12/2020

Andrzej Sulikowski

Narodziny „nowego człowieka”.
Owrzodzenie

Piszę w warunkach niemal doskonałych, bezbolesnych. Nie wiem, dlaczego, z jakiego powodu ustąpiły wszystkie wcześniejsze dolegliwości: nieustanne pobolewanie pod żebrami, przeważnie po stronie lewej; nagłe skurcze jelit połączone ze ślinotokiem i odruchem wymiotnym. Za oknem afrykańskie upały, od południa napływa powietrze znad Sahary i Morza Śródziemnego. W cieniu już o dziesiątej rano termometr wskazuje 31°C. Susza pustoszy nasz trawnik, co dzień rano i wieczorem chodzę z wężem po ogrodzie, zwilżając stwardniałą glebę.

W czasie naszej kolejnej podróży małżeńskiej nad Morze Śródziemne, przed rokiem do Chorwacji – po kilku godzinach bezczynnego siedzenia w samochodzie – pojawiały się przykre zjawiska wewnętrzne, szczególnie na głodno. Żona zatrzymywała więc samochód, wyskakiwałem na świeże powietrze, aby przełknąć ślinę, a przede wszystkim powstrzymać napierające, jałowe przecież torsje. Nie mam odruchu wymiotnego, jak wiele osób, które z łatwością – niemal na zawołanie – wyrzucają na zewnątrz zawartość swego żołądka. Ja inaczej. Nie jestem zainteresowany procesami trawiennymi i pozostawiałem dotychczas układ pokarmowy w całkowitym niemal spokoju.

Wyciągam z plecaczka podróżnego buteleczkę z kroplami miętowymi. Mam zawsze przy sobie – zwyczajem doświadczonego turysty – łyżkę stołową oraz wodę mineralną. Nalewam czterdzieści-pięćdziesiąt kropli do pełna, łykam palący nieco miętowy roztwór nalewki alkoholowej, popijając w pośpiechu niegazowaną nałęczowianką „z gwinta” plastykowego, z podręcznej butelki. Efekt następuje prawie natychmiast. Po minucie ulga i nadzieja. Wracam do świata zewnętrznego, bo brzuch się uspokaja, skurcze słabną, przestają szumieć wewnętrzne gazy.

Rzucam szczęśliwszym okiem na pobliską, hałaśliwą i szumiącą autostradę obok naszego parkingu dla podróżnych. Oglądam przez chwilę Alpy niemieckie i austriackie, wyobrażając sobie, że w tych właśnie okolicach jeździł przed dwustu pięćdziesięciu laty Wolfgang Amadeusz Mozart, zwany przez rodzinę pieszczotliwie „Wolfi”. Podobno zawsze przy takich okazjach – w drodze powozem lub pocztą konną – słyszał wewnętrzną muzykę do oglądanych krajobrazów, jakąś symfonię koncertującą lub przynajmniej sonatę fortepianową. W każdym razie świeży, interesujący motyw „z powietrza”, jak to określał w listach, melodię wartą opracowania na papierze, którego nigdy nie było pod dostatkiem w dyliżansie, więc należało wszystko przechowywać we własnej pamięci kompozytorskiej. Tam zawsze było u Mozarta zadziwiająco wiele miejsca na piękno udzielane z wysoka, jakby prosto z natchnienia niebieskiego.

Mógł na postoju albo po wieczerzy notować gotowe frazy, akordy i kadencje z prędkością do dziś zdumiewającą muzykologów. Jako skryba powodowany przez siły wyższe, niewątpliwie harmonizujące piękno estetyczne, prawdę muzyczną i rzemiosło kompozytorskie. Ludzie z branży, którzy czytali jego niewyschłe jeszcze całkiem rękopisy kreślone gęsim piórem, spoglądali na niewysokiego młodzieńca z nieukrywanym zdumieniem – w ciągu kilkudziesięciu minut beztroskiego na pozór zaczerniania papieru nutowego potrafił zapisać allegro koncertowe, nad którym rzetelny kompozytor siedziałby kilka co najmniej dni, kontrolując przy okazji na instrumencie partie swego dzieła.

Mozart słyszał natychmiast nuty zapisane, odbierając pomyślany utwór we wszystkich wymiarach i tempach, w całej przestrzeni dynamiki, doskonałości, wdzięku melodii. Nie musiał przy fortepianie sprawdzać żadnej nuty, zapisywał akordy bez wahania, trafiając nieomylnie w najlepsze rozwiązania harmoniczne. Gdy potrzeba było polifonii, pisał od razu wielogłosowo, czerpiąc od mistrzów poprzedniej epoki baroku. Gdy chodziło o wyprowadzenie jednego głosu, jak w symfonii koncertującej, od razu sięgał wyżej od wszystkich, w zaświaty dostępne wcześniej tylko wybranym: Janowi Sebastianowi Bachowi, jego niektórym synom, braciom Haydn, czy Antoniemu Vivaldiemu.

Wracając z Chorwacji przez Austrię i Czechy, jedziemy znowuż historycznym szlakiem Wiedeń–Praga, dostosowanym niegdyś do ruchu konnego, a potem stopniowo przekształcanym w gładką, asfaltowaną szosę. Opony naszej toyoty szumią na równym i twardym podłożu, a silnik – pracujący na wysokich obrotach – nieco zagłusza divertimenta i tańce niemieckie Mozarta odtwarzane z płyty CD. Zbliża się jesień, liście już matowieją na drzewach, szarzeją, szykując się do wrześniowych przebarwień. Ani raz nie pojawia się na szosie wóz konny, wszędzie po wsiach rolnicy jeżdżą wyłącznie traktorami. Rytm kopyt końskich słyszę w wielu utworach Mozarta. Kompozytor – gdyby żył w naszych czasach – nie zwracałby uwagi na pojazdy mechaniczne, a szczególnie na głośne ciągniki rolnicze. Za ich przyczyną powstaje wyłącznie hałas monotonny, trudny do zniesienia, na dłuższą metę ogłupiający – i kierowcę, i przypadkowego słuchacza.

Doktor rodzinna, pani Bożena Grabska, wysłuchuje informacji o moich dolegliwościach brzusznych na drodze z gorącej Chorwacji do nieco chłodniejszej Polski. Potrzebne będą badania kliniczne w dobrze mi znanym szpitalu na górce, parę kilometrów od naszego domu, więc – jak na warunki tutejszego rozległego miasta – stosunkowo blisko. I może bez długich kolejek, które znam tylko z dzienników telewizyjnych.

Kładę się na przychodnianej, ceratowej kozetce, w pięknym gabinecie dr Grabskiej, poddając mój płaski, obnażony brzuch badaniom zewnętrznym, uciskowym, z których mało wynika: nie ma miejsc bolesnych, wycięty w dzieciństwie wyrostek robaczkowy to już historia – bez żadnych następstw szczęśliwie zapomniana. A usunięty przed siedmiu laty pęcherzyk żółciowy opuścił jamę brzuszną bez komplikacji razem z garstką kamieni żółciowych, których mi jednak nie pokazano po wybudzeniu z narkozy i których nie uzyskałem, niestety, do amatorskiej kolekcji mych preparatów anatomicznych.

Dzięki skierowaniu lekarki rodzinnej o wiele łatwiej nawiązać kontakt z przychodnią gastrologiczną wskazanej kliniki, do której co pewien czas przylatuje dość hałaśliwy śmigłowiec sanitarny. Z tego powodu, jadąc na rowerze obok tego znakomitego szpitala, zatrzymuję na chwilę mój lekki, nadzwyczaj szybki rower wyścigowy, ażeby obejrzeć przeniesienie noszy z latającym pacjentem do zwykłej karetki pogotowia, stojącej już w pobliżu lądowiska. Są to chwile niezwykłe także z punktu widzenia językoznawstwa.

Otóż wyraz „karetka” wywodzi się jeszcze z owej wspominanej, mozartowskiej epoki konnej, kiedy to zaprzęgano dla lekarza dwa rącze konie, nadzwyczaj wytrzymałe, przyuczone ponadto do ruchu ulicznego, i z głośnym sygnałem – dzwonka albo trąbki – pędzono do wypadku: właśnie dobrze resorowaną „karetką” pierwszej pomocy, „karetką” sanitarną, czyli konnym ambulansem. Był to pojazd praktyczny, wzorowany na znacznie większych dworskich karocach, budowany z najlepszych materiałów, chroniący przed deszczem i śniegiem, zawieszony na miękkich resorach.

Woźnica owej karetki miał do swej dyspozycji bat jako czynnik przyspieszenia (zamiast pedału gazu), ale także całkiem sprawne hamulce ręczne, zaciągane w razie potrzeby przy pomocy jednej dźwigni stalowej. Ten właśnie układ hamulcowy przeniesiony został do pierwszych samochodów spalinowych i zachował się – jako konstrukcja prawie niezmieniona – w każdym najnowocześniejszym nawet samochodzie, już w wieku XXI.

Stare łączyło się z nowym. Helikopter sanitarny z wielkim hałasem opuszczał swoje lądowisko, pozostawiając w klinice przywiezionego pacjenta. Dzięki mej dawniejszej bytności na chirurgii wiedziałem, że w tym ogromnym, lecz dobrze zorganizowanym szpitalu ranny otrzyma wszechstronną i wystarczającą pomoc lekarską.

Wieczorem sięgam po Biblię Gdańską, wydaną znakomicie przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne. Księgi Starego Testamentu (39) i Nowego Testamentu (27) mieszczą się w jednym, zgrabnym tomie, wydrukowanym po polsku w słynnej Oficynie Uniwersytetu Oksfordzkiego. To właściwie cała biblioteka w jednym woluminie mieszcząca 66 odrębnych ksiąg żydowskich. Papier biblijny jest tutaj niewiarygodnie cienki, jak dawne bibułki do skręcania papierosów w domu. W sumie tekst polski obu testamentów liczy 1120 stron. Oprawa twarda w kolorze czarnym, a brzegi kart karmazynowe. Książka jest lekka i poręczna, możną ją czytać na leżąco, co czynię z upodobaniem, odpoczywając po całym dniu intensywnego ruchu.

W tekście czcionka okazuje się z konieczności niewielka, lecz przeważnie czytelna, skład Biblii Świętej wykonany został – jak na warunki angielskie – na poziomie prawie bezbłędnym. Drobne błędy ortograficzne czy stylistyczne poprawiam dyskretnie cienkopisem, pozostawiając jednak wszystkie formy gramatyczne typowe dla polszczyzny renesansowej. Wydanie to nie ma kościelnego Imprimatur koniecznego dla publikacji katolickich, lecz w wielu miejscach dorównuje przekładowi słynnego jezuity, x. Jakuba Wujka. Czytanie moje przybiera więc charakter ekumeniczny.

Co dzień wieczorem sięgam właśnie po to wydanie, ażeby znaleźć dla siebie odpowiednie cytaty, komentujące aktualną sytuację. Książka otwiera się przypadkiem, losowo. Oto psalm 70, który przepisuję wiernie – przynajmniej wybrane wersety – zachowując osobliwości staropolskiej ortografii (ufne przemawianie do Stwórcy i pisownia zaimków odnoszących się do Boga w oryginale małą literą):

1. Boże! Pospiesz się, abyś mię wyrwał; Panie, pospiesz się, abyś mi dał ratunek.

5. Niech się weselą i radują w tobie wszyscy, którzy cię szukają, a którzy miłują zbawienie twoje, niech mówią zawżdy: Uwielbion bądź, Boże nasz!

6. Jam ci nędzny i ubogi; o Boże! Pospiesz się ku mnie; tyś jest pomocą moją, i wybawicielem moim! Panie! Nie omieszkujże.


[…]

[ciąg dalszy można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.