10/2020

Dominika Słowik

Nawet

Ostatnio pewien znany publicysta napisał w swojej zagranicznej relacji, że „reżimowi nie udało się zastraszyć nawet 14‑ i 15‑letnich dziewczynek”. Nawet. Nawet dziewczynek!

Bo, jak wiadomo, jeśli trzeba by sobie wyobrazić w imię retoryki – szybko, przecież relacja niemalże na żywo – najbardziej tchórzliwą, najniewinniejszą, najsłabszą istotę, to redaktorowi do głowy przychodzi oczywiście czternastolatka.

Tak się składa, że między piszącym te słowa dziennikarzem a czytającą mną jest jedna fundamentalna różnica – jedno z nas było kiedyś czternastoletnią „dziewczynką”. I chociaż działo się to już prawie dwie dekady temu, ciągle całkiem sporo pamiętam, bo, proszę mi uwierzyć – bycie nastoletnią dziewczyną we współczesnym świecie wymagało i wciąż wymaga niemałej odwagi.

Widzę dzisiaj na protestach te dziewczyny – tak, dziewczyny, nie dziewczynki! – mądre, dzielne, empatyczne, w sytuacjach opresji ryzykujące zwykle więcej niż chłopcy i mężczyźni (przemoc cielesna, którą dyscyplinuje się kobiety, ma inny wymiar niż ta stosowana wobec heteroseksualnych mężczyzn i wszyscy doskonale o tym wiemy). Wygadane dziewczyny w Internecie, świadome własnych praw, gotowe bronić praw innych, obyte z najnowszymi technologiami i trendami, zdolne ośmieszyć wszelkie rzekome autorytety (wiwat k‑poperki!). Aktywistki, sygnalistki, działaczki, obywatelki.

Język jest ważny, kreuje ramę naszej rzeczywistości – a jeśli ktoś nie dowierza mi, prozaiczce, niech poczyta sobie wydaną niedawno przez Karakter niezwykle ważną książkę autorstwa Caroliny Criado Perez Niewidzialne kobiety.

Na podstawie liczb i przykładów, ukochanych tak przez wszelkich moich adwersarzy statystyk, w oparciu o wiele badań i szczegółowych opracowań Criado Perez pokazuje, w jaki sposób męskoosobowa narracja o świecie formuje nieprzyjazną i dyskryminującą dla kobiet rzeczywistość. Jedną z wielu odnóg tego problemu jest brak kobiet w narracjach historycznych – niewiele jest kobiet‑bohaterek, kobiet‑postaci historycznych. Czy dlatego, że ich nie było? Połowy ludzkości nie było?

W Polsce doskonałym przykładem jest historia „Solidarności”. Uczono mnie o „Solidarności” na lekcjach WOS‑u i historii. Dorastając, słuchałam rozmów dorosłych przy imieninowych stołach, debat w telewizji, kłótni w stacjach radiowych, czytałam artykuły w prasie, wywiady – to przecież wciąż była taka świeża sprawa – i nabierałam przekonania, że „Solidarność” tworzyli właściwie sami mężczyźni. Dopiero będąc już dorosłą kobietą, odkryłam, że czołowe solidarnościowe działaczki, w wielu aspektach fundamentalne dla rozwoju ruchu, zostały już w 1989 roku skrupulatnie wyrzucone poza nawias głównych wydarzeń, a potem trzymane w ryzach marginalnej narracji o „kobietach w «Solidarności»”, jak w apendyksach do „głównego”, męskiego ruchu.

I gdy ktoś na bieżąco, oglądając z bliska dramatyczne protesty na ulicach, niemal automatycznie używa tego słówka „nawet”, a potem jeszcze upupiającego zdrobnienia (czy o czternastoletnich chłopcach redaktor napisałby, że „reżimowi nie udało się zastraszyć nawet 14-letnik chłopczyków”?) – to jest to ten początek, kiedy dziewczyny wymazuje się z głównego nurtu i przerzuca na stronę przypisów, a jeśli ktoś się o nie upomni, jak zwykle usłyszy wtedy, że „to temat zastępczy” i „akurat im te zaimki [sic!] pomogą”.

O tak, te „zaimki” nie tylko im pomogą – nam wszystkim pomogą.

W czternastoletnich dziewczynach cała nadzieja.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.