11/2019

Richard A. Antonius

Mowna ludu

[…]

Wieczorem mama obmywała Adamowi rozwalone kolano.

– I kto cię tak urządził?

– Taka mała zasmarkana – wyznał, krzywiąc się z bólu. – Wpadła mi pod nogi. Ta gupoć.

– Nie mów tak brzydko o dziewczynce – upomniała go mama.

– Córuchna tego z westybulu Zjadagi.

– A! Jadzia Zjadagówna – domyśliła się mama. I nagle zamilkła. I znowu się śmiali.

– Umówiłem się z dzieciakami na pierwszą lekcję – pochwalił się, przybierając poważną minę.

– Lekcję?

– Chcą się nauczyć nowego języka. Mój język jest prosty. Nie ma przypadków i całej tej dorosłej gramatyki. Sam go wymyśliłem.

– Tak? No to powiedz, jakby w twoim języku brzmiało: J’ai un genou ensanglanté?

– Żem gu pno gu wna ją te!

Mama lekko zesztywniała.

– Wiesz co ci powiem? Może jednak uważaj… Na twoim miejscu raczej odwołałabym lekcję tego języka…

– Mamo, mój język ma już nazwę: mowna ludu.

– Hmm…

– Można nim będzie łatwo rozmawiać w całym naszym obozie.

– Powiadasz: w obozie? – Mama zaśmiała się do swoich myśli. – Zaczekaj, a co z zasobem słów?

– Jeszcze nie zdecydowałem, ale chyba mniej niż koralików w różańcu babci.

Szybko spróbował policzyć na palcach.

– Czterdzieści cztery.

– A to ciekawe! „A imię jego czterdzieści i cztery”. Ty jak nasz wieszcz. Też Adam.

– Mamo, wystarczy jedna lekcja i już. A potem będą pytania z sali.

– Ach tak, i wszyscy biją brawo. A czy już ułożyłeś te słowa w porządku alfabetycznym?

Podrapał się w głowę.

– To by było jakoś tak: Aś ba bie cie ciok…

Adam przerwał, bo jakoś tak poczuł, że za nic na świecie nie powinien recytować mamie dalszych słów. Ale ona już machała rękami.

– Stop! No, już dobrze… dobrze… wystarczy. Mowna ludu to może jest, ale czy na pewno jest piękna?

– Napiszę wiersz – wypalił.

– W mownie ludu?

– Tak, a jak wrócimy do Krakowa, to zabiorę się na poważnie za powieść. Napiszę ją razem z Marcinem, korespondencyjnie.

– Całą powieść w mownie ludu? A jaki tytuł? Można wiedzieć?

– Dzieła Zebrane Wszystkie Moje.

Cały wieczór mozolnie przepisywał 44 podstawowe sylaby języka o nazwie mowna ludu na odwrocie kartonowych peronówek. Dziadek Julian przynosił mu je od znajomego konduktora. Następnego dnia, w samo południe, miał umówioną pierwszą lekcję na podwórku Marcina, który podjął się organizacji odczytu. Bea też miała przyjść. Adam był pewny, że odniesie sukces. Ten niemota od Morembów – Heniek z krótszą nogą, już od pierwszej chwili podchwycił jego mownę ludu. I chociaż miał jak zawsze kluskę w gębie, to i tak wszyscy się dziwili, jaki się nagle zrobił wygadany. Jędrek Pahletko, ten śmierdziel z Rytra, też przyjdzie, bo jeżeli nie przywlecze się za Beą, to skuszą go peronówki. Jutro każdy dostanie taki karteluszek z zasobem słów. Adamowi trochę było żal fajnych peronówek.


Wspiął się na stos szweli. Przybrał wychyloną pozę Lenina. Widział taką w książce, którą dostał na Dzień Dziecka. Miała tytuł: Lenin dzieciom.

Ostatni na podwórko wpadli Bea z siostrą i Pahletko. Cała trójka miała czerwone twarze i pełgał po nich płomień tajemniczego podniecenia.

– Pies od Ciaptaków jeździł na psie Pluniaka. Widzieliście?

By zwrócić uwagę zebranych, Adam musiał kawałkiem gałęzi zastukać w stolnicę, która robiła za tablicę szkolną.

– Rozpoczynamy lekcję języka. Międzynarodowy język dla wszystkich ludów naszego obozu.

– Chrzanienie! – zawołał Pahletko, ale Bea wydała się zaciekawiona. Jędrek Pahletko się zamknął.

Adam przejechał gałęzią po wypisanych kawałkiem węgla słowach i odczytał, łącząc sylaby po swojemu:

– Mowna ludu: Aś babie cieciok ciulcy do du.

Włączył się Marcin, wymachując witką floksu:

– Dzia dzom guhma ho, huja ją!

– Dooobre! – Twarz siostry Bei z zajęczym pyszczkiem ponownie nabierała czerwieni. Adam kontynuował już śmielej:

– Jeka ki kurlu ła łojmo ni, pi pier pno poć!

– Siesior sruszczy tate, wio! – na granicy rechotu wykrzyczał Marcin i aż musiał oprzeć się o pień bzu. Jeszcze ryknął: – Powtórzyć! – I podwórko wypełnił chór dziecięcych głosów. Zaszczekały zaniepokojone psy. Sąsiadka wystawiła głowę z drewutni.

– Wnawyzda zeziu! – Trzepnął Adam w stolnicę.

– Ździ! – Wydarła się Magda od Mordembów i zaraz po niej, marszcząc uroczy nosek, solowo zakończyła Bea: – Żem! – Dyszała przy tym dziwnym podnieceniem, zaklaskała w dłonie i podskoczyła.

– I to wszystko? – zapytała Magda.

Adam szybko przedstawił proste zasady posługiwania się mowną ludu, a Marcin, jak to mieli umówione zawczasu, zaczął rozdawać wszystkim peronówki-słowniczki. I jeszcze trochę zostało. – Resztę rozdamy na ulicy – przewidująco zapowiedział.

– A teraz pytania z sali. – Adam odważył się przejechać z góry surowym wzrokiem po zebranych. I nawet udało mu się wytrzymać spojrzenie Bei.

Pahletko, jak w szkole, podniósł dwa palce.

– A gdzie lecimy? – zapytał.

Marcin wskoczył na ławkę pod bzem.

– Towarzysz Adam wskaże nam drogę. On jest wojewódzkim pełnomocnikiem do spraw mowny ludu. Rozumiecie? A ja jestem w Komitecie Centralnym. – Tu zwrócił się do Adama. – To co? Ruszamy?

– Na barykady! – zawołała Bea.

Adam zastukał w pień drzewa.

– Towarzysze! Przed nami wielkie zadanie. Poniesiemy naszą mownę ludu w daleki świat.

– Do Rytra! – wyrwał się Pahletko.

– Nie, towarzysze. Do Gnojnika.

– Fuuuj! – zapiszczała Magda. – Nie chcę.

– Głupiaś. Tam skorzystamy z pomocy towarzysza Kurcyby i razem z nim pojedziemy do Warszawy! – podniósł głos Adam.

– A potem do Moskwy! – podchwycił Marcin i wzniósł okrzyk: – Mowna ludu – Kaździ gudu!

– Mowna ludu w całym obozie postępowym! – grzmiał Adam, wychylając się niebezpiecznie na szwelach.

Popędzili przez ulicę Pierwszego Maja. Wszyscy czuli, że w ten język, w te krótkie słówka należy się wsmakować na cały regulator, najlepiej pędząc na wyścigi z wiatrem.

– Hu ziu! Hu ziu!

Spotkali zziajanego Pluniaka ze swoim psem pod pachą. W pierwszej chwili nie wiedział, co się dzieje, ale kiedy Bolisenga ryknął mu prosto w twarz: – Mo wna lu du! Wio! – Ten rzucił psa i dołączył do peletonu.

– Stop! – zawołał Marcin. – Ty, Pluniak, zostajesz. – I zwrócił się do Adama. – Nie był na szkoleniu. Co z nim?

Adam wpadł na pomysł: – To niech powie coś w mownie ludu. – Zafrasowany Pluniak drapał się w głowę.

– Ja żem Ździ chu… – podpowiedziała mu nagle Bea.

Powtórzył. No to jeszcze dodała: – Jażem gupi kapoć.

Dzieci ryknęły śmiechem. Pluniak, przypłacając ustępstwo czerwoną twarzą, powtórzył.

– No dobra – powiedział Adam. – Kanocek jest warunkowo przyjęty, bo złożył samokrytykę.

– Gudu mowna ludu – bezczelnie upomniała ich Magda.

– Nam wolno. – Ruszył ku niej gniewnie Marcin. – My jesteśmy z Komitetu.

– Jazda! – zawołał Adam.

Przed kościołem pognali hurmą następną przecznicą.

Z daleka przyglądał się im Tadzio Maligniak. Gryzł jabłko i wypluwał nadgniłe części. Babcia zawsze mówiła o nim: ciaparajda sądecki. Bo też dziwnie gadał.

– Dziata, dziata, kidzia biegu?

– Tadzia, hodu! – Jego od razu zaprosił rozpędzony Marcin i jeszcze zdążył mu wetknąć do ręki karteluszek.

Adam starał się utrzymywać w czołówce, chociaż czuł, że jeszcze chwila, a odezwie się jego kolka w boku i odbierze mu siły. Ktoś się za nim wywalił i ryczał. To był Heniek, który nie wiadomo kiedy dołączył. Został w tyle, pocierając krwawiący łokieć. – Je ziu, żem sie pier… łojkiciok! – zawiadomił nadspodziewanie poprawną mowną ludu.

Magda jeszcze przed startem zapowiedziała, że będzie gadać po rumuńsku. Najwyraźniej polubiła zakrzyk: ciul.

I dawaj teraz, na zmianę z Beą: – Gaciul kiciul – szczyciul sruciul!

Starsze kobiety przy studni stały oniemiałe ze zdziwienia. Heniek, który rozpoznał mamę, zająknął się: – Ba ba dzia dupno bie do!

– Ga ziu! ga ziu! – popędzał Marcin, narzucając mordercze tempo.

Adam zauważył, że doganiający ich starszy chodok od Morembów najwyraźniej wymyślił sobie własną metodę. Wicek wywrzaskiwał mownę ludu ruchem… konika szachowego. Albo tak się Adamowi wydawało. Tak czy siak, to rzeczywiście brzmiało ciekawie, a jeszcze przy tym rymował:

– Kuta siorbie kurcymoła

do donicy sie howioła.

Najwyraźniej zasmakował w mownie ludu, bo biegł, trzymając peronówkę przed oczami. Ale Bolisenga też dał czadu, bo kiedy na zakręcie pojawiła się postać dentysty Szczyłaby z pedałową bormaszyną pod pachą – ten wytrzeszczył ku niemu zębiska i ośmielony tumultem, rzucił ku niemu:

– Szczy szczy ła ba ba

wyszczy żemba dziadu.

Dziadu wyje: poć poć możem!

Aś Szczyłaba dziadzia pnożem!

– Kidzia biegu? – zaczął znowu dopytywać się Mailgniak. Rozglądał się, gdzie ciepnąć ogryzkiem.

Adam w pierwszej chwili udawał, że nie rozumie, o co ciaparajda pyta. Sam nie wiedział, dokąd skierować pęd stadka, które tymczasem powiększyło się o parę zasmarkanych dzieciaków z sąsiedniej uliczki. Nawet ich nie znał.

Pomogło mu dwukrotne nawoływanie pociągu od strony stacji. Ziuuu ziuu!

– Bie gu! – zawołał. – Do poć ciul gu!

– I do Warszawy! Pulmanami! – podchwycił Marcin. – My z komitetu jedziemy salonką!

– To nie do Gnojnika? – wyrwał się cienki głosik.

– Nie zadawaj pytań! – próbował uciszyć Magdę Bolisenga. – Pośpieszny nie staje w Gnojniku.

Rozległ się dzwonek roweru. To Wiechu Giza oznajmiał, że i on bierze udział w pochodzie mownej ludu. – Pier da łu ję!

– Pier DU łu JE! – poprawił go Marcin i wepchnął mu między zęby peronówkę. I wszyscy pognali w kierunku stacji.

Adama zaskoczyło zachowanie Maligniaka. Pozostawił gdzieś swój wóz z dyszlem i biegł razem z nimi w dziurawych trampkach, śmiał się głupio i wywijając kaszkietem, pozdrawiał zaniepokojonych mieszkańców Starej Kolonii. Wcześniej jego ogryzek wylądował w pelargoniach ciotki Loli.

Wpadli do parku kolejowego, płosząc wróble. Spod kół roweru Wieśka Gizy strzelał alejkowy żwir, bębniąc w parkowe ławki.

– Ła wy! Ła wy! Mowna ludu wyciok pnożem! – zawołał Pahletko i już chętnie wymachiwał kozikiem.

Adamowi spodobał się ten pomysł. Każdy, kto siądzie na ławce, zamiast się nudzić, będzie mógł przyswoić 44 pożyteczne słówka. I cały park zamieni się w instytut naukowy poświęcony mownie ludu!

Pahletko, Bea, dwóch Morembów i Giza zostali na chwilę w tyle. Większość popędziła po dwa stopnie na most kolejowy. Tym razem Maligniak wpadł na pomysł, żeby resztę peronówek rozsypać na wagony. – Sru je! Sru je! Mo ta! Mo ta! – już pokrzykiwał, rzucając na ostatnie wagony towarowe wirujące karteluszki.

– To za mało! – odezwał się zdyszany Marcin. – Trzeba wysłać delegację do Warszawy.

– Hopno! Hopno! – Tadzio od razu zaprosił Marcina wymownym gestem.

Ten zaczął się rozglądać. – Gdzie Magda? Ona się nadaje. Weźmie ze sobą resztę peronówek.

Zwrócił się do dziewczynki: – Zaraz będzie jechał towarowy. Przez Krynicę do Warszawy. Zeskoczysz na wagony.

– Nie wiem… – Magda jeszcze nie wiedziała, o co chodzi. Adam wyczuł, że i ona, podobnie jak on, boi się podejść do krawędzi mostu. Marcin napierał. W końcu złapał dziewczynkę za rękę. W tym momencie komin parowozu rzygnął dymem w deski mostu. Oboje zginęli w żółtych kłębach, które teraz przeszywała ostra para z gwizdka. Adamowi na chwilę wydało się, że most usuwa się spod nóg. Cała czeredka gdzieś znikła.

Zapiekły go oczy, ale nic to, bo od czego są oczy wyobraźni? Widział teraz małą Magdę, jak ta miękko ląduje na wagonie z koksem, macha rączką i wyrusza za horyzont. Teraz cały świat zacznie się uczyć jego języka. No może nie był do końca przekonany o jej kwalifikacjach.

– Skacz! – usłyszał rozkaz Marcina.

– Kita dumo! – poznał głos Bolisengi. Z drugiej strony nadjeżdżał parowóz, ciągnąc wagony pasażerskie. Żółtoszarosiny dym spowił przęsła.

– Łoj ta! – zawołał Maligniak i Adam zauważył, że Tadzio potyka się o skuloną Magdę. Dziewczynka kucała, trzymając się przęsła.

Z okrzykiem – Zdrada! – przebiegł koło niego Marcin.

Uciekali z mostu, opędzając się od gryzącego dymu, który – jak zauważył Adam – dostawszy się do gardeł, jeszcze ciekawsze powodował gwary i slangi mowny ludu. Doszły charkoty, mlaski i fajne dławienia. To chyba dlatego megafon na stacji miał zawsze chrypę.

– Ale wędzarnia! – poskarżył się Bolisenga. I zaraz się poprawił: – Moje łojcy szczypi!

Odpoczywali w parku, to kaszląc, to zarykując się ze śmiechu. Nie zważali na niskiego mężczyznę w trenczu, który spod budynku poczty wymachiwał ku nim raz teczką, a raz pięścią.

– Ciemo ta moho? Kurdupoć! – wziął się na odwagę Bolisenga. Splunął i wypiął się w tamtym kierunku, ale tak, żeby było, że czyta wycięte świeżo na ławce słówka.

Już kilka ławek ozdobili mowną ludu. Nareszcie kozik Pahletki się złamał, raniąc go w palec.

Zapłakana Magda dołączyła do braci.

– Ciulka jaka! – Wściekał się na jej widok Marcin. Dziewczynka miała dziwnie nastroszone rajtki. Przypominała jeża. Zwłaszcza na łydkach. To musiały być peronówki, które wetknął jej na drogę.

– Nie ma Pluniaka.

Nie wiadomo, kto to zauważył. Zaczęli się rozglądać. Rzeczywiście. I jego pies też gdzieś się zapodział. A chyba i on był na moście.

– Ka poć! – zawołała Bea na cały park.

Coś skoczyło Adamowi na kark. To był powiew prawdziwego strachu.

– Jak to, nie ma Pluniaka? – Próbował przywołać do porządku cały świat. – Pluniak musi być.

– Je ziu – wydała z siebie siostra Bei, gapiąc się na most. Dłonią zakrywała zajęczy pyszczek.

– Pluniak skoczył? – Bolisenga rzucił beztrosko strasznym pytaniem.

– Ale bohater… – dziwnym głosem odezwał się Marcin i zaczął kopać w krzywy kosz na śmieci. – Może kapoć chciał dostać order?

Pierwszy znudził się Maligniak. – Wio ze… wio ze… – Jakoś tak sobie przypomniał i machnął ręką w kierunku kościelnej wieży. Wcisnął kaszkiet na niskie czoło, rzucił przez ramię: – Łażem –  i poszedł.

– Moje łapi sruciul wyciul – powiedziała do siebie Magda, wycierając w sukienkę brudne ręce. Zagrzmiało od strony ulicy Nawojowskiej. Wtedy usłyszeli dzwonek i Wieśka Gizę.

– Ja jedzia.

Nacisnął na pedały i rzucił przez ramię: – A mnie brakowało: Bzde i Pluj.

Czeredka zaczęła się przerzedzać.

– To co robimy? – zapytał Marcin, patrząc na Adama. Ale ten położył palec na ustach.

– Cisza, słyszycie? Pies Pluniaka.

Od strony mostu odezwało się szczekanie. Po chwili zobaczyli starego Pluniaka w mundurze kolejowym. Rosły mężczyzna sprowadzał kogoś po schodach. Obok podskakiwał pies.

– Pa cie! Ojciec prowadzi Ździska! – zawołał Adam.

– Ten Pluniak żyje – wyrwało się Marcinowi. – Ale kuśtyka.

Bolisenga wskoczył na ławkę, żeby lepiej widzieć. – Ja wiem, w tym dymie zjechał na dupie po schodach do kolejowych warsztatów. Tam go znalazł ojciec. Ja wam mówię.

Adam głośno odetchnął.

Przez chwilę chodzili w kółko i kopali kamyki. Pluniak z synem i psem zniknęli za budynkiem poczty. Od strony torowiska zgrzytnął semafor. W końcu Adam klasnął w dłonie i zadecydował:

– Mownacy, jazda do domo!

[…]

[całość można przeczytać w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.