05/2020

Dominika Słowik

Mikrokronika, wysłana w przyszłość w marcu, z nadzieją, że w oczach czytelnika będzie już tylko złym wspomnieniem

Jest 19 marca.

Dzisiaj powinnam wysłać felieton do „Twórczości”.

15:38.

W Krakowie jest bardzo ciepło, po zimie, której nie było, w połowie marca przyszło prawie-lato.

Czuję, że my, wszyscy piszący, dziennikarze i dziennikarki, felietonistki i felietoniści, pisarki, pisarze, poeci i poetki właśnie w zaciszu swoich pokojów tworzymy ten sam tekst. Bo o czym innym pisać?

Co więcej, nie umiem o tym felietonie myśleć inaczej niż o jakimś wirtualnym liście w butelce, przecież wydrukowany ma zostać dopiero (o ile w ogóle) za kilka tygodni – a kto wie, co będzie za kilka tygodni? Ja nie mam pojęcia.

No to w liście w butelce chcę napisać, że:

– w pobliskiej piekarni do środka wpuszczają na raz tylko po dwie osoby. Wszyscy stoimy w bardzo długim ogonku na zewnątrz, w metrowych odstępach;

– w osiedlowym markecie wieczorami pełno. Przy wejściu zamontowano dozownik z płynem do dezynfekcji rąk. Kasjerka wybuchła płaczem po kłótni z nachalnym klientem, tłumacząc, że „ona też ma rodzinę i też chce przeżyć”;

– tramwaje i autobusy jeżdżą według sobotnich rozkładów;

– w internecie w każdym możliwym miejscu apele szpitali, którym brakuje wszystkiego: jednorazowych rękawiczek, masek, ochronnych okularów, nie wspominając o respiratorach. Ktoś na Facebooku próbuje robić medyczne przyłbice z plastikowych butelek po wodzie;

– znajomi na śmieciówkach, ci z własną działalnością i freelancerzy szukają w internecie porad dotyczących środków na uspokojenie i kontaktów do lekarzy, którzy mogą je wypisać online. Nikomu nie pomogła informacja, że euro kosztuje już dzisiaj 4,57;

– bliscy pracujący w aptekach donoszą, że nigdzie nie można dostać tabletek cynkowych (w wiralowym poście jakiś lekarz z USA twierdzi, że ssanie ich na leżąco – sic! – zabija wirusy) ani leku na malarię (podobno pomaga na wiadomo co). Wszyscy są bardzo zmęczeni. W aptekach nie da się przecież pracować zdalnie;

– o szkołach mówi się, że będą zamknięte do Wielkanocy. Pewnie będą. (I są. Ogłoszono to jeszcze, zanim skończyłam ten tekst);

– kurierzy zostawiają w pośpiechu paczki na wycieraczce;

– zamknięte granice, odwołane loty, na przejściach granicznych kolejki mierzone nie w kilometrach, a w dniach oczekiwania. A zapomnieliśmy już przecież, jak to jest w ogóle przekraczać jakąkolwiek granicę;

– w aptece przed ladą stoi rząd kartonowych pudeł, aby pacjenci nie podchodzili bliżej niż na metr; w monopolowym panie rozwinęły przed sobą ścianę z przezroczystej folii spożywczej i wyglądają za nią, jakby patrzyły przez cieniutką warstwę lodu;

– wierzba za moim oknem pozieleniała w jeden dzień. Ptaki śpiewają od trzeciej nad ranem. Kaloryfery wciąż grzeją;

– pod moim oknem po raz pierwszy, odkąd tu mieszkam, widzę bawiące się na podwórku dziecko. Chłopiec ma nie więcej niż siedem lat. Gra z ojcem w badmintona. Dobrze mu idzie. Czasem odbita mocniej lotka sięga tak wysoko, aż wydaje mi się, że mogłabym ją złapać w dłoń – gdybym tylko wystawiła rękę za okno.

O 18:00 wciąż jeszcze jest jasno.

19–20 marca 2020, Kraków
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.