03/2018

Adam Krzemiński

Niemcy

Der Spiegel, nr 2, styczeń 2018. Zwykle w tym miejscu omawiane są „tołstyje żurnały” jako odpowiedniki „Twórczości”. Jednak znowu „Spiegel”, ponieważ uchwycił zabawne zderzenie niemiecko-austriackiej kultury literackiej. W Niemczech powieścią roku 2017 jest Stolica mieszkającego w Wiedniu – i omawianego już na tym miejscu w związku z „europejskim” numerem „Akzente” – Roberta Menasse (lat sześćdziesiąt trzy), natomiast austriacką literacką nagrodę roku 2017 za tom opowiadań Zwierzęta dla zaawansowanych otrzymała mieszkająca w Berlinie jego siostra, Eva Menasse (lat czterdzieści siedem). Oboje unikali wspólnych wywiadów, ale dla „Spiegla” zrobili wyjątek. Ich ojciec jako dziecko żydowskie został w 1938 roku w wieku ośmiu lat wysłany z Austrii do Wielkiej Brytanii, dzięki czemu przetrwał i wrócił do Austrii. Robert i Eva są z różnych matek, stąd duża różnica wieku, ale zawsze mieli ze sobą dobry kontakt.

Oboje stwierdzają dużą różnicę między niemiecką i austriacką opinią publiczną. W Austrii są przyjmowani z dystansem, natomiast w Niemczech entuzjastycznie. Zdaniem Roberta wynika to z ukrytych uprzedzeń w Austrii wobec krytycznych autorów, co Eva uznaje nie tyle za rys austriacki, ile raczej za dziedzictwo cesarstwa habsburskiego. W Czechach, Austrii i na Węgrzech polityka zawsze ma w sobie coś teatralnego, mieszając politykę i sztukę. Natomiast w dzisiejszych Niemczech to dwie wyraźnie od siebie oddzielane dziedziny. I tak np. Eva Menasse otwarcie wspierała w kampanii wyborczej SPD i Martina Schulza, ale jej nagrodzone opowiadania są właściwie apolityczne. Z kolei Robert Menasse wystrzega się wspierania partii, ale jego Stolica – o brukselskich eurokratach – to powieść wyraźnie polityczna. Eva: „Pisząc opowiadanie, koncentruję się na sprawach istotnych społecznie, ale najpierw bez żadnego przesłania. Nigdy by mi do głowy nie przyszło pisanie takiej powieści politycznej, jak tobie, Robercie”. Z kolei Roberta interesują idee, a nie partie polityczne. Literatura zaangażowana w rozumieniu dwudziestowiecznym, kiedy to pisarze pielgrzymowali do ZSRR i wracali jako wierzący komuniścii albo – jak Günter Grass – wspierali socjaldemokrację, jest zdezawuowana. Emil Zola, który był wzorem zaangażowanego intelektualisty, nie wspierał żadnej partii, lecz pewną sprawę. Po śmierci Grassa ta rola musi być całkiem inaczej ustawiona. Robert do dziś ceni powieści Grassa, podczas gdy Eva – także jego zaangażowanie na rzecz Willy’ego Brandta, a Z pamiętnika ślimaka uważa wręcz za kamień milowy tego politycznego zaangażowania, które sama kontynuuje, spotykając się z wierchuszką SPD, mimo że ani nie jest członkiem partii, ani nie ma w Niemczech prawa głosu. Przyjęłaby zresztą także zaproszenia CDU czy Zielonych, tyle że nie nadchodzą. Natomiast „sympatyczny i denerwujący u socjaldemokratów jest ich samokrytycyzm, ta ich dialogowość”, możliwość pogadania sobie z Schulzem, który sam się nie popisuje, lecz chce się czegoś dowiedzieć. Skąd zatem u Roberta Menasse powieść o UE, Brukseli i eurokratach? Z potrzeby marzycielstwa, odpowiada. Ojcowie założyciele UE byli marzycielami, a obecni unijni pragmatycy spowodowali spiętrzenie kryzysów. Stąd takie nadzieje budzi Macron.

Rodzeństwo Menasse dość różnie ocenia narastającą falę nacjonalizmu. Eva ma nawet pewne zrozumienie dla narodowego dryfu w naszej części Europy, podczas gdy Robert powtarza komunały: „Nacjonaliści z państw Europy Wschodniej wysadzili w powietrze monarchię habsburską, wywołując tym samym drugą wojnę trzydziestoletnią. I od momentu, w którym mogli utworzyć swoje narody, nie przeżyli ani jednego dnia w większej wolności, praworządności i większym dobrobycie niż przedtem w monarchii habsburskiej. A dobrobyt, praworządność i wolność wróciły do nich dopiero wtedy, gdy przystąpili do postnarodowej wspólnoty UE. Nacjonalizm jest trucizną, która przenika do głów ludzi tęskniących za jakimś zbiorowym MY, nawet jeśli jest ono fikcyjne”. Trochę to nie tak. Monarchię habsburską, carską i niemiecką rozwaliła ich przegrana imperialna wojna, i to nie „nasze” nacjonalizmy wywołały drugą wojnę trzydziestoletnią, lecz nacjonalizmy urażonych imperiów niemieckiego i rosyjskiego… W każdym razie o ile Eva w stara się jedynie zrozumieć, dlaczego Europa jest, jaka jest, o tyle Robert jest pewien swego: „Potrzebujemy powieści. Wielu powieści, nowej europejskiej Comédie humaine. Tę rzeczywistość trzeba opowiedzieć…”. A na westchnienie swojej siostry, że ludzie przestają czytać, odpowiada, że przecież on powieściami zdobył sobie pewną pozycję, którą kiedyś w szkole starał się sobie wyrobić pięściami.

To wyniósł z domu. Dziadek przed wojną prowadził sklep sportowy. Ojciec po powrocie z Anglii był dobrym piłkarzem. I był zniesmaczony, gdy jego dzieci postanowiły żyć z pióra. A cóż to za zawód?! Jeszcze dziennikarz, ale pisarz? Niemniej w ich rodzinie obowiązywało coś więcej niż prawo pięści. Legenda głosi, że w 1945 roku ojciec i starszy od niego wuj, teraz w mundurze brytyjskim, weszli do swego dawnego mieszkania, które w 1938 zostało „odżydzone”. Nowy właściciel dostał palpitacji serca z obawy, że go wyrzucą. A oni rozejrzeli się po pokojach i wyszli, mówiąc: Do zobaczenia, miłego wieczoru… Traf chciał, że ten nowy lokator był prawoskrzydłowym w tym samym klubie, w którym grał ojciec Roberta i Evy, i tam dopadła go sprawiedliwość – stracił miejsce w drużynie, bo był gorszym piłkarzem od ich ojca, opowiada Robert. Nic podobnego! Koryguje go siostra. Ojciec grał w latach pięćdziesiątych, a w tamten w trzydziestych. Na co Robert: A mnie się bardziej podoba moja wersja… Jedno z rodzeństwa po dziennikarsku trzyma się faktów, a drugie pozwala ulatywać wyobraźni.

Oboje przyznają, że ich żydowskie pochodzenie jest w najlepszym razie „felietonowo-kulturowe”, bo ich matki nie były Żydówkami, ale dla antysemitów to nie ma znaczenia. Robert opowiada, że w katolickiej szkole wiedeńskiej nie chodził na religię, bo rodzice byli zateizowani. Ale że nudziło mu się samotne wystawanie na korytarzu, wiec zaczął na religię chodzić, co katecheta opacznie zrozumiał, że może nawrócić zbłąkaną duszyczkę. Ale lekcje były nudne, więc znów przestał na nie chodzić. I wtedy katecheta wybuchnął: ty morderco Chrystusa, czy wiesz, że jeden z żydowskich kapłanów, którzy domagali się skazania Chrystusa, nazywał się Menasse?! Wtedy zdał sobie sprawę, że „dźwiga mały plecak”, „takie pochodzenie to szczepionka. Uwrażliwia na pewne procesy społeczne”. Inaczej Eva: jej najpierw przemilczano żydowskie pochodzenie ojca, potem znów znajomi Żydzi tłumaczyli, że wcale nie jest jedną z nich, bo ojciec się nie liczy. Teraz całe to wypytywanie o tożsamość tylko ją irytuje, podczas gdy Robert wmawia sobie, że jest obywatelem jedynie republiki literackiej. Dlatego dobrze się czuje w kawiarnianej Austrii, podczas gdy Eva woli Niemcy niż paranoiczną, podejrzliwą Austrię, gdzie wszyscy wszystkich znają. A w Berlinie jej wiedeński akcent robi dobre wrażenie.

Odmienne jest też ich pisarstwo. W autobiograficznym Wiedniu Eva szczegółowo odtwarza realną historię rodziny w XX wieku, natomiast Robert w Wygnaniu z piekła (niestety obie książki nie były tłumaczone na język polski) wymyśla sobie biografię od wygnania Sefardyjczyków z Hiszpanii po dotarcie przez Holandię do Austrii. Nagrodzone Zwierzęta dla zaawansowanych Evy Menasse to osiem opowiadań o ludziach, przeważnie kobietach w rodzinach patchworkowych, w których była żona konkuruje z aktualną, a każdej historii przyświeca jakaś wzięta z gazet przypowieść z życia zwierząt, jak o sarnie potrąconej przez samochód i ożywianej metodą usta-usta przez sprawczynię wypadku czy o jeżu, który się udusił w papierowym kubku od lodów. Sądząc po recenzjach, zgrabne, ale żeby zaraz książka roku…

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść o Unii Europejskiej. Po części kryminalny dreszczowiec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie lub metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnię, szczęścia nie miało. 22 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek.

Pochwalną recenzję Stolicy „Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriacki eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkich żyjących jeszcze byłych więźniów. Ale przewodniczący Komisji Europejskiej, włoski arystokrata, którego rodzina była mocno faszystowska, z elegancją wytrawnego dyplomaty odkłada cały pomysł ad acta.

Stolica mieni się zgrabnymi wstawkami, charakterystykami osób i procedur w brukselskim gmachu Berlaymont, ale tylko po części jest to satyra na „leniwych eurokratów”. Chcąc z mrocznej historii Europy pierwszej połowy XX wieku oddestylować legitymizację Unii na wiek XXI, Menasse sam siebie bierze w ironiczny nawias. Spośród ofiar zamachu na stacji Maelbeek szczególną sympatią darzy dwie postaci: emeryta Davida de Vriend, byłego więźnia Auschwitz, oraz austriackiego profesora, syna zbrodniarza wojennego. Na posiedzeniach „grupy refleksyjnej” mającej naszkicować new pact for Europe Alois Erhart niszczy swą reputację, proponując, by z pamięci ludobójstwa i zagłady w Auschwitz stolicę Europy wznieść w Oświęcimiu.

Erhart to trochę alter ego autora. Jego wystąpienie przed kolegami z unijnego think tanku jest jakby satyrycznym dopowiedzeniem rocznicowej mowy, którą Robert Menasse wygłosił w Brukseli z okazji sześćdziesięciolecia traktatów rzymskich. W konsekwencji powieść jest trochę prześmiewczą, a trochę – ze względu na końcowy wybuch na stacji metra – śmiertelnie poważną repliką na nader optymistyczny esej autora z 2013 roku wydany w Polsce pod tytułem Demokracja nie musi być narodowa – o tym, jak racjonalna jest biurokracja unijna, mniej liczna niż biurokracja Monachium czy Wiednia. I równie sprawna i nieprzekupna, jak niegdyś habsburska. Jednak to se ne vrati.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.