10/2020

Elżbieta Baniewicz

Mimo wszystko optymistycznie

Nigdy nie pisałam rankingów aktorów, tak zwanych podsumowań sezonu i nadal nie zamierzam, zwłaszcza że ostatni sezon został dotkliwie pokiereszowany przez pandemię, straty materialne idą w miliony, a o duchowych nikt nie wspomina. Premiery zapowiadane na wiosnę odbędą się najwcześniej jesienią, kilka w ogóle przepadnie, więc nie ma właściwie czego podsumowywać.

W pamięci została mi natomiast atmosfera styczniowej premiery Człowieka z La Manchy w warszawskim Teatrze Dramatycznym, gdy całkiem dorośli widzowie dali się jak dzieci porwać tej szlachetnej opowieści. Owacja na koniec trwała ponad dziesięć minut i wszyscy klaskali, stojąc, kurtyniarz nie musiał wymuszać kolejnych wyjść aktorów, po drugich ukłonach stali na scenie uśmiechnięci i szczęśliwi – udało się im porwać widzów.

Udało się po raz enty, tak jak się to zdarza klasyce gatunku. Musical napisany przez Dale’a Wassermana, ubarwiony piosenkami Joe Dariona do muzyki Mitcha Leigha od połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku święci triumfy na scenach świata, u nas wystawiono go już kilka razy od Bielska-Białej, Chorzowa, Radomia, po Łódź, a w rzeczonym Teatrze Dramatycznym Jerzy Gruza ćwierć wieku temu wyreżyserował z wielkim sukcesem opowieść o błędnym rycerzu i nawet aktorzy z ówczesnej obsady zostali zaproszeni, by popatrzeć na swoich następców. Taki gest kurtuazji wobec „starych” aktorów zdarza się zresztą nie po raz pierwszy w tym teatrze.

Oczywiście żywe brzmienia kilku instrumentów perkusyjnych, klarnetu, dwóch trąbek, dwóch gitar akustycznych, fletu i puzonu zestrojone pod batutą Adama Sztaby dało całości dynamikę i gorący rytm. Podbijany również obcasami aktorów, podkreślany tańcami siedmiu brutalnych Mulników, niósł w sobie pewną nutę ludowego liryzmu, łączącego humor z rzewną tęsknotą. Podobnie jak bardzo dobre i czyste głosy ośmiu pełnokrwistych postaci prowadzących akcję, czyli aktorów śpiewających dziewiętnaście cudownych piosenek/songów z finezją przełożonych przez Antoniego Marianowicza i Janusza Minkiewicza. Gdy Modest Ruciński jako Don Kichot swym mocnym barytonem śpiewał słynny Impossible Dream („Śnię sen, najpiękniejszy ze snów / Iść w bój, w imię cierpień i krzywd […] Iść tam, gdzie nie do­tarł­by nikt. […] Iść wciąż, aby sięgnąć do gwiazd”), widzom na duszy robiło się cieplej. Bardzo wysoki, szczupły, w żelaznej zbroi i takich rękawicach, z miską balwierza na głowie wydawał się uosobieniem średniowiecznego rycerza i zakochanego trubadura w jednym. Walczył o honor porzuconej sieroty Aldonzy (Anna Gajewska), służącej w oberży Mulnikom i potem przez nich zgwałconej, jako nieskazitelnej damy swego serca przemienionej w ukochaną Dulcyneę, powodując u niej tak zwany dysonans poznawczy. Nikt przedtem nie potraktował jej jak osoby wyjątkowej i szlachetnej. Aldonza, prosta dziewczyna, szansy na odzyskanie godności nie zmarnowała, uzyskała świadomość swej podmiotowości – uczuć, myśli i marzeń – o czym przejmująco śpiewa w drugiej części spektaklu. Zresztą któraż kobieta pozostałaby obojętna na słowa rycerza – „Twoje imię, o Dulcyneo, brzmi jak czuły szept anioła”.

Don Kichot pokonując surowy krajobraz szesnastowiecznej Hiszpanii, bezinteresownie stawał po stronie słabszych, oberżystę nazywał kasztelanem, by ten mógł przyjąć od niego rycerską przysięgę. Również walka z wiatrakami, traktowanymi jak potężni czarownicy, wpisywała się w jego szlachetne szaleństwo, chciał bowiem widzieć świat doskonalszy, niż może być i jest. Zaraził swą postawą sługę Sancho Pansę (Krzysztof Szczepaniak), który z upływem wędrówki porzucał swe zdroworozsądkowe podejście do życia, widział, jak słowa wywiedzione z przemożnej fantazji jego pana potrafią zmieniać ludzkie charaktery na lepsze, a brutalna rzeczywistość łagodnieje. Jego song I Really Like Him („Przepadam za nim, / Zakopie żywcem mnie, / ale go miłuję. / Bez żadnej miłuję go racji, / Tej zwariowanej nie pojmuję adoracji. / I choć nie wiem czemu sam, / Pociąć się za niego dam”) ma siłę i sceniczny wyraz podkreślany mocnym tenorem aktora, który bywa zabawnym prostaczkiem w postrzępionym słomianym kapeluszu. Nade wszystko pozostaje wiernym sługą na dobre i złe, gdyż przygoda, w jaką się wdał, jest o wiele ciekawsza niż siedzenie z gderliwą żoną w domowym obejściu na zapomnianej prowincji.

Okazało się, że po paru latach pracy Tadeusz Słobodzianek stworzył zespół bardzo dobrych aktorów, zdolnych urzeczywistniać swój talent w wielu estetykach teatralnych. Dyrektor ma też nosa do realizatorów, oddanie realizacji musicalu w ręce utalentowanych kobiet: Anny Wieczur-Bluszcz – reżyseria, Ewy Gdowiok – scenografia, Anny Iberszer – choreografia, Pauliny Góral – reżyseria światła, opłaciło się bardzo. Pomógł im Tadeusz Nowakowski, tworząc na horyzoncie projekcje wideo: zmieniające się pejzaże, wielki wiatrak, z którym kopią i mieczem walczy bohater. Zachwycają poruszające się animowanym truchtem koń Rosynant i kłapouchy osioł, którym na scenie towarzyszą, imitując jazdę na tychże zwierzętach, wysoki, chudy rycerz i – dla kontrastu – niższy, korpulentny sługa. Słowem, cudowna iluzja teatru i jego pełna umowność osiągnięta prostymi środkami. A jeśli dodać jeszcze wysmakowane w formie i barwach kostiumy oraz pomysłowy rekwizyt, osobliwy „mebel”, z którego można wyciągnąć stołki i kilkoma ruchami stworzyć oberżę, przekształcić go w łóżko albo w wóz do przewożenia dobytku, do szczęścia nic nie brakuje. Słowem, to, co słychać, jest tak samo rozkoszne, jak to, co widać.

A sceniczne wymagania tego musicalu nie są wcale błahe, każdy z aktorów ma bowiem do zagrania kilka odmiennych ról, ponieważ jest to swego rodzaju teatr w teatrze. Pierwsze i ostatnie sceny dzieją się w ciemnym, zapewne dusznym i przepełnionym sewilskim więzieniu, gdzie stary już pan Cervantes ma proces przed trybunałem Świętej Inkwizycji, ale nawet nie z powodu jakichś bluźnierstw, co nie mogłoby się podobać wyznawcom jedynie słusznej wiary. Pełnił urząd poborcy podatkowego i nałożył grzywnę na klasztor, co też się nie spotkało ze zrozumieniem. Biografowie przypuszczają, że pochodził z rodziny „nowych chrześcijan”, czyli nawróconych Żydów, których poczynania były czujnie obserwowane. Współwięźniowie uważają go za dobrego człowieka, marnego poetę, słabego żołnierza, więc żeby ich zjednać tudzież zapobiec nudzie, wymyśla historię Alonso Kichany, starego kawalera, co nie przeżył życia, do obłędu doprowadziła go bowiem lektura romansów rycerskich – utożsamił się z Don Kichotem. Cervantes tworzy postać błędnego rycerza i tę rolę sam obejmuje, a towarzyszy niedoli obsadza w kilkunastu pozostałych: sprawdźcie zatem, czy jestem tak złym poetą, jak sądzicie – zagramy opowieść o przygodach rycerza z La Manchy, „pogromcy małości i zła”.

Na sukcesie spektaklu, wróżono mu także kasowy tuż przed pandemią, zaważyło znakomite wykonanie. Nie jest to ostatnio tak częste zjawisko. Kryteria się pomieszały, naturszczyk czy profesjonalista – a cóż to za różnica; wszystko jest performansem: wiadomości telewizyjne, czyszczenie butów, kłótnia w rodzinie, sprzedaż biletów, czyli każde działanie lub aktywność publiczna. Wobec tego każdy może być i jest performerem. Na zawodowych scenach, zdarza się, pojawiają się zupełni amatorzy, nawet profesorowie teatrologii biorą udział w scenicznych performansach (sic!), bo od jakości wykonania ważniejszy wydaje się przekaz – ideowy, rzecz jasna. Mnie ten typ teatru nie przekonuje, niewiele więcej mogę się z tych performatywnych zdarzeń dowiedzieć, niż wiem z mediów i książek, a drażni właśnie wykonanie – podbita krzykiem i prowokacją publicystyka. I, sądząc po reakcji premierowej widowni w Teatrze Dramatycznym, nie jestem w swych reakcjach odosobniona.

Zatem nie tylko praca i talenty wykonawców spektaklu złożyły się na wspomniany entuzjazm widowni. Myślę, że była nim również tęsknota za bezinteresownością czy idealizmem, urzeczywistnianym w „obłąkanych” postępowaniach Rycerza Smętnego Oblicza. Wprawdzie w starciu z bezduszną rzeczywistością pełną fałszu i okrucieństwa ponosi on klęskę, ale marzenie o sprawiedliwości i wyższych uczuciach budujących człowieka nie przestało być aktualne w żadnej epoce. Także dziś tragizm bohatera raczej budzi podziw wobec jego heroicznej postawy, gdyż zło i obłuda nadal mają się świetnie, a sytuacja kobiet, którym należy się równość i godne traktowanie, zdaje się zmierzać w gorszą niż lepszą stronę, jeśli myśleć o pomysłach wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej i retoryce polityków. Nadal jest u nas dostatek Mulników, którzy kobietę traktują jak przedmiot i swoją własność służącą do zaspokajania żądz i darmowej pracy. Na szczęście coraz więcej jest tych, którzy chcą się temu przeciwstawiać, ostatnio ponad dziesięć milionów obywateli powiedziało „mamy dość”.

Rycerski Don Kichot przemieniając służącą Aldonzę w piękną Dulcyneę, był chyba pierwszym feministą. Był także pierwszym bohaterem, mówiąc za Milanem Kunderą, oddanym „namiętności poznania”, skąd powziął „mądrość niepewności”, czyli przekonanie, że świat jest wieloznaczny, składa się bowiem z ogromu prawd i wiar sobie przeczących i względnych, z iluzji i rzeczywistości, z marzeń i codzienności, z tchórzostwa i cnoty, zuchwałości i małoduszności, cynizmu i prawdy. Dlatego ta powieść zrodzona z fantastycznego igrania z rzeczywistością pozostaje tak ujmująca w swej wymowie i ponadczasowa. Wyprawa w krainę marzeń kojarzy się z błazeństwem, ale status głupka/żartownisia sprawia, że może on zawsze powiedzieć więcej niż inni i częściej niż inni zagłębiać się w poszukiwanie swego ja. W końcu nawet Dostojewski przyznawał, że bohatera Idioty, księcia Myszkina, wzorował na bohaterze Cervantesa.

Niby to tylko musical będący adaptacją słynnej powieści, a daje oddech i przestrzeń dla myślenia i wyobraźni, a częściej dla gorzkich refleksji o czasie marnym.

Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, scena Gustawa Holoubka
– Człowiek z La Manchy Dale’a Wassermana (libretto), Mitcha Leigha (muzyka) i Joe Dariona (teksty piosenek),

przekład piosenek – Antoni Marianowicz i Janusz Minkiewicz,

reżyseria – Anna Wieczur­‑Bluszcz,

scenografia i kostiumy – Ewa Gdowiok,

reżyseria świateł – Paulina Góral,

multimedia – Tadeusz Nowakowski,

choreografia – Anna Iberszer,

dyrygent i kierownictwo muzyczne – Adam Sztaba.

Premiera 31 stycznia 2020.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.