11/2019

Magdalena Boczkowska

Nadchodzi zima

Tuż po opublikowaniu powieści Fikcja (2018), recenzowanej zresztą na łamach „Twórczości” (2019, nr 3), odbyła się promocja kolejnej książki Dariusza Bitnera. Tym razem proza nosi tytuł Ostatnia jesień przed zimą, czyli koniec trylogii cynamonowej, kończy ona zatem tak zwany „cykl jesienny” („trylogię cynamonową” właśnie), w którym ukazały się wcześniej zbiory: Jesień w Szczecinie, czyli majaki cynamonowe (2011) oraz Wciąż jesień, czyli inne majaki cynamonowe (2016).

Czyżby naprawdę miała to być „ostatnia jesień”? Czy nadchodzi zima?

W poprzednich częściach cyklu mieliśmy do czynienia z powieścią w esejach oraz powieścią patchworkową, ostatni tom to natomiast powieść w trzech rozdziałach, których już same tytuły mówią sporo o czekającej czytelników literackiej przygodzie. I tak mamy: „Rozdział pierwszy, w którym poznajemy głównego bohatera, by wędrować z nim w przestrzeni i czasie, po morzach pyłu, zagubionych książek i wszechświatów, poprzez bezmiar pisania, wspominając postaci z tego świata i ze świata tamtego, czyli Kapitana, Sonię, Bazylego Blasiusa i oczywiście Pana Słowiczka, by w końcu wypłynąć na ocean miesięcy i dryfować w poprzek czasu przeszłego”, „Rozdział drugi, w którym przyjdzie nam krążyć po bzdarkowym mieście, pełnym oryginałów i szalonych zdarzeń, wisielców, frustratów, neurasteników, ale i szczęściarzy, złych psów, krasnoludków, wszelkich dziwactw i nieprawdopodobności, w tym dramatycznych przemyśleń ogólniejszej natury oraz natury szczególnej, gdyż trup ściele się tu gęsto, a pisać powieści kryminalnych nie ma komu” oraz „Rozdział trzeci, w którym zmierzamy do nieuchronnego zakończenia cynamonowej trylogii i dajemy się ponieść sentymentom, uosobionym w postaci wcześniej już w opowieści zarysowanej, zagrzebani w kopcu jesiennych liści, razem z dedykacjami, epistołami i czerwonymi skarpetkami Berezy… I tym sposobem nasza podróż dobiega końca”.

Każdy z trzech rozdziałów ma także swoje motto (motta są dla Bitnera niezwykle istotne, pisał już o tym między innymi Henryk Bereza) oraz swoistą poradę, w jaki sposób należy dany fragment czytać. Rozdział pierwszy zatem „czytać należy na siedząco. Chyba że ktoś woli leżeć”, a poprzedza go motto z Zagłady domu Usherów Edgara Allana Poe. Rozdział drugi „czytać należy na stojąco. Chyba że ktoś woli siedzieć” i ma motto z Fałszerzy André Gide’a. Rozdział trzeci natomiast „czytać należy na leżąco. Chyba że ktoś woli stać”, a mottem jest fragment Księgi niepokoju napisanej przez Bernarda Soaresa Fernando Pessoi. Wspomniane motta rozdziałów i te zamieszczone na samym początku książki (z Przygód Dyla Sowizdrzała. Legendy jako też bohaterskie, wesołe i sławne przygody Dyla Sowizdrzała i Jagnuszka Poczciwca w krajach flamandzkich i gdzie indziej Charles’a Théodore’a Henri de Costera, Sklepów cynamonowych Brunona Schulza, Johna Barleycorna, czyli wspomnień alkoholika Jacka Londona oraz There are more things Jorge Luisa Borgesa) pokazują, jakich patronów obrał sobie Bitner dla swojej „ostatniej jesieni”.

Sposób budowania tytułów rozdziałów przypomina z kolei oczywiście znane powieści oświeceniowe. Zresztą cały tom to wielki miszmasz gatunkowy. Mamy tu esej, felieton, opowiadanie, przypowieść, powiastkę, wspominki, komentarze, prozę epistolograficzną etc. Zaczyna zatem Bitner od książek, kończy zaś na Henryku Berezie, przytaczając na przykład swoje do niego listy. Bereza jest w ogóle postacią niezwykle ważną dla twórczości Bitnera. Przed laty w wywiadzie dla „Nowego Nurtu” autor Chcę, żądam, rozkazuję wyznał nawet: „ja piszę, a Henryk Bereza to czyta”.

Ostatniej jesieni przed zimą… znajdziemy także wątki obecne w poprzednich częściach cyklu. Autor Kfazimodo w swojej trylogii jesiennej pisze bowiem tak naprawdę jeden tekst. To specyficzny intymny dziennik, proza refleksyjna i miejscami fragmentaryczna, a fragmentaryczność jest przecież tak istotna dla całej twórczości Bitnera. Ostatni tom to podsumowanie dwóch poprzednich, plecenie fragmentów z tekstów napisanych i tych planowanych, a nigdy niepowstałych. Zagubionych. Wyznaje: „przychodzą do mnie zagubione teksty, poniechane też, te rozpoczęte i porzucone, ale i te, których nigdy nawet nie zacząłem. Są jak opuszczone zwierzęta, uległe i oczekujące. Gotowe przybiec na najmniejsze skinienie. Wybaczą, byle się umościć w moim umyśle. Musiało minąć wiele czasu, bym poczuł się autorem nie tylko tego, co napisałem, ale i wszystkich swoich tekstów urojonych, pozbawionych treści i formy, tekstów niestworzonych”. Jego trylogia jest niczym tkanie palimpsestu, tekstu, spod którego wyłaniają się wszystkie inne. W dużej mierze prozie tej dalej patronuje wspomniany Borges, mimo że Bitner w poprzedniej części, wydawałaby się, ostatecznie rozliczył się z jego twórczością. Ciągle jest także zafascynowany baśniowością, przypowieścią, w którą zamienić można każdą anegdotę. Nie traci przy tym swojego wyjątkowego poczucia humoru i ironii oraz autoironii. Znajdziemy tu i teksty surrealistyczne, a jednak zanurzone w rzeczywistości, boleśnie aktualne.

Warto wspomnieć na przykład o zabawnej przypowiastce zatytułowanej Żabka. Narrator znajduje w pokoju na stole małą, zieloną żabkę, która twierdzi oczywiście, że jest zamienioną w żabę księżniczką. Prosi, by ją pocałować, bo wtedy zamieni się w piękną, oddaną i bardzo namiętną dziewicę. Nawet żona narratora jej nie przeszkadza, ot, będzie mieć dwie kobiety. I gdy nasz bohater, skuszony obietnicami, zbliża usta do żabki, do pokoju wchodzi jego żona.

„Rzuciła okiem na stół i krzyknęła:

– Nareszcie! Co ja się tej żabki naszukałam. Gdzie ją znalazłeś, kochany? – I nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: – Wczoraj się oderwała od karnisza i zobacz, jak teraz wisi firanka. Będziesz musiał wejść na stół i ją przypiąć. Ech, teraz robią takie słabe żabki…

No wyobraźcie sobie!”.

Niemniej należy odczytywać Ostatnią jesień przed zimą… nie jako tylko gatunkową mieszankę, zabawę literacką, ale jako przemyślaną i spójnie skomponowaną całość, w której Bitner ukazuje spojrzenie człowieka w tak zwanej „jesieni życia”. Spojrzenie na przeszłość, na mniej lub bardziej trafne życiowe wybory, na ludzi, których spotkał na swojej drodze, na tych, którzy tylko mignęli i na tych, którzy – jak Bereza – rozgościli się w jego życiu na dłużej. Spojrzenie bez żalu, bez pretensji do siebie czy do innych. Spojrzenie mądre i ufne, bo ze świadomością, że i tak niczego nie dałoby się już zmienić, nie można cofnąć się w czasie i przeżyć życia inaczej. A właściwie to nawet nie warto. Cała trylogia bowiem to otrząsanie się z przeszłości, bo jak powiadał sam autor: „oto stanąłem u kresu drogi, to bez wątpienia dobry czas, by ostatecznie otrząsnąć się z urojeń i obsesji dawnych lat, zwłaszcza tych najodleglejszych”. To zatem swoisty koniec „jesieni życia” i powolne, bardzo powolne, witanie się z zimą. Jest przy tym Bitner ciągle – by tak rzec – pisarzem „samoswoim”. Zachowuje się, jakby był jedynym prozaikiem na świecie, nie prowadził i nie prowadzi żadnej walki o zaistnienie w mainstreamie, o względy czytelników i krytyków. I prowadzić zapewne nie będzie.

Leszek Bugajski prorokował niegdyś, że historia literatury rozliczy w przyszłości tych, którzy kreują nasze życie literackie za to, że Bitnera zlekceważyli. Autor Fikcji znajdzie w końcu bez wątpienia zasłużone uznanie i miejsce w historii literatury. Jak sam powiada, „literatura – nie zapomnieć – to cmentarzysko, a pisarstwo to jedyna profesja, w której łaknie się przede wszystkim pochówku i myśli jedynie o pięknym, wystawnym nagrobku, najlepiej od razu grobowcu. Ci, którym udaje się postawić go za życia – są spełnieni. A jednocześnie przedwcześnie martwi”. Dariusz Bitner jest żywy. I żywe są jego słowa, mimo nadchodzącej zimy.

Dariusz Bitner: Ostatnia jesień przed zimą, czyli koniec trylogii cynamonowej.
Książnica Pomorska,
Szczecin 2018, s. 276.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.