12/2018

Grażyna Obrąpalska

Nazwać to jakby dać życie

Do lektury wydanych w 2016 roku Galicyan Stanisława Aleksandra Nowaka wracam często. Galicyanie wymagają cierpliwości i uwagi. Jeśli jednak przebrniemy przez pozornie oporną warstwę językową, to wejście w świat książki nie jest trudne. Jej lektura staje się niezwykle wzbogacającym czytelniczym przeżyciem. Rozumne czytanie wymaga zaplecza kontekstowego, wykorzystania materialnych nośników świata. Jeśli nie czytamy, to nie pamiętamy i nasza wyobraźnia ubożeje.

Galicyanie to powieść wielowarstwowa. Fascynujący jest język książki, pełen archaizmów prawdziwych lub wymyślonych przez autora, ale zawsze galicyjskich, wyrazistych metafor, niezwykłej urody opisów przyrody, sensualizmu (przykładem może być opis Zochfiji, panny darmodajki), faktografia historyczna, opisy rzeczywistości bez sentymentalizmu, nie uciekające przed okrucieństwem.

Literacka rzeczywistość Galicyan jest trudna do zdefiniowania. Jest ona realna, ale także pełna fragmentów, które są piękną prozą poetycką. Takie jest opowiadanie o Rejsi, w której zakochał się syn Hynka i Margorzenty, Dolek, który w wieku sześciu lat zaniemiał.

„Z charakteru Rejsia była Kłopotnicą, znaczy taka, że zbierała ból od ludzi. Rejsia zbierała ból duży i mały, ból jeszcze dobry i ból popsuty, do niczego się już nienadający. Zbierała ból jak nędzarz, któremu wszystko się na coś przyda, który z niczym nie potrafi się rozstać”. „Miała lat dziewiętnaście, gdy ją sobie Dolek polubił”.

Jedną z piękniejszych w książce jest scena spaceru Dolka i Rejsi w sadzie pełnym kwitnących jabłoni: „Spacerowali pod rękę: Dolek pod rękę z Rejsią, Rejsia pod rękę z koszykiem. Szli pomiędzy szczepami, różową jabłoniową ulicą. Sad szumiał porywiście. Wiatr kędzierzawił drzewa i wysoką trawę, poddymał koszulę Dolka. Czasem zawiał tak, że włosy Rejsi zagarniał do przodu. Wtedy Rejsia śmiała się i odwracała twarzą do wiatru.

Spacerowali w bliskości drzew. Dolek obejmował Rejsię prawą ręką, lewą zaś odgarniał gałęzie, żeby mu lubki nie poszkaradziły. Rejsia mówiła − Dolek słuchał, bacząc, by nie przemylić kroku. Od rzutu oka było widać, że po raz pierwszy prowadzi dziewkę: szedł cały zesztywniały, z uwagą skupioną na prawej ręce. Właściwie Rejsia nie szła pospołu z nim, lecz z jego prawicą, bo w tej ręce był wszystek Dolek: jego rozum, płuca i nade wszystko serce”. Przed samym ślubem z Dolkiem Rejsia popełnia samobójstwo, otruwszy się białym fosforem pokrywającym główki zapałek. Rejsia-Kłopotnica nie przeżyła kradzieży zapasów żywności gromadzonych na wesele. Stała za tym banda kierowana przez Niuńka Szarka, złodzieja rzeczy niepotrzebnych, w tym butów nie do pary, który skrycie kochał Rejsię i nie chciał dopuścić do jej ślubu.

Książka obfituje w szczegóły i fakty, które nie opuszczają mojej czytelniczej pamięci. Oto kilka z nich. W najsroższym więzieniu Monarchii Austro-Węgierskiej Szpilbergu, gdzie Hynek Kończyświat odbywał karę więzienia, więźniowie musieli obowiązkowo robić na drutach. Świetna jest postać Szczura Xiążkowego Amilkara Niemezjusza Tadeusza Kantora (cóż za piękne nazwisko), który miał „niejakie ambicje pisarskie od zawdy”. Uważany za dziwaka Amilkar twierdził: „Pisanie jest modlitwą i wszystka literatura jest po prawdzie szukaniem Boga. Nie ma literatury − to ino niedoskonała teologia. Mówił, że jest kiwającym się stołem, a pisze, żeby mógł podłożyć pod nogę swoją książkę”. W czasie rabacji Amilkar Niemezjusz Tadeusz Kantor został napadnięty i zabity. Czerniawa pastwiąca się nad książkami spaliła je.

Wszystkie bariery pękły, a w świecie analfabetów wielkim szacunkiem obdarzano tych, którzy potrafili pisać. Takim cieszył się między innymi Chłop Abecadłowy Kotula, który przed przeczytaniem przynoszonych mu przez miejscowych listów i urzędowych pism, mył się starannie.

Autor Galicyan przypomina niebywałe okrucieństwo rabacji galicyjskiej wywołane manipulacją władzy, kiedy za głowę każdego dziedzica-Polaka płacono dziesięć złotych reńskich. Palono i dewastowano dwory, profanowano świątynie, dochodziło do zabójstw proboszczów.

Ród Kończyświatów zaczyna się od Jana Hyndryka Zenona Kończyświata urodzonego „22 grudnia tysiąc osimset i coś” we wsi Zaborów cyrkułu rzeszowskiego. Nieco dalej pojawia się data: 1812, kiedy to zima była szczególnie uciążliwa i panowały wielkie mrozy. Wiezionego przez rodziców w szczególnie mroźną noc noworodka znaleziono rano w rozciętym żywcem brzuchu kobyły. Jego rodzice zamarzli na śmierć. Jak pisze autor, Jan Hyndryk, nazywany Hynkiem, był „najduchem, znaczy, nieprawego łoża”. Wszystkie tropy wskazują na to, że Hynek był synem hrabiego Nycze. Hynek, o niechłopskich rysach, wyróżniał się inteligencją i urodą, także artystycznymi uzdolnieniami. Umiejętność rysunku pomagała mu wielokrotnie w życiu. Rupert Willibald German hrabia Nitsche, z pochodzenia Austryak, „był olbrzymio romansowy” i „dziewczarzem okrutecznym”. „Trzeba powiedzieć jak prawdę − hrabia uważał go za swojego syna, a nawet więcej traktował − jak faworytnego beniaminka”.

Sagę kończy śmierć R., Jancia, praprawnuka Hynka.

Podejrzewany o szpiegostwo R. zostaje rozstrzelany 22 marca 1915 roku. Kochającemu konie Janciowi wcześniej pękło serce − w nocy z 21 na 22 marca: przed kapitulacją twierdzy Przemyśl zastrzelono pięć tysięcy rumaków.

Historia rodu Kończyświatów się jednak nie skończyła. W tak precyzyjnej konstrukcji, jaką są Galicyanie, jej autor zostawił otwarte okno i nie może to być przypadek. Został Stasek, mądry brat Jancia. Stasek, który z początku miał pójść na kleryka, został zawodowym wojskowym. Jeśli Stasek nie umarł na kartach książki, to przeżył wojnę.

I, mam nadzieję, ciąg dalszy kiedyś nastąpi.

Niebywałe bogactwo leksykalne Galicyan jest wielkim darem dla czytelnika poruszającego się w ciągle ubożonym, zaśmieconym angielszczyzną języku. Jest nim także szacunek dla rzeczy, których już nie ma. Autor, nazywając je, przywraca im życie. W Galicyanach rzeczy żyją, oddychają, skrzypią. To nie martwe obiekty. Niezwykły jest opis jarmarku w Rzeszowie, na który pojechał przedostatni z Kończyświatów JJ, czyli Jędrzej Jędrzej, ze swoim synem R., Janciem, aby sprzedać byczka: „Na jarmarku w Rzeszowie można było kupić, co się komu spodoba: i krowę, i konia, i zboże, i buty, i pasik okuwany, i suknie męskie i damskie, i materyały łokciowe, i zwój tabaku tureckiego, i tabak macedoński, i susz, i pierogów zgotowanych, i fruktów, i sułtańszczyzny, i mentaliki, jakby kto miał życzenie”. Byli tam bednarze, koszykarze i kołodzieje, brykarze, sprzedawano buty (jest ich ponad dwadzieścia rodzajów), pieczywo, ubrania damskie i męskie, zabawki dla dzieci.

Jednym z piękniejszych fragmentów jest „budowanie się”. JJ, który wrócił z Ameryki, po dwuletnim tam pobycie wzbogacony, dokupił cztery morgi ziemi i postanowił zbudować nowy dom. Był to rok 1888, jak pisze narrator-opowiadacz, chyba święto Marka, 25 kwietnia. Do budowy domu przystąpił „przed Stanisławem (Maj 8). […] Tak, aby skończyć przed św[iętymi] Piotrem i Pawłem (29 czerwca). […] W polu roboty nie będzie za wiele. Żniwa jeszcze się nie zaczną”. Budowa, używane rodzaje drzewa, technika, rozkład domu, jego wyposażenie jest opisane w najdrobniejszych szczegółach. Po pomalowaniu wnętrza, postawieniu sprzętów powieszone zostały święte obrazy „Dyć przecież każdy jeden święty obraz to okno do Pana Boga”.

Książkę kończy data 11 listopada 1918 roku, kiedy w Zaborowie spadł pierwszy śnieg, a do Zaborowa przywieziono urnę z prochami Jana Hyndryka Zenona Kończyświata i jego żony Margorzenty, którzy zmarli na obczyźnie.

Tego samego dnia zakończyła się I wojna światowa. „Galicya odeszła w bezpowrotność”.

Galicyanie powinni być obowiązkową lekturą studentów polonistyki. Nikt, we współczesnej polskiej literaturze, tak nie pisze.

A na początku było słowo.

Stanisław Aleksander Nowak: Galicyanie.
Wydawnictwo W.A.B.,
Warszawa 2016, s. 864.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.