09/2020

Magdalena Boczkowska

Nieuchwytna. Nieupilnowana. Samoswoja

Non omnis moriar – moje dumne włości,

Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,

Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel

I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.

Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,

Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,

Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,

Donosicielko chyża, matko folksdojczera.

Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.

Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię.

Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,

Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze

I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:

Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze –

Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku

Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota

W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.

O, jak będzie się palić w ręku im robota,

Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,

Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn

Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;

To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym

I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni


– pisała w jedynym ocalałym wojennym wierszu Zuzanna Ginczanka. Wierszu będącym bodaj najbardziej wstrząsającym świadectwem prześladowań społeczności żydowskiej. Ocalało jednak coś więcej.

Izolda Kiec, literaturoznawczyni, kulturoznawczyni i teatrolożka, założycielka i prezeska Fundacji Instytutu Kultury Popularnej, jest niestrudzoną tropicielką Ginczanki. W 1991 roku opracowała tom wierszy Udźwignąć własne szczęście, w 1994 roku wydała książkę Zuzanna Ginczanka. Życie i twórczość, w 2014 roku ukazały się w jej opracowaniu Wiersze zebrane, a w 2019 roku Poezje zebrane (1931–1944) oraz Szoszana znaczy niewinna. O poezji i biografii Zuzanny Ginczanki. Teraz natomiast dostajemy kolejną biografię, nie wznowienie książki z lat dziewięćdziesiątych, ale zupełnie nową pozycję, bo jak sama autorka przyznaje, przez lata zmieniła się nie tylko nasza wiedza o poetce, ale i sposób jej postrzegania przez badaczkę.

Z Ginczanką problem jest bowiem taki, że tyle jej wizerunków, ile opowieści o niej, pełnych narosłych legend i anegdot. Kiec tropi Zuzannę przez bez mała trzydzieści lat i w monografii Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt – bo o tej pozycji mowa – daje temu wyraz, zapełniając tło historyczne, społeczne, literackie wokół postaci poetki, podkreślając jednocześnie jej nieuchwytność, osobność, brak (na szczęście!) możliwości łatwego zaszufladkowania i nadania etykietki, jak zrobił to niegdyś choćby Adam Ważyk, pisząc o niej z wielkim lekceważeniem jako o „Tuwimie w spódnicy”.

Kim była Ginczanka, nie trzeba chyba nikomu przypominać, ale uporządkujmy kilka faktów.

Zuzanna Polina Gincburg, zwana Saną, Saneczką, urodziła się w Kijowie w 1917 roku, ale wychowała w Równem na Wołyniu. Jej rodzice rozwiedli się już w 1921 roku, ojciec, Szymon Gincburg, wyjechał do Berlina i Zuzanna straciła z nim kontakt, fantazjując potem o jego karierze amanta filmowego w Ameryce. Matka Cecylia z kolei, można powiedzieć, uciekła przed córką do Hiszpanii – z młodym mężczyzną, który bardziej nadawałby się właśnie na partnera dla córki, a nie dla matki. Dziewczynę wychowywała więc babka, Chaja (Klara) Sandberg, właścicielka składu aptecznego przy 3 Maja. Równe było wówczas nazywane „najbardziej polskim i najbardziej żydowskim wołyńskim osiedlem”, tyglem kultur i obyczajów. W domu mówiło się po rosyjsku, ale Zuzanna zaczęła chodzić do najlepszego Polskiego Gimnazjum im. T. Kościuszki (w którym dyrektorem był Jerzy Korczak-Ostrowski, mąż pisarki Ewy Szelburg-Zarembiny, której twórczość zaważyła na wczesnych poezjach Zuzanny) i w ten sposób niejako wybrała sobie język, w którym chciała funkcjonować i tworzyć, język polski. Debiutowała utworami publikowanymi w gazetce szkolnej (pierwsze wiersze podobno pisała już w wieku trzech lat), trzy lata później jej wiersz Gramatyka został wyróżniony na Turnieju Młodych Poetów organizowanym przez „Wiadomości Literackie”. Na studia pojechała do Warszawy, studiowała pedagogikę, jednocześnie publikując między innymi w „Skamandrze” czy „Szpilkach”.

Obraca się w artystycznych kręgach stolicy, głównie wśród skamandrytów, bywa częstym gościem Ziemiańskiej i Zodiaku, przyjaźni się z Tuwimem, Gombrowiczem. W 1936 roku w ekskluzywnym wydawnictwie Przeworskiego wydaje swój jedyny tomik poetycki zatytułowany O centaurach. Wojna zastaje ją w Równem, wyjeżdża do Lwowa. W 1940 roku bierze ślub z Michałem Weinzieherem (czy na początku łączyła ich miłość czy był to rodzaju układu? Nie wiadomo, ale przecież potem związek głębszy łączył ją z Januszem Woźniakowskim). Ukrywa się. W 1942 roku o mały włos nie wpada w ręce gestapo na skutek donosu sąsiadów, pisze o tym w cytowanym wcześniej wierszu. Ucieka do Felsztyna, Swoszowic, Krakowa. Mąż Michał razem z jej przyjacielem, ukochanym, Januszem Woźniakowskim, zostają aresztowani. Wkrótce aresztowana zostaje i Zuzanna, wraz z przyjaciółką Blumką Fradis. Trafiają do słynnej katowni, więzienia na Montelupich. Najprawdopodobniej Ginczanka została rozstrzelana na terenie obozu w Płaszowie w maju 1944 roku. Miała dwadzieścia siedem lat. Tyle fakty.

Mówili, że jedno oko miała jasne, drugie bardzo ciemne. Że była piękna i mężczyźni tracili głowę. Że była inteligenta, bywała cyniczna. Nie cierpiała oczywistości, nie potrzebowała męskiego wsparcia, by zaistnieć. To mężczyźni zabiegali o nią, chcieli imponować innym przez pokazywanie się z Ginczanką. Była niczym trofeum, zdobycz, którą trzeba obnosić na ulicy. Być może dlatego właśnie prawdziwa miłość i prawdziwa przyjaźń połączyła ją dopiero z Woźniakowskim, który nie mógł już pokazywać się z nią na ulicach. I przedwczesna śmierć. Dwadzieścia siedem lat. Późniejszy Klub 27. Mityczny wiek dla legend. Nic dziwnego, że Ginczanka jest dziś niezwykle legendotwórcza, by wspomnieć choćby o tomiku Józefa Łobodowskiego Pamięci Sulamity (1987) czy książce Jarosława Mikołajewskiego Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki (2019). Był to talent, który nie zdążył się w pełni rozwinąć. Zmysłowość, sensualizm, kobiecość, bunt przeciw mieszczaństwu, migotliwość tej poezji jest dziś różnie interpretowana. Ile opowieści, tyle twarzy Zuzanny, mówi Kiec. I opowiada nam o „swojej” Ginczance.

Badaczka skrupulatnie i z pełną odpowiedzialnością rekonstruuje więc losy poetki. Wyznaje na wstępnie: „Zuzannę Ginczankę spotykam od lat nieustannie. Za każdym razem inną, odmienioną głównie moim doświadczeniem, coraz bardziej różniącym się od jej dwudziestoparoletniego świata. Kiedyś Zuzanna była moją rówieśnicą, dzisiaj – mogłaby być córką […]”.

Lejtmotywem opowieści autorki Historii polskiego kabaretu jest zdrada – „z jej doświadczeniem zmagała się Zuzanna przez całe życie”, pisze. Tych zdrad jest wiele.

Zdrada rodziców, ich porzucenie córki.

Zdrady mężczyzn, słabszych i pełnych kompleksów.

Zdrady sąsiadów – szpicli i donosicieli.

Zdrada urody, „która budziła zazdrość i obawy kobiet, rozpalała chęć zemsty odrzuconych mężczyzn, ale też – nie pozostawiała wątpliwości co do pochodzenia dziewczyny, zyskując status piętna, stając się przyczyną łowów, panicznej ucieczki i śmierci”.

Ale warto wspomnieć także o zdradzie poprzez nieupilnowanie wierszy Ginczanki z lat 1943–1944, które przecież pisała i które komuś (jak czasami ktoś wspomina) dawała.

I jeszcze zdrada zagubienia rękopisu z tym najważniejszym utworem, Non omnis moriar, który był ponoć dowodem na procesie rodziny Chominowej. Koleżanka Zuzanny, Ludwika Stauber, dała kartkę z tekstem Julianowi Przybosiowi. Ten, publikując na łamach „Odrodzenia” (1946, nr 12) poprawiony przez siebie (!) Non omnis…, wspomniał o wierszu na odwrocie, o wierszu – jak powiada, a co dziś nie ma najmniejszego znaczenia – „niedokształconym”. Gdzie jest ta kartka? Kiec wyraża nadzieję, że jeszcze kiedyś gdzieś się odnajdzie, a może i inne wiersze Zuzanny. Przecież takie rzeczy zdarzają się ciągle. Dlaczego więc nie?

Książka Izoldy Kiec jest biografią niezwykłą. Weryfikuje plotki i niepotwierdzone wcześniej informacje, które jednak funkcjonowały w sposobach mówienia o Ginczance. Choćby to, że jej debiutancki tomik spotkał się z licznymi, entuzjastycznymi recenzjami, tymczasem recenzje w prasie lat trzydziestych były dwie i obie mało entuzjastyczne. Kiec tropi, bada, analizuje. W publikacji znajdziemy także mnóstwo zdjęć, nieujawnionych wcześniej dokumentów, listów, wspomnień znajomych, wycinków z prasy. Co najważniejsze, nie boi się także używać takich słów, jak „nie wiem” czy „nie wiadomo”. Chociaż więc Zuzanna cały czas się wymyka, możemy wejść do jej świata i choć odrobinę ją poznać. Pełnego obrazu nigdy jednak nie dostaniemy. „Ani sama Zuzanna, ani czas, w jakim żyła, ani kolejne miejsca, w których próbowała się zadomowić bądź schronić jedynie, nie sprzyjają rozjaśnianiu obrazu. Jego rekonstrukcja to prawdziwa archeologia fragmentów, śladów, ruin. A może tak właśnie metaforyzują się osobowość i los Zuzanny Ginczanki? Poprzez wymkniecie, ucieczkę, otwarcie na przekór zamykaniu…” – powiada Kiec. W przypadku Sany nic jest bowiem pewne i wszystko jest możliwe.

Pewne natomiast jest to, że fenomen Zuzanny Ginczanki wykracza poza jakikolwiek badawczy czy naukowy dyskurs. Gdyby nie jej poezja, byłaby kolejnym anonimowym losem czasów Zagłady. Poezja sprawiła, że stała się głosem pokolenia, świadectwem epoki. Sama Sana wymyka się jednak wszystkim i wszystkiemu. Zawsze nieuchwytna, nieupilnowana, samoswoja.

Izolda Kiec: Ginczanka.
Nie upilnuje mnie nikt.

Wydawnictwo Marginesy,
Warszawa 2020, s. 424.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.