10/2020

Magdalena Piotrowska-Grot

(Nie)poezja dnia powszedniego

W kontekście poezji współczesnej, czy szerzej – literatury, wszelkie usilne kategoryzacje i dookreślenia dawno straciły sens. Tekst jest zdecydowanie bardziej pojedynczym zdarzeniem, czytanym w określonym otoczeniu i stanowiącym część dynamicznych procesów – które ogólnie nazwać możemy historycznoliterackimi (a kryją się w nich przemiany społeczne, polityczne, estetyczne). Wśród takich określeń, które stosujemy z braku lepszych zamienników, ale które w samą strategię lekturową wnoszą niewiele, są kategorie poezji niszowej, lokalnej. Leksemy te przemycają w swoim semantycznym ładunku znaczenia, którymi zdecydowanie trudniej operować sprawnie w kontekście poezji, dlatego że właściwie poezja, poza kilkoma klasykami – przytaczanymi na potrzeby chwili, ale niekoniecznie czytanymi czy, tym bardziej, rozumianymi – nie jest najbardziej popularnym z mediów literackich. Poezja sama w sobie, choć próbuje wejść na poziom dyskursu poniekąd egalitarnego – znajdującego się blisko życia i ciała, pozostaje niszowa i nie jest to tylko przypadek polskich „statystyk” czytelniczych.

Użyję jednak tych dookreśleń w przypadku twórczości Beaty Patrycji Klary, z braku innych czy lepszych. Choć znana i nagradzana w swoim środowisku lokalnym, nie przebiła się do tej pory do nurtu poezji znanej szerszym kręgom czytelniczym, co zapewne związane jest też z wyborem instytucji wydawniczej i wysokością nakładu. Nie podejrzewam także, że zmieni w tej sytuacji wiele najnowsza książka poetki – nie dlatego, że jest to książka zła czy nieaktualna, ale może nieco spóźniona. Jeżeli chodzi o rodzaj ekspresji, formę – wszystko to już pojawiło się w poezji, właściwie już od lat pięćdziesiątych XX wieku.

Martwia to zbiór poetyckich miniatur, ale najtrafniej będzie nazywać tę kolekcję opowieścią. Autorka bowiem przedstawia w niej narrację – choć fragmentaryczną, w wielu miejscach niespójną, pełną luk i niedokończoną, ale stanowiącą pewną całość, historię traktującą o życiu, byciu dzieckiem, dojrzewaniu, a w pewnym stopniu jednocześnie o (nieudolnym i brutalnym, niechcianym) rodzicielstwie (formuły gramatyczne nie pozwalają nam odpowiedzieć na pytanie, czy podmiot opisuje swoje doznania i etapy życiowe, czy opowiada o nim ktoś inny z perspektywy obserwatora) – opowieść trudną, bolesną, poszarpaną, nierówną, nieszczęśliwą i dziwnie, boleśnie szczęśliwą jednocześnie (trauma dzieciństwa kończy się swoistym domknięciem, rozliczeniem). Przede wszystkim to opowieść snuta z dystansu, rozpoczęta ponad czterdzieści lat wcześniej – co wskazywałoby na to, że podmiot opowiada bezpośrednio o swoim życiu, od poczęcia do ostatnich urodzin, jednocześnie jednak w formach gramatycznych zachowany został dystans – jakby ktoś obserwował jedynie cierpiące ciało dziewczynki. Owa nieodróżnialność głosu podmiotu jest ciekawym zabiegiem, raczej nie wynika bowiem z niedopatrzenia, a staje się bolesnym dowodem na zależność naszego głosu i widzenia siebie od otoczenia, skazanie na nieodróżnialność mojej perspektywy od perspektywy Innego – jakby każdy uwięziony był we własnej „martwii”.

Czym jednak jest tytułowa formuła? Zbiór zawiera trzy części czy cykle, każdy rozpoczynany wierszem zatytułowanym Martwia, oznaczonym jedynie kolejną cyfrą rzymską lub podtytułem (są to więc I. Martwia, II. Martwia; III. Martwia oraz Martwia. Czterdzieści trzy lata po porodzie – ten zamykający tom tekst implikuje silne utożsamienie poetki z podmiotem, gdyż w 2019 skończyła ona właśnie czterdzieści trzy lata, ale także wskazuje, iż jest to opowieść o własnym życiu, osobistych doznaniach i doświadczeniach). Martwia jest postacią, stanem mentalnym, odczuciem, przemijaniem, starzeniem się, imaginatywną krainą, bywa nicością – kategorią dookreślającą istnienie: „kiedy się złości, mruży oczy i wsysa usta / do środka. Przypomina wtedy zdechłą rybę” (I. Martwia); „jest jak kraina, której byś nie życzył / najgorszemu wrogowi, co zabił ci psa” (II. Martwia); „robi, co chce. […] Może też opisać. Przenieść na / chropowatość strun, na wilgoć języka. / Zasmakować. Do ziemi wiersza pochować” (III. Martwia); „Litery nie mogą pozbierać / się w całość, usypać wydmę lub choćby kurhanek” (Martwia. Czterdzieści trzy lata po porodzie). Tytułowy neologizm konotuje liczne leksemy, semantycznie negatywne – martwotę, zmartwienie, matnię, ale w warstwie brzmieniowej czają się też trwonienie i trwanie.

Kolejne teksty ukazują dorastanie kobiety – właściwie od okresu płodowego, opisujące ciało – obrastające w tkankę tłuszczową, doświadczające zranień i upadków, upokorzeń przez matkę, ojca i otoczenie. Bohaterka obserwuje śmierć bliskich, okoliczne blokowiska, narzędzie przemocy – kabel od żelazka. Jest w tej poezji bardzo dużo przemocy – cielesnej i psychicznej, człowiek nie różni się od zwierzęcia; jednocześnie żądnego krwi i bezsilnego, takiego które można utopić w rzece. Dziecko nie jest w niej cudem, niewiele znaczy, staje się niechcianym balastem, którego nie można było usunąć. Czytelnik staje w obliczu historii, która już się wydarzyła, obserwuje ból przeszłości – znoszony w milczeniu, rozliczany po latach, przy pomocy technik relaksacyjnych, filozofii wschodu, przemiany. Pisaniu towarzyszy przepracowywanie traumy, w którym pomóc mają przede wszystkim słowa, o czym informują nas dwa wygłosowe utwory zamieszczone w tomie, napisane po latach.

Wiersze Beaty Patrycji Klary trudno właściwie wierszami określić. To kwintesencja poezji fragmentu, właściwie w całości minimalistyczna – nie znajdziemy w niej złożonych obrazów, pełnych okrągłych fraz. Operuje językiem codzienności, czasami naśladując dziecięce wyliczanki, jak w tekście Świnka: „ani różowa, ani z porcelany. Połyka / monety i różne papierki. Takie gierki. / Świerczewskie, Waryńskie, Kościuszki. / Skarbonka została zbita. O nic nie pyta” (Świnka). Słowa kryją w sobie nie tylko ból, ale także, może nawet bardziej, przejmującą chęć zanegowania własnego istnienia, niejako skurczenia się i skrycia we własnym świecie. Zawiera się to także w konstrukcji samych utworów – ich zdawkowości, lakoniczności, słowach, które czasami pozwalają nam się jedynie domyślać, jakie doświadczenia mają opisywać.

W centrum tomu znajduje się właściwie ciało – jego ciągła zmiana, wypełniające je płyny, wyciekające z zadanych mu ran, obolałe tkanki. Przede wszystkim jego pamięć – zadany mu ból poznajemy z perspektywy czasu przeszłego – ciało dziecka wrzuconego na siłę do wody, bliskie utonięcia nigdy już nie nauczy się pływać. Chęci jego swoistego autounicestwienia towarzyszy metafora pudła, kartonu, szarej kartki, stopienia się z tłem, bycia niezauważalną. Wertując kolejne strony, czujemy właściwie, że nie tylko teksty nie wymagają od nas żadnej interpretacji, ale właściwie stanowią jej negację. Rolą czytelnika staje się jedynie swego rodzaju bierny odbiór, teksty te stają się komunikatem, autoterapią podmiotu mówiącego, światem niedostępnym dla nikogo innego, jedyna lektura, jakiej można go poddać, jest lekturą empatyczną.

Tom ten nie jest w żaden sposób popisem poetyckiego artyzmu, nie jest to twórczość intrygująca, przykuwająca uwagę czytelnika oryginalną formą, stanowiąca wyzwanie na poziomie strategii lekturowej, nie zasadza się na niespotykanym koncepcie, nie pozostaje w pamięci, nie idiomatyzuje, nie pozwala się zuniwersalizować. Jest jednostkową historią, ale nie jest historią odosobnioną. Co zasługuje na uwagę, to czytelnicze postrzeganie samej poezji, o które warto zapytać na marginesie lektury Martwii. Pomimo tak wielu zmian i estetycznych (r)ewolucji oczekujemy od niej pewnego poziomu artyzmu. Chcemy, żeby ze słów przebijało życie, ale czy zawsze jesteśmy gotowi, aby życie, w tak zbrutalizowanej, ale przecież rzeczywistej formie, stanowiło w niej tematyczną dominantę?

Właściwie nie wiadomo, czy jest to jeszcze (tylko) poezja, czy może rodzaj kroniki, faktograficznego kolażu. W prostocie formy kryje się trudność emocji, przeszkoda w rozumieniu doświadczeń Innego. Na moją lekturę tego tomu wpływa przede wszystkim czas pandemicznej izolacji – dla jednych zamknięcia w bezpiecznych domach, dla innych uwięzienia z oprawcą. Śledziliśmy w tym czasie doniesienia o tragedii osób zamkniętych z członkami rodziny, rodzicami, partnerami ze skłonnościami do agresji, ich walkę o zmiany w polskim ustawodawstwie, o wolność i możliwość normalnego funkcjonowania, pozbawionego strachu. Mogliśmy obserwować to wszystko, ale nadal na zasadach komunikatów nadawanych z odległego, nieznanego świata, przyglądamy się im z wysp własnych przytulnych mieszkań, zamknięci w prywatnych światach, do których realność ma dostęp tylko w pewnym wymiarze. W poetyckiej formie taka realność (bez względu na to, czy oparta na rzeczywistych doświadczeniach, czy będąca grą z realnym – poetyckim konceptem) nie dotrze do wielu odbiorców, nie zmieni świata, można jednak odnieść wrażenie, iż w tej twórczości nie chodzi tylko o odbiorcę i treść, ale przede wszystkim o możliwość wypowiedzenia tego, co słowom się wymyka.

Beata Patrycja Klary: Martwia.
Zaułek Wydawniczy Pomyłka,
Szczecin 2019, ss. 56.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.