04/2020

Leszek Bugajski

Nadchodzi noc

Waldemar Bawołek jest pisarzem ostentacyjnie prowincjonalnym. Jak powiedział w jednym z wywiadów, jest „przypisany” do swojej miejscowości: „Wiem, że nigdy tej miejscowości nie opuszczę. Wszystko jest tam dla mnie poukładane, nie mam potrzeby niczego zmieniać”. To jest radykalna deklaracja, ale oczywiście nie ma powodów, byłoby wręcz niedelikatnie wnikać w jej powody. Ale sprawia ona, że Bawołek nie za bardzo pasuje do innych autorów wyraźnego ostatnio w naszej literaturze nurtu prowincjonalnej nostalgii. Oni wszyscy wracają wspomnieniami na prowincję, bo jest ich krainą dzieciństwa, bo pamięć idealizuje ją, ubarwia magią, robi z niej wręcz świecki raj. Bo tę krainę utracili, przenosząc się do dużych miast czy emigrując i pogrążając w wielkoświatowych klimatach. Bo czują, że nie są już jej częścią, że tyle z niej mają, ile zachowało się w ich pamięci. Bawołek tymczasem, a wraz z nim narrator jego utworów, z reguły noszący jego imię, żyje nadal w miejscowości, w której się urodził, ludzi, których spotyka na ulicach, zna od dziecka, a i oni znają jego. Jest u siebie, nadal sam jest częścią tego świata prowincji i uczestniczy w jego powolnych zmianach. Niczego nie porzucił, nie zostawił za sobą, bo – jak deklaruje – „nie ma potrzeby niczego zmieniać”. Wyobrażam sobie – może naiwnie – że nadal mieszka w domu, w którym się urodził, że od dziesiątków lat wychodzi na ten sam ganek i patrzy na ten sam, niepostrzeżenie zmieniający się ogród. Że choćby tylko z tego czerpie siłę i w tym znajduje spokój.

To wszystko sprawia, że dla innych pisarzy (w większości zresztą pisarek) nostalgiczna proza jest swego rodzaju pocieszeniem, wyrazem tęsknoty, jak popularna niegdyś proza o utraconej na wschodzie małej i dużej ojczyźnie, a dla Bawołka prowincja to codzienność, doświadczana na bieżąco. On po prostu żyje w świecie, który jest tworzywem i napędem jego twórczości. Co ciekawe, dla narratora jego prozy świat poza rodzinnym miasteczkiem jest mało interesujący, a nawet w ogóle nieinteresujący, jakby to miasteczko było osobną jego częścią, bytem samowystarczalnym, niezależnym od uwarunkowań zewnętrznych. Wprawdzie ktoś tam w najnowszym tomie opowiadań (a może to jednak jest powieść?) Bawołka przyjechał ze Śląska, gdzie pracuje, ale żadnej z głównych postaci to nie zainteresowało – ot, po prostu pojawiła się dawno nie widziana osoba, ale nikogo nie zaciekawiło jej życie poza miasteczkiem. Wprawdzie córka narratora rodzi mu wnuka, jest więc szpital, ale jego topograficzna lokalizacja jest konsekwentnie pomijana, nie ma dla niego najmniejszego znaczenia. Bo jest – prawdopodobnie – poza miasteczkiem. A w nim przecież „wszystko od lat na swoim miejscu: drzewa, chaty, płoty, chmury, blaski na wodzie, dymy dogasających ognisk” – jak pisze w Pomarłych.

Miejsce jest więc w prozie Bawołka wydzielone, zamknięte i wystarczające. Bo zawiera się w nim wszystko, co świat ma do zaoferowania człowiekowi? W każdym razie daje złudzenie, że się nad tym zamkniętym światem panuje myślą, bo „tutaj nikogo nie interesują wiatraki, sandały, psy ze schroniska. Nikt tutaj nie wpuści na podwórko meksykańskich Indian, mieszkańców normandzkiej wyspy Guernsey, Lapończyków mówiących językiem saami, Buriatów z Mongolii, Basków, Kaszubów, Poleszuków, Łemków, Hucułów”. To się da opanować, furtkę można zamknąć i już. Na tablicy granicznej miasteczka można nawet napisać, że to strefa wolna od LGBT i żyć sobie po swojemu. Ale nad czasem nie da się zapanować, on płynie niezależnie od wszystkiego, co jest ludzką, małomiasteczkową miarą. I jego upływ jest coraz bardziej bolesny dla narratora, coraz bardziej dotkliwy. I to ten niepokojący upływ jest głównym wątkiem Pomarłych Bawołka. „Ciągle jednak niepokoi mnie czas jakby nieistniejący” – wyznaje narrator. A w innym miejscu zadaje sobie pytanie: „Jak tu oddzielić przeszłość od teraźniejszości, żeby wiernie wszystko pokazać, żeby obraz był prawdziwy?”. Pytanie narrator rzuca tak sobie, może tylko po to, żeby się podzielić z nami swoimi rozterkami, bo kilkanaście linijek wcześniej napisał: „Gdy kieruję wzrok na przedmioty, by dokładnie przyjrzeć się ich niezmienności, wskutek usilnego wpatrywania się, wypatrywania zmian, jakie mogły zajść w miasteczku do tej pory, powstaje w moich oczach mglistość”. Niby więc żyje w rzeczywistości, która zmienia się w powolnym rytmie, majestatycznie, ale wie, choćby nie chciał wiedzieć, że wszystko wokół się zmienia, bo dzieci rosną, bo krewnych i znajomych ubywa. Czas płynie. A on razem z nim i w nim. Czasami chciałby go cofnąć, spotkać samego siebie biegnącego do szkoły i beztrosko myślącego, „że życie to droga bez końca, a zachowanie młodości to cel sam w sobie”.

Tu gdzieś właśnie jest zagrzebany klucz do nowej książki Waldemara Bawołka. To książka o nieposkromionym i bezlitosnym upływie czasu. Nie da się cofnąć jego biegu tak, by spotkać samego siebie sprzed lat, można tylko zrobić to przy pomocy wspomnień, które oczywiście są tylko złudzeniem podróży w czasie. Ale tak to już jest, że im narrator tej prozy starszy, tym intensywniej, a może wręcz rozpaczliwie chwyta się wspomnień, bo coraz bardziej dokuczliwa jest świadomość, życie to nie „droga bez końca”. Ba, o tym nie da się zapomnieć, bo wokół coraz więcej tych, co doszli do końca. I o nich rozmyśla narrator Pomarłych, przywołuje ich obrazy, wspomina rozmowy, radości, jakich od nich doznał, i także krzywdy. Z tego komponuje poszczególne opowieści, które nie są proste, bo zaciera się w nich to, co realne, i gubi się w tym, co wyobraźnia przekrzywiła czy ubarwiła.

Przez to, że opowieści mają pierwszoosobowego narratora, on trwa na pierwszym ich planie, nie ucieka od opowiadania o samym sobie – pisze o innych, ale w odniesieniu do siebie. Stopniowo jest to zresztą coraz bardziej wyraźne w tej książce: niby to są wspomnienia o miasteczkowych postaciach, które odeszły, ale każda z tych opowieści daje narratorowi pretekst do zadumy nad własnym zbliżaniem się do kresu, do zrozumienia, że jest elementem wielkiego cyklu życia, co chyba po raz pierwszy sobie uświadamia, gdy trzyma na rękach nowo narodzonego wnuka. Powstało nowe życie, a jego bezlitośnie dobiegnie końca. Opowieści o innych były opowieściami o sobie samym. To były tylko pozorne epitafia. Ci wszyscy, którzy pomarli, wywierali i wywierają na niego wpływ, ukształtowali jego życie, pokazali mu rozmaite modele: dobroć, zło, seks, ból samotności, pazerność, wielkoduszność… Te opowieści o nich to jest epitafium dla samego siebie.

Bo oto na końcu jest odbiegający charakterem od całości książki rozdział To prawda, i tamto realne, w którym narrator spotyka wszystkich bohaterów, jakich wcześniej wspominał – żywych i życzliwych mu, w scenerii miasteczka, które nabrało innego wyrazu, jakby nagle zostało wyidealizowane. Czyżby narrator trafił do nieba? Może do raju? Niby wszystko jest jak zawsze, a jednak inne, większa jest intensywność doznań, wszystko nabiera nowych kolorów. Jak we śnie. W przedostatnim akapicie narrator jest chłopcem w wieku szkolnym, a w ostatnim – samotnym człowiekiem, który uświadamia sobie „lęk przed spokojnym życiem” i myśli o „utraconym raju ze starych fotografii o zapachu świeżo upranej powłoczki na poduszki, pełnym filcowych myśli”. Wychodzi na ganek i wie: „nie zdążę nic zrobić przed pochodem maszerującego zmierzchu. Nadeszła noc”. Noc wielokrotnie będąca w literaturze figurą śmierci. I jeszcze widzi „zwał węgla na podworcu – jego czerń nie oddaje prawdziwego koloru nieba. Ciekaw jestem, czy ktoś mi pomoże jutro znieść opał do piwnicy”. I koniec.

Na tym polega wybitność pisarstwa Bawołka: tak operuje słowami, tak buduje zdania, że spoza najprostszych opisów wyłania się głębia, subtelne przeżycia. Że nagle węgiel stać się może znakiem śmierci, a piwnica kojarzy się w cmentarną „piwniczką”, a całe zdanie jest wyrazem strachu osamotnionego człowieka, czy będzie miał kto złożyć go w grobowcu.

Waldemar Bawołek: Pomarli.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2020, s. 208.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.