980, obfitujący w okrągłe daty i rocznice, lekka zima minęła nieoczekiwanie szybko, a moje od lat prowadzone notatki i zapiski, wielokrotnie łączone w całość nadał nie osiągały wymarzonej objętości”. Tak brzmiało pierwsze zdanie mojej pierwszej wydanej w 1988 roku książki, tomu opowiadań zatytułowanego Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej.

Rzecz dziesięć lat wcześniejsza, niewydana i nie „osiągająca wymarzonej objętości” nosiła tytuł Masy upalnego powietrza i niewątpliwie tytuł ten więcej zapowiadał, niż tekst spełniał. Był jednak na tyle wyrazisty, że nie pozwalał o sobie zapomnieć, i na tyle dobrze brzmiał, że w rozmaitych wywiadach pozwalałem sobie kabotyńsko napomykać, iż owszem mam w dorobku pewien mityczny (sic!) młodzieńczy maszynopis. Maszynopis w sensie ścisłym, napisałem to ręcznie, ale przepisałem na maszynie Everest, którą – nawiasem mówiąc – sprezentował mi biskup Andrzej Wantuła. Kupił ją w czasie wojny w Londynie, po powrocie kazał dorobić brakujące polskie czcionki, potem różne naprawy i generalne remonty maszyna przechodziła, kiedyś zdawało się, że już koniec, ale śp. Kornel Filipowicz zaniósł ją osobiście do niestety nieznanego mi złotorękiego fachowca, który brakujący element wytoczył na frezarce; w efekcie Everest do dziś jest na chodzie.

Oczywiście do głowy by mi nie przyszło, że Masy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne, ale jak nietrudno policzyć, w przyszłym roku minie czterdzieści lat od ich napisania. Słowem, perła to nie jest, ale ma swoje lata. Zyskując jubileuszową (a więc zawsze ulgową) taryfę, być może ukażą się, czy to w całości, czy to w fragmentach, na łamach „Twórczości”. O tyle jest to pomysł figlarny, że ma w sobie ideę domykającej się kolistości, przecież redakcja „Twórczości” była bez mała pierwszym adresem, pod który maszynopis wysłałem. Była to jeszcze „Twórczość” Jarosława Iwaszkiewicza, sędziwy i schorowany pisarz w redagowaniu miesięcznika uczestniczył symbolicznie, faktycznie rządził Jerzy Lisowski, on też uprzejmym, dosyć długim, ale odmownym listem mi odpowiedział. Zasada ta: uprzejmie, ale odmownie, powtarzała się praktycznie we wszystkich redakcjach, w których Masy upalnego powietrza składałem. W wydawnictwie Czytelnik wręcz entuzjastyczną, choć ostatecznie także negatywną, recenzję wewnętrzną napisał Zygmunt Ziątek. W Krakowie z ówczesnym szefem WL Janem „Wujem” Pieszczachowiczem niemal już opijaliśmy mój debiut, pechowo (a może szczęśliwie ) Wujo wytrzeźwiał prędzej. W nieistniejącym już dziś „Miesięczniku Literackim” szefem prozy był Władysław Terlecki, do druku Mas nie wziął, ale w liście dał do zrozumienia, że czyta moje felietony w „Studencie”, w którym wtedy pracowałem – czyli kolejny quasi-sukces. W końcu kawałek ukazał się u Machejka w „Życiu Literackim”, pilotował ten mój prasowy debiut Marek Sołtysik. Tak skończyły się boje o Masy upalnego powietrza.


Część I
Do miejscowości, w której odbywały się praktyki robotnicze, przyjechała z nim matka. Razem weszli do zakładowej stołówki. Była siódma trzydzieści. Okna pod sufitem zarośnięte trawą.

Pomieszczenie wykorzystywano także do zajęć szkoleniowych w zakresie OTK. Na ścianach wisiały instrukcje i pouczenia. Olbrzymia panorama przedstawiała uderzenie atomowe na miasto. Obraz urzekał bukolicznym klimatem. Zwłaszcza bogate w zieleń i wodę peryferie zachęcały do ewakuacji. W tym też kierunku, polnymi ścieżkami, wiszącymi mostkami, na przełaj przez błonia biegli sanitariusze z noszami, jechały willysy, chłopskie furmanki z przytroczoną do wozu olbrzymią flagą czerwonego krzyża i wojskowe wozy sanitarne. W piątej strefie pełnego bezpieczeństwa lekko ranni odpoczywali w cieniu lip. Do łaźni polowych tłoczyli się rozebrani mieszkańcy, chcąc doznać katharsis-ixi z radioaktywnego pyłu. Kiedy już wszyscy weszli do środka, okazało się, że matka jest jedyną kobietą na sali. Trojan patrząc na opiekuna praktyk – niskiego mężczyznę w brązowym garniturze – pomyślał, że powinien on ją powitać.

– Praca w hufcu – powiedział opiekun – jest pierwszą formą waszego kontaktu z uczelnią, ale nie tylko, także ze środowiskiem ludzi pracy. Na razie jeszcze te środowiska różnią się, ale jak wszyscy wiemy, ideałem i celem naszego ustroju jest zatarcie różnic pomiędzy pracą umysłową a fizyczną, pomiędzy pracownikami umysłowymi a fizycznymi. Oczywiście nie chodzi o zatarcie różnic pomiędzy ludźmi w ogóle, przeciwnie, dopiero wtedy docenimy nieskrępowaną zewnętrznymi okolicznościami grę ślepych instynktów natury. Siłacze pojawią się wśród bibliotekarzy, krótkowidzów bez przeszkód zatrudnią kamieniołomy.

Mężczyzna mówił około czterdziestu minut. Nie był ani siłaczem, ani krótkowidzem. Utopia, na którą się powoływał, nic by mu zapewne nie dała. Na tym większy szacunek zasługiwała jego wiara i gorliwość.

Potem odbywało się przeszkolenie w zakresie BHP. Co zrobić, zanim przyjedzie pogotowie? Położyć płasko na ziemi. Głowa równo z tułowiem. Kończyny górne luźno ułożone wzdłuż ciała. Stosować sztuczne oddychanie. Zmusić płuca do pracy. Tchnąć. Ochłodzić ciało lodem. Rozluźnić ubranie. Masować serce aż do złamania żeber. Atakować, gwałtownie atakować niezależny z pozoru obszar fizjologii. Uniezależnić się od tej fizjologii w sposób brutalny. Osiągnąć wolność.

Trojan zgadzał się z takim rozumieniem tego terminu. Był przekonany, że wolność w żadnym przypadku nie jest uwarunkowana sąsiedztwem ludzi, ich wspólnotami i braterstwami. Sekret wolności realizował się – jego zdaniem – na poziomie o wiele niższym, na poziomie przedmiotów. Ich układy, ich przegrupowania: oto figura wolności.

Ilekroć ojciec lub matka ograniczali jego działanie, zawsze odnajdywał w swym ciele wyspę nieograniczonej swobody. Niczym nie skrępowany ruch języka w ustach, ruch palców osłoniętych obuwiem. Były to fenomeny wolności czystej, realizującej się zawsze, nawet wtedy, gdy jako osoba musiał stać nieruchomo i słuchać perswazji.

Najwyższa forma tej wolności była jednak przerażająca. Była to wolność fizjologii. Krwi ustawicznie obecnej, rytmu serca, śliny wciąż wspinającej się po ściankach ust. Wolność ta była podwójnie nieosiągalna; jako utopia, do której nigdy nie da się świadomie wkroczyć, oraz jako stan nigdy niczym nie ograniczany, wyłącznie samemu sobie posłuszny.

Trojan czytał wprawdzie o ludziach, którzy osiągnęli tę wolność, wyrabiając sobie długotrwałymi ćwiczeniami możliwość świadomego wpływu na rytm serca, ale działo się to zawsze w obcych kręgach kulturowych.

U nas działają wyłącznie ekipy awaryjne. Wnętrze ciała żyje swoimi potrzebami i dopiero w razie konieczności otwiera się jego powłokę, przekracza granice. Wtłacza powietrze, łamie żebra, aby wymasować serce. Zupełnie natomiast nie docenia się propagandy środków perswazyjnych i zapobiegawczych. Nie prowadzi się zimnej wojny z ciałami Polaków. Jedynie krótkie, czterdziestopięciominutowe szkolenia BHP, które są wykładem dekalogu ekspansji. Położyć ciało. Rozluźnić strój. Rozłożyć ręce. Otworzyć usta. Wtłoczyć powietrze. Zatkać nos. Podnieść powiekę. Naciskać klatkę piersiową. Uderzyć.

Ciało może okazać nieposłuszeństwo, wystarczy kilka godzin zwierzęcego snu, aby na suchą i umytą skórę wystąpił pot. Wystarczy kilka godzin snu, aby do opłukanych ust nabiegła w nadmiarze ślina, aby w kącikach oczu zebrały się porcje kleistego wosku, aby opróżniony pęcherz napełnił się moczem. Gdyby sen był odpowiednio dłuższy, wydzielanie przezwyciężyłoby wolną wolę, ślina zatopiła usta, wosk zalał powieki, a wolno parujący pot sparaliżował ruchy. Dlatego nie należy spać zbyt długo – kończyła swe wystąpienie higienistka. – Poranna gimnastyka, prysznic, kąpiel i spacer to zabiegi, które wbrew pozorom nie są manifestacjami i utrwaleniem tężyzny fizycznej. Służą one duchowi i refleksji, ich oddziaływanie na ciało jest czysto negatywne, pozwala na przezwyciężenie jego ślepej, fizjologicznej wolności. Higienistka użyła tego terminu przypadkowo.

Matka słuchała z największą uwagą. Ufała wszelkim autorytetom. Mimo że wierzyła w Boga, ogólny nieporządek świata przerażał ją i chętnie przyjmowała każdy sposób racjonalizacji. Nieporządek na świecie panował tak wielki, że nawet świadectwa obecności Boga ulegały zdumiewającym zamąceniom. W niejasny sposób uświadamiała sobie, że w czasach, które nastały, Bóg coraz mniej będzie miał do powiedzenia, że nie przemówi płomienistym krzewem, nie zamieni wody w krew, z trawy nie wyroją się plagi żab czy much; ale miała nadzieję, że niekiedy da jeszcze znać o sobie i uważniejsi dostrzegą jego podpis w torze, wzdłuż którego mysz przemierzy podłogę, w hieroglifie wysypki na skórze, w kostce cukru eksplodującej na dnie szklanki.

Ufała każdemu publicznie wypowiedzianemu słowu, każdy, kto stanął przed zgromadzonymi ludźmi i przemawiał, nie mógł się – jej zdaniem – mylić. Ufała gazetom. Ufała higienistce. Troska tej niemłodej kobiety o zdrowie praktykantów musiała mieć uzasadnienie. Wynikało to z doświadczenia. Przez słuchawki słyszała dziesiątki ciał, podnosiła dziesiątki razy powieki, zaglądała do setek ust, naciskała setki pachwin.

Człowiekiem, któremu matka ufała najmniej, był Trojan. Rozwój psychiki syna albo zdumiewał ją swą wybujałością, albo niepokoił zupełnym bezwładem. Niekiedy miała wrażanie, iż doświadcza on ciągłego działania nieznanej innym śmiertelnikom iluminacji, niekiedy sądziła, że nie jest on w stanie niczego zrozumieć. Ułatwiało jej to życie. Mimowolnie liczyła na działanie iluminacji wobec problemów, które były dla niej kłopotliwe. O sprawach oczywistych potrafiła natomiast mówić dziesiątki razy.

W rezultacie Trojan stawał się dla matki coraz większą tajemnicą. Zarówno jego myśl, jak i fizjologia. Dowcip erotyczny, opowiedziany w domu przez Trojana, nasunął matce niepokojącą świadomość jego miłosnych wtajemniczeń. Plama na prześcieradle wprawiła ją jednak w popłoch. – Coś ci jest – powiedziała. – Umówię cię na jutro z Grendą.

Grenda był lekarzem wojskowym. – Czy nie śniło ci się czasem coś takiego, różne rzeczy się śnią, czy nie śniło ci się, że leżysz koło panienki, leżycie razem obok siebie, ona w jasnej sukience, leżycie sobie na trawie, ale na ciepłej śródziemnomorskiej trawie, gęstej, tak gęstej, że nie widać pod nią gliny. – Grenda miał wprawę w roztaczaniu przed pacjentami bukolicznych perspektyw. – A może ci się śniło, że leżycie na plaży, ona w kostiumie kąpielowym. A może macie zwyczaj pożyczać sobie spodenki na gimnastyce? A może któryś z kolegów jest chory? A może odczuwasz pieczenie członka? Czy mógłbym zobaczyć? Proszę nacisnąć. Wyżej. Jeszcze. Czy coś wypływa? Nic.

[…]

[pełny tekst do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.