06/2018

Włodzimierz Paźniewski

Mistrz Duranus

Odszukał mnie przez Internet po kilku moich publikacjach w „Plusie Minusie”, dodatku do „Rzeczpospolitej”, i krótkich tekstach zamieszczanych od lat w „Twórczości”. Zdaje się, że ze szczególną uwagą potraktował moje dywagacje na temat wierszy sokalskich, które powstawały w Sokalu, niedużym miasteczku na wschodzie Polski. O niezbyt wyszukanych rymach częstochowskich wszyscy wiedzą, gdyż z czasem stały się synonimem poetyckiej grafomanii. Sokal raczej ukrywa się do dzisiaj w literackim cieniu. Uchodził za najbardziej poetyckie miasto w dawnej Polsce, gdzie wiersze zdawali się układać wszyscy, a w każdym razie takie miało się wrażenie. Mało tego, lepszy czy gorszy tekst, np. na urodziny kogoś bliskiego czy na ślub córki, można było w miasteczku kupić na targu, a nawet zamówić u autora, który na co dzień handlował butami, bo z zawodu był znanym i cenionym szewcem i takie było główne źródło jego utrzymania. Pisanie to hobby i niejako zajęcie odświętne. Zdarzało się, że ten i ów mieszkaniec Sokala skargę czy podanie do władz ujmował w mowę wiązaną i nie traktowano go w urzędzie jak wariata. Takie były początki mojej znajomości z prof. dr hab. Wacławem Twardzikiem z Instytutu Języka Polskiego PAN w Krakowie.

Mistrz Duranus wyraźnie lgnął do ludzi. Byli wśród nich przyjaciele z czasów studiów, profesorowie UJ, uczniowie, koledzy z pracy w Instytucie oraz wcale pokaźny zestaw artystów i różnych przelotnych ptaków. A i oni lubili przebywać w jego towarzystwie, bo przy Duranusie nikt się nie nudził. W kontaktach ze znajomymi i przyjaciółmi na wzór dawnego mistrza od lat używał łacińskiej wersji swego imienia i nazwiska. Występował więc nie jako Wacław Twardzik, lecz Venceslaus Duranus. I tak już pozostało.

Dziwnym człowiekiem był Duranus. Wyraźnie wolał dobry dowcip od wzniosłości. Nie znosił celebracji i nadmiernego nadymania się, a to w Krakowie, zwłaszcza w środowisku akademickim, przychodzi ludziom nader łatwo, choć przeważnie rzeczywistych powodów takiego zachowania brak. W podobnych sytuacjach nie widzi się już nawet własnej śmieszności. Duranus demaskował te gry i zabawy bezbłędnie i traktował z przedziwną mieszaniną wyrozumiałości dla ludzkich słabości i uszczypliwego pobłażania; dziwił się bardzo przy okazji, że najwidoczniej wielu nie potrafi już w inny sposób zaznaczyć swoją obecność, co świadczy, że osobnik, ulegający tej manii, boryka się na co dzień z intelektualnym mankiem i brakiem dystansu do samego siebie, a to już Duranus zaliczał do wad kardynalnych. Do tego takie zachowanie zdradza przy okazji wyraźne kłopoty z charakterem, a ten albo się ma, albo nie. Koniec. Kropka. I to ucinało wszelkie dyskusje z Duranusem na ten temat.

Znajomi i przyjaciele często przywołują zdarzenia drobne, choć Wacław nie jest typową książką wspomnieniową o kimś, kogo się lubiło i ceniło. Dodają jednak one specyficznego kolorytu i świadczą o osobowości oraz charakterze głównego bohatera, który np. kręcił się bardzo blisko Piwnicy Pod Baranami, o czym zadecydowały chyba związki rodzinne Profesora. Ożenił się bowiem z Jadwigą, siostrą Zygmunta Koniecznego, nadwornego kompozytora Piwnicy i doskonale znał ludzi z jej kręgu.

Miał wiele talentów, o które nikt go nie podejrzewał. Gotował jak na mistrza przystało. Często potrawy egzotyczne i wykwintne według skomplikowanej receptury. Nalewki zdawał się sporządzać na bez mała wszystkich ziołach, jakie rosną w Polsce, przy okazji recytował ich nie tylko rodzime nazwy, lecz i łacińskie imiona, bo jak coś poznawał, to dogłębnie. Nie cierpiał tak miłej naszej nacji połowiczności.

Pełny zestaw tych ziół przypomniał Duranusowi w dowcipnej mowie na sześćdziesięciolecie Ireneusz Kania, zaznaczając, że „Jubilat słynie z wódczanych nalewek, własnoręcznie sporządzanych z dzięgli, ciemierników, ślazów, rdestów, perzów, ostów, stokrotek, tojadów, szalejów, cykut, kropidlaków, łuskwianek, krwawników kichawców, nawłoci późnej i wyćwiklina białego. Te wielkiej smakowitości i armatniej mocy mikstury od lat skutecznie ćmią nasze durne sarmackie łby i mam nadzieję, że Deo adiuvante przez wiele jeszcze lat będą to czynić. Jednego nie rozumiem: czemuś, carissime, dotąd nie położył zadumanego wzroku na ziołach takich, jak dzięglawa sercowata, gorzknik syberyjski, clikwica morska, przepękla ogórkowata, urodlin trzyłatowy, wężymord tau-sagiz, twardzioszek przydrożny, tawuła bawolina i ożankolistna, zwięźla kulista, ubiorek okółkowy, trzęsidło pospolite, trukwa egipska, szczwół plamisty, strofant wdzięczny, smaczliwka właściwa, miechunka rozdęta, pęcherzolistka gruszkonośna, krwiściąg i kupówka, gduła perska i, na koniec, oszloch dwulistny?”. Same nazwy brzmią jak poezja.

W środowiskach filologów znano Duranusa jako autora licznych haseł Słownika staropolskiego i fundamentalnych prac naukowych o zabytkach języka staropolskiego takich, jak np. Rozmyślanie przemyskie. Zdaniem znawców ten „najobszerniejszy i najciekawszy tekst literatury religijnej naszego średniowiecza stał się naukową i życiową pasją Wacława Twardzika”. Był miłośnikiem staropolszczyzny, mową naszych przodków, bardzo piękną, lecz i dosadną fascynował się latami. Gdy Duranusowi stuknęła siedemdziesiątka, zachowałem się jak prawdziwy desperat, bo stosowne życzenia dla Jubilata skreśliłem właśnie w staropolszczyźnie, co – jeśli pamięta się, że należał do najlepszych znawców tego języka w Polsce – zahaczało o samobójstwo, a jednak Duranus zachował ten tekst, zatytułowany Vivat Duranus!, który zamieszczono po latach w Wacławie:

„Kontent wielce i pełen wdzięczności za ową epistołę i za dołączone liczne konterfekta dostojne, to znów krotofilne, do nóg Jubilata padam, a takoż przemowę, może nieskładną, lecz z głębi duszy płynącą, ślę przez umyślnego Internetusa, który w pośpiechu wielkim niebawem w królewskim Krakowie stanie.

Dostojny, a miły sercu wielu, a mojemu w szczególności Drogi Panie Wacławie Duranusie. Losowi niech będą ludy po stokroć wdzięczne, iżeś 70 roków temu pojawił się na tym ziemskim padole. Jak słuchy niosą, pono już na drugi dzień językiem naszym władałeś w mowie i piśmie biegle, aż ludzie zarówno w Koronie, jak i na Litwie oraz na Rusi zaczęli głosić, iż los Ci już taki widać pisany w niebie, ażebyś czujnym strażnikiem polszczyzny ostał, a gamoniów i wszeteczników wszelkich językowych, za nic poprawność mających, w dyby zakuwał, pod pręgierz stawiał i ogniem piętnował, jako pohańców jakichś lub nie przymierzając Tatarzynów, pochwyconych na multańskim brzegu. Fechtuj więc Panie Wacławie na tym polu, gdzie chwast mnoży się na potęgę, lata długie. Oby Fortuna, ta zmienna pani, Domu Twojego nie omijała, lecz niechże Cię w stałości na oku łaskawym miewa przez wszytkie dni, miesiące i lata. W zdrowiu Ciebie, Duranusie Dostojny, zachowując, niech zawsze o mieszku pełnym złotych dukatów pamięta i małmazyjej słusznym zapasie w kredensie, a takoż i strzał Kupidyna nie skąpi, gdy w pobliżu białogłowa lubo podwika gładka przechodzić będzie. Czego Ci, Drogi Panie Wacławie Duranusie, życzy Vłodko z Paźniewa”.

Książkę Wacław, czyli przypisy do konterfektu Profesora Wacława Twardzika, zredagowaną, co warto podkreślić, z polotem i pietyzmem przez Romana Mazurkiewicza, kończy ciekawostka: nekrolog własnoręcznie napisany przez Duranusa, w wersji z roku 2012, w którym jako znawca staropolszczyzny nie unika łaciny. Jest w nim cały on. Rzadko się zdarza nekrolog, skreślony z wyprzedzeniem przez głównego zainteresowanego, więc chyba warto sięgnąć do tego tekstu:

Wacław Twardzik
* 27 X 1937 w Jaszczwi − † w Krakowie
emerytowany filolog
przeżywszy pisanych mu … jesieni
mimo że organiczny hydrofob,
sine dubitatione dał się profundere w głębiach formaliny
dla dobra Katedry Anatomii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W związku z powyższym ani nabożeństwo żałobne,
ani żadne inne egzorcyzmy pogrzebowe
i jakiekolwiek późniejsze gusła
odbyć się nie powinny ani mogą.


Bliski przyjaciel Profesora, Stefan Maciejewski, w książce Wacek tak wspomina finał ziemskiej wędrówki Duranusa: „Przez ostatnie lata, do końca swoich dni pracując naukowo, był mocno sterany chorobami, wychudzony ponad miarę. Testamentową wolą tę swoją cielesność oddał Collegium Medicum. Pogrzebu więc nie było. Cierpiąc na nogi, podpierając się laseczką, dreptał codziennie do swojego gabinetu w instytucie przy al. Mickiewicza. Wracał do domu późno. Wsiadając na przystanku przy ul. Karmelickiej do tramwaju numer 14, który go dowoził pod sam dom przy alei Pokoju.

Pewnej kwietniowej nocy 2014 roku do domu nie wrócił. Jak się okazało, z ulicy w pobliżu przystanku «Batorego», nieprzytomnego profesora Twardzika zabrało pogotowie. Zmarł w szpitalu dwa tygodnie później [25 kwietnia 2014 roku –WP]. Miał 77 lat”.

Ludzie, którzy go znali, zdają sobie sprawę, kogo utracili. Mistrz Duranus, pisząc bardziej wzniośle, czego chronicznie nie cierpiał, wolał raczej żart lub ironię, zostawił po sobie wiele pustego miejsca, zresztą nie tylko pod Wawelem czy w środowisku polskich humanistów, o artystach nawet nie wspominając. Dzisiejszy Kraków jest dla mnie trochę inny, jakby przybyło w mieście trochę zadumy i nostalgii: nie ma Duranusa. A zdawało się, że będzie zawsze. Trudno się pogodzić z tą nieobecnością. Czasami mam dziwne wrażenie, że wyszedł tylko na chwilę.

Wacek, czyli przypisy do konterfektu Wacława Twardzika,
opracował Roman Mazurkiewicz.
Księgarnia Akademicka,
Kraków 2017.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.