06/2019

Agata Chałupnik

Melancholia w Dolinie Muminków

Wydaje się, że melancholia jest ważną cechą świata Muminków.

Co by to jednak – w odniesieniu do cyklu książek dla dzieci – miało oznaczać?

W historii kultury zachodniej – pisze Raymond Klibansky – niewiele jest pojęć tak wieloznacznych. Pojęcie melancholii ma wymiar medyczny, psychologiczny i historyczno-kulturowy. Odnosi się tyleż do choroby (notabene różnie przez kilka tysięcy lat definiowanej), stanu emocjonalnego, temperamentu, osobowości czy pewnej dyspozycji psychicznej, pewnego stylu życia (mody?), kulturowego toposu – czy może raczej zespołu kulturowo utrwalonych obrazów i atrybutów, przedstawionych z rozmachem przez Ervina Panofsky’ego, Klibansky’ego i Fritza Saxla w studium Saturn i melancholia.

W starożytności melancholia odnosiła się do czarnej żółci, jednego z czterech humorów (obok krwi, flegmy i żółci). Zachwianie równowagi humorów w ciele miało z jednej strony prowadzić do różnego typu chorób, z drugiej – do różnych typów osobowości. Nadmiar czarnej żółci, jak wierzyli starożytni, prowadzi do stanów depresyjnych, niepokoju, lęku, smutku, niemożności działania. Z drugiej strony Arystoteles wiąże melancholię z geniuszem. „Geniuszowi potrzebne jest właśnie […] «ciemne tło». […] melancholia, czarna żółć, która uchowała się przed skrajnościami – nadmiernym ciepłem i zimnem – pozwala wówczas […] spojrzeć na siebie z oddalenia, i tym samym wyzwala myśl analityczną i twórczą” – pisze Marek Bieńczyk. To skojarzenie okaże się niezwykle trwałe. Będąc ciężką przypadłością, staje się melancholia także stanem, do którego się aspiruje. Antyk łączy melancholię z filozofią, renesans ze sztuką (Michał Anioł pisze: „Melancholia jest moją radością, a niepokój moim wypoczynkiem”), romantyzm – z poezją, w konieczny sposób powiązaną z miłością i śmiercią. „Genialność romantyczna – pisze László F. Földényi – to melancholijne przyzywanie śmierci, to poznanie, że osobowość, która sama chciałaby być własnym prawodawcą, nie może urzeczywistnić swego celu w obrębie tego świata. Genialność odrzuca wszelki kompromis, melancholia jednak przypomina, że owo odrzucenie […] wynika z losu: genialny melancholik nie może działać inaczej, musi wybrać śmierć”.

Różne języki i epoki znajdują własne określenia na melancholię i pokrewne jej stany, nasycając je różnymi znaczeniami i odmienną aurą. Mamy więc niemiecki Weltschmertz – „ból świata” charakterystyczny dla wczesnego romantyzmu, francuską l’ennui – zabójczą nudę, która trawi bohatera Mdłości Sartre’a, angielski spleen, wiązany przez renesansową medycynę z wadliwą pracą śledziony (stąd określenie „śledziennik”), czy nostalgię, będąca tęsknotą za utraconym domem. Przez współczesną naukę utożsamiana jest z depresją, niemniej Jan Mitarski zauważa, że pod nazwą melancholii psychiatra dopatrzyłby się także objawów schizofrenii paranoidalnej i katatonicznej czy objawów „psychoz symptomatycznych z zamąceniem świadomości”.

Co charakterystyczne, jeśli dawna nauka i filozofia definiują melancholię substancjalnie – poprzez obecność czy nadmiar odpowiedzialnego za melancholię humoru – czarnej żółci, nowoczesne definicje za Sigmundem Freudem skupiają się na braku – Marek Bieńczyk nadaje swojej książce o melancholii w kulturze (ale także o klinicznej depresji, z którą sam się zmaga od wielu lat) podtytuł: „o tych, którzy nigdy nie odnajdą straty”.

„Melancholia – pisze Freud – pod względem psychicznym wyróżnia się głębokim i bolesnym zniechęceniem, ustaniem zainteresowania światem zewnętrznym, utratą zdolności do kochania, zahamowaniem każdej sprawności i spadkiem samopoczucia, wyrażającym się w formie zarzutów i pretensji kierowanych pod własnym adresem, posuwających się aż do obłędnego oczekiwania kary”. Objaśniając jej mechanizm, ojciec psychoanalizy porównuje ją z żałobą. Praca żałoby polega jego zdaniem na odzyskaniu energii libido, obsadzonej w utraconym obiekcie – zmarłym. To proces trudny i bolesny, ale przebiegający w sposób świadomy, co więcej – jego cel jest możliwy do osiągnięcia. Melancholia, której praca nigdy się nie kończy, angażuje natomiast procesy nieświadome: chory może nie uświadamiać sobie w pełni straty (bo ukochany nie umarł, ale został utracony jako obiekt miłości) albo może uświadamiać sobie stratę, nie uświadamiając sobie w pełni jej znaczenia. „Zahamowanie melancholijne – pisze Freud – wydaje nam się zagadkowe, nie możemy bowiem dostrzec, co tak bez reszty absorbuje chorego. Melancholik pokazuje nam coś jeszcze, co nie występuje w wypadku żałoby – nadzwyczajne obniżenie poczucia «ja». W wypadku żałoby to świat zubożał i opustoszał – w wypadku melancholii zubożało i opustoszało samo «ja»”.

Bieńczyk łączy melancholię ze średniowiecznym pojęciem acedii – lenistwa, gnuśności duchowej, jednym z siedmiu grzechów głównych, który był przypadłością tych do życia duchowego powołanych: „Gorsza od dżumy, szerzyła się po wszelkich budowlach życia duchowego aż po początki renesansu, gdy została wchłonięta i zlaicyzowana przez świecką i dysponującą na tamten czas lepszym, bo antycznym, rodowodem, melancholię”. Dla ojców Kościoła, żyjących na Południu – zauważa – acedia ma wyraźny, by tak rzec „meteorologiczny”, wymiar: łączy się z palącym, odbierającym chęć do życia i jakiegokolwiek wysiłku, południowym słońcem. Acedia to domena demona południa: „Słońce w opisie Ewagriusza uosabia nagą, brutalną obecność, wobec ciężaru której pozostajemy bezradni. Chwila ta, roztopiona w obojętności czasu, który zamiast płynąć, staje się w naszym doznaniu jednolitą przestrzenną masą, rozciąga swe trwanie, sama staje się straszliwą nieskończonością”.

W cyklu Tove Jansson melancholia będzie także miała meteorologiczny wymiar. Jeśli jednak acedia ludów Południa wiąże się, jak twierdzi Bieńczyk, z nadmiarem słońca, melancholia ludów Północy wiąże się z ciemnością, brakiem słońca.

Świetnie to widać w Zimie Muminków. Muminek budzi się z zimowego snu krótko po Nowym Roku, reszta rodziny twardo śpi, czekając na wiosnę i nawet Mamy nie da się dobudzić! Muminek samotnie musi stawić czoła nieznanemu sobie światu. Zniknęły kolory znanej mu Doliny Muminków, opanowanej przez zastępy małych stworzonek, zbyt nieśmiałych i zahukanych, by pokazywać się latem. Wszystko jest otulone chłodną bielą i miękkim półmrokiem. Zimową melancholią.

[Zegary] Od czasu do czasu biły, czasem dzwonił budzik i to go pocieszało. Nie mógł jednak zapomnieć rzeczy, która była okropna – tego mianowicie, że słońce nie wschodziło. Ranek za rankiem rozjaśniały się ledwie do brzasku, który przechodził wolno w długą noc zimową; samo słońce nie pokazywało się nigdy. Zagubiło się po prostu lub może potoczyło gdzieś we wszechświat. Początkowo Muminek nie chciał w to wierzyć. I długo czekał.

Chodził co dzień nad brzeg morza i siedział wyczekując, z pyszczkiem zwróconym na wschód. Ale nic się nie działo.


A tak mały troll wita pierwsze promienie słońca tej zimy:


Nagle wełnisty puszek na grzbiecie Muminka zjeżył się. Na mrocznym niebie, tuż nad horyzontem, zabłysło coś czerwonego; potem zgęstniało w wąskie czerwone pasmo, które rzuciło na lód długie promienie światła.

– Jest! – krzyknął Muminek.

Podniósł Małą Mi i pocałował ją w sam środek pyszczka. […]

– Jest! – krzyczał Muminek. – Będzie wiosna! Będzie ciepło! Wszyscy się pobudzą!

Chwycił cztery rybki i rzucił je wysoko w powietrze. Potem stanął na głowie. Nigdy jeszcze nie czuł się tak szczęśliwy.

W tej chwili lód znowu pociemniał.

– Czy ono pożałowało tego, że wyszło?! – zawołał Muminek przerażony. […]

– Jutro wróci – pocieszała go Too-tiki. – I będzie trochę większe. Mniej więcej jak skórka od sera. Grunt to spokój.


Melancholia w Dolinie Muminków jest specyficzną poetycką jakością, przepajającą świat nieokreśloną tęsknotą, poczuciem straty, które jako czytelnicy dzielimy po trosze z postaciami. („Był koniec sierpnia. Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem. Las pełen był szumu, morze – niepokoju. W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział dlaczego”.) Owa strata musi mieć coś wspólnego z zimą i brakiem słońca. Z nocą polarną, która co roku usypia Muminka i jego bliskich, i sprawia, że Włóczykij rusza na południe. Zawiesza, przerywa i odracza wszystkie radości, które niesie życie i lato. Na trochę unicestwia świat Muminka, takim jaki go dobrze zna i kocha. (Notabene zimowy dom i zimową dolinę, którą odkrywa Muminek, dobrze charakteryzowałaby kategoria Freudowskiego niesamowitego, das Unheimliche, która to, co dobrze znane, swojskie, „samowite”, umieszczone w innym kontekście pozwala zobaczyć w nowym, często przerażającym, świetle).

Tatuś Muminka, domator, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, dwukrotnie opuszcza dom. Raz, wiedziony tęsknotą, opuszcza rodzinę, by – jak się okaże – odnaleźć Dolinę Muminków. („Był niezwykłym Muminkiem – wspomina Tatusia Mama, wędrując z synem jego śladem. – Ciągle chciał się przenosić z jednego pieca do drugiego. Nigdzie nie było mu dobrze. No i znikł – odszedł z Hatifnatami, tymi małymi wędrownikami”.) Po raz drugi ta sama tęsknota w tomie Tatuś Muminka i morze każe mu zabrać całą rodzinę na wysepkę z latarnią morską, tak maleńką, że wydaje się brudną plamką na mapie. Hatifnatów można by uznać za kolejne melancholiczne figury w cyklu – bezokie istoty, których główną motywacją jest pragnienie, by być gdzie indziej, odejść w dal. Tęsknota, która, jak się wydaje, nigdy nie zostanie zaspokojona. („Widziałeś ich kiedyś z bliska? Nic nie mówią i nikt ich nie obchodzi. Tylko idą i idą, i machają łapkami wpatrując się w horyzont. Tatuś twierdzi, że oni nigdy nie dochodzą tam gdzie chcą, i zawsze tęsknią za jakimś innym miejscem…”) Od tej tęsknoty nie są wolne nawet najmniejsze stworzonka zamieszkujące Dolinę Muminków: „Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami – rozmyśla Ryjek na pierwszych stronach Komety nad Doliną Muminków – Widzi się je, jak pędzą w nieznane, i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą…”.

Bardzo mocną melancholiczną figurą jest oczywiście Włóczykij – wędrowiec, tramp, który mieszka wszędzie i nigdzie, i nic nie posiada (albo – jak tłumaczy Ryjkowi – posiada wszystko, co widzi). „Wagabunda (albo pielgrzym, albo żeglarz) jest obok więźnia i pustelnika jednym z najczęściej przedstawianych «dzieci Saturna» w renesansowym imaginarium astrologicznym” – pisze Bieńczyk. (Dlatego też najważniejszą figurą modernistycznej melancholii jest flâneur, „miejski wagabunda” – tak jak tę postać interpretują Charles Baudelaire i Walter Benjamin, który do perfekcji doprowadził umiejętność błądzenia w przestrzeni nowoczesnego miasta).

Melancholiczna jest także relacja Włóczykija z Muminkiem. Za każdym razem, kiedy Włóczykij wraca wiosną do Doliny Muminków, Muminek wie, że jesienią znów odejdzie. Tak więc odzyskanie przyjaciela jest dla Muminka równoznaczne z jego ponowną utratą. Można by powiedzieć, że Włóczykij jest dla Muminka Lacanowskim „obiektem małe a” – objet petit a, ciągle umykającym obiektem pożądania, nieosiągalnym i niepochwytnym. Nie dającym się posiąść. To Lacanowska wykładnia miłości1.

Świetnie widać to w scenie z Zimy Muminków. Obudziwszy się przedwcześnie z zimowego snu, Muminek znajduje list od Włóczykija, który ten jak co roku zostawił mu przed odejściem:

Hej!
Śpij dobrze i nie smuć się – pisze Włóczykij. – Pierwszego ciepłego wiosennego dnia będziesz miał mnie tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy.

Włóczykij” […]


– Hej! – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.


Mamy tu charakterystyczną dla całego cyklu o Muminkach, a w szczególności dla relacji tej pary, ambiwalencję: radość (z powrotu Włóczykija wiosną) podszytą smutkiem (bo teraz go nie ma) i tęsknotę, snute zimą (oznaczającą długą polarną noc) marzenia o wiośnie, cieple i słońcu. Włóczykij, na ogół panujący nad swoimi namiętnościami i pragnieniami (poza jednym – namiętnym, chciałoby się powiedzieć, pragnieniem wolności), żyje tu i teraz, i wydaje się mieć dar intensywnej obecności. Ale im bardziej jest obecny latem, wypełniając Muminkowi każdą chwilę, tym bardziej dojmująca staje się jego nieobecność zimą. Tym bardziej go nie ma i tym większą stratę odczuwa Muminek.

Włóczykij kiwnął głową potakująco. Siedział i robił łódki z trzciny, które następnie puszczał na wodę.

– Jak myślisz, dokąd one płyną? – zapytał Muminek.

– Tam, gdzie mnie nie ma – odparł Włóczykij.

Łódki jedna po drugiej skręcały i znikały za zakrętem. […]

– Pytałeś o plany? – odezwał się znów Muminek. – Czy sam masz jakieś?

– Tak – odparł Włóczykij. – Mam plan. Ale wiesz, jeden z tych samotnych.

Muminek patrzył na niego bardzo długo.

– Masz zamiar ruszyć w drogę – powiedział w końcu.

Włóczykij kiwnął głową twierdząco.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, dyndając nogami nad rzeką. Płynęła pod nimi nieprzerwanie, niosąc swe wody gdzieś het, w nieznane strony, do których tęsknił Włóczykij i gdzie znów pragnął podążyć samotnie.[…]

Muminek został sam na moście. Widział, jak Włóczykij stawał się coraz mniejszy i mniejszy i jak w końcu znikł wśród śliw i srebrnych topoli. Po chwili jednak dobiegł go dźwięk jego harmonijki. […] Teraz wiedział na pewno, że jego przyjaciel czuje się szczęśliwy.


Nasuwa się zatem pytanie o naturę ich relacji. Wydaje się, że świetnie tłumaczyłby ją Bieńczyk:


[…] kontrastowe porównanie melancholii z żałobą (przypomnę: melancholia w przeciwieństwie do żałoby nie wie „co” utraciła) wymaga uściślenia: paradoks melancholii polega na tym, że tkwi w niej taka nieświadoma intencja żałoby, która poprzedza i antycypuje, przeczuwa stratę podmiotu. Ucieczka acidiosus przed obiektem jego miłości nie wynika z niedostatku pożądania, a raczej z jego rozognienia; przeto chcąc rozpaczliwie i zawczasu uchronić się przed stratą i przywiązać do siebie na stałe obiekt swojego pragnienia, acidiosus ustawia go od razu poza swoim zasięgiem – jako niemożliwy do osiągnięcia. I podobnie opisać można ucieczkę ku sobie melancholijnego libido: jego regres ma na celu przywłaszczenie obiektu przez wypełnienie się poczuciem jego straty, podczas gdy w rzeczywistości o żadnym posiadaniu nie mogło być jeszcze mowy. Tak rozumiana melancholia byłaby nie tyle regresywną reakcją wobec utraty obiektu miłości, co fantazmatyczną skłonnością do ukazywania jako utraconego obiektu, który od pierwszej chwili nie miał być przywłaszczony. Libido melancholijne zachowuje się tak, jakby doznało straty, choć w rzeczywistości niczego nie utraciło, i wciąż pozoruje to doznanie; inscenizuje rodzaj symulacji, w której to, co nie mogło być utracone (jako że nigdy niezawładnięte), ukazuje się właśnie jako utracone; to zaś, co nie mogło być zawładnięte (gdyż nierzeczywiste), poddaje się zawłaszczeniu jako przedmiot utracony.


W świetle tych wywodów Muminek jawiłby się jako melancholijny podmiot, wybierający Włóczykija jako nieosiągalny obiekt miłości i inscenizujący jego utratę każdej jesieni. Podobną dynamikę przyjmuje zresztą także relacja Muminka z zapatrzonymi w siebie same, narcystycznymi konikami morskimi na wysepce latarnika w przedostatnim tomie cyklu. Im mniej one o niego dbają, tym on wydaje się bardziej zakochany. Jak gdyby miłość oznaczała dla Muminka tę niedającą się ukoić tęsknotę i ból. Palące niespełnienie. Jak gdyby musiał realizować wciąż ten sam scenariusz.

[ciąg dalszy można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.