04/2020

Paweł Jasnowski

Nie(ważkość)

Debiutancki zbiór opowiadań Karpińskiej, powiedzmy od razu, dość konsekwentnie odcina się od wszelkich lokalnych mód i ideologicznych mariaży. Autorkę fascynuje sama czynność opowiadania, drzemiący w niej potencjał. To on właśnie jest głównym paliwem Żywopłotów.

Dominantą tego tomu jest lekkość. Choć tematy opowiadań bywają zgoła nielekkie (choroba, śmierć, miłosne cierpienie, policyjne przesłuchanie), to ich ciężar nie odciska się na języku. Forma nie uzupełnia treści, lecz walczy, zmaga się z nią, próbuje przezwyciężyć.

Karpińskiej nie zajmuje burzliwe widowisko świata, raczej przygląda mu się w skali mikro, jego drobnym przejawom, jego zwykłym – ludzko-nieludzkim – mieszkańcom. Raz jest to pracownik palmiarni, innym razem robotnik spędzający czas na rusztowaniu, stały bywalec baru, pacjent szpitala czy chylący się nad grobem – nie wiadomo kto właściwie bardziej: pan czy pies.

Choć postaci, które zaludniają tę prozę, często ponoszą porażkę i „ciągną w dół”, to pisarka – na różne sposoby – rzuca wyzwanie (powszechnemu) prawu ciążenia. I tak w opowiadaniu Lata 40. bohater, zaglądając przez okno mieszkania, odnajduje w nim ciężko (?) chorą młodą kobietę i postanawia pozostać przy niej na rusztowaniu, gdzie pracuje za dnia. A jednak w finale spowijająca historię aura smutku rozprowadza się w łagodnej melancholii (ta zaś, powiada Italo Calvino, „to smutek, który stał się lekki”). Rozgwieżdżone letnie niebo wiszące nad głową bohatera i spadające gwiazdy, rozjaśniają swoim światłem opowieść, wywołują uczucie pauzy, milczącego i kojącego czaru (by znów użyć określenia Włocha). Sprawiają także, że wszystko („cały ten cyrk”) – choć na chwilę – odnajduje swój sens. Nieco inaczej rozwiązuje to Karpińska w Latach 60., choć i tu stawką jest ten sam efekt odejmowania ciężaru. Oto narrator (jak zwykle mężczyzna, znowu starszy o dekadę) leży na szpitalnej sali między dwoma „panami”: „pierwszym”, który hoduje, odgradzający go od sąsiada, żywopłot z opakowań po lekach, kartonów chusteczek higienicznych lub plastikowych butelek soków, i „drugim”, który za swój żywopłot ma gruby szlafrok frotté w szlachetnym kolorze szkarłatu. Wszyscy trzej nie mają się, mówiąc oględnie, dobrze. Dość powiedzieć, że organizm narratora wspomagany jest morfiną, a historie pozostałej dwójki zmierzają do banalnego końca i „finałowej melodii”. Narrator, inaczej niż jego sąsiedzi, nie dysponuje żadnym materialnym parawanem. Z pomocą skrawków rozmów, które tamci odbywają z rodziną, i w wyobraźni sprawia jednak, że przed oczami stają mu dwie historie, „jak rozwinięte za jednym zamaszystym ruchem wstęgi, sięgam więc początku i centymetr po centymetrze zaczynam je ciasno zwijać, by po chwili przekonać się, że w rzeczywistość w dłoni trzymam spleciony z tych historii warkocz”.

Ów warkocz, po którym wspina się bohater, i który unosi go poziom wyżej, sprawia, że ciało staje się „lekkie, a powietrze miękkie jak wata”, a narrator unosi się wbrew siłom ciążenia („jestem w górze, obserwuję przestrzeń od drzwi do okna”, „odepchnąłem się od poduszki i uniosłem w powietrzu”). To jego własny (tytułowy) żywopłot – żywioł opowieści i wyobraźni – który oprócz roli estetycznej pełni też rolę ochronną. Pierwsze zdanie – z pozoru niezwiązane z owym warkoczem – opowiadania brzmi przecież: „Fundamentalną rolę w mojej rekonwalescencji odgrywa wyobraźnia”. Z kolei w prologu narrator powiada: „Nie umiem tego wytłumaczyć, ale czuję, jakbym zsuwał się ze spadzistego dachu, i tylko słowa mogą sprawić, że w ostatniej chwili uratuje mnie rynna. Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi”.

Jak należy to rozumieć? Tak jak określił to Calvino w Wykładach amerykańskich – „literatura jako funkcja egzystencjalna, jako poszukiwanie lekkości w reakcji na ciężar życia” lub Hrabal w Weselach w domu – „Tą pisaniną jakby się leczę, tak samo jak katolicy leczyli się spowiedzią, tak samo jak żydzi leczyli się pod Ścianą Płaczu, tak samo jak nasi przodkowie leczyli się, wyszeptując swe tajemnice i obawy, i koszmary w pień starej niemej wierzby, a koniec końców tak samo jak leczyli się pacjenci Freuda, którzy uspokajali się, opowiadając co im ślina na język przyniosła…”.

Praca wyobraźni, splatanie historii nie jest w Żywopłotach wyborem, lecz Ananke (przymu­sem). Nie tylko budzi radość, lecz pobudza i wzmacnia, chroni przed osunięciem się w dół. Pozwala – jak we wspomnianym opowiadaniu – dosłownie ulecieć w inną przestrzeń. Opowieści te – snute być może, jak sugerują Lata 70., przez jednego narratora – to jak w przenikliwym eseju Llosy o fikcji – „umysłowe podróże”, które zarówno dziś, jak i przed wiekami, pełnią nieodzowną, podstawową rolę: rozrywki i magii, zabawy i egzorcyzmowania egzystencjalnej pustki.

W osobliwym połączeniu melancholii i humoru, w ważkości bez ciężaru, formie, która nie akompaniuje treści, ale ją przekracza, debiut Karpińskiej wygląda w stronę linii tradycji, którą uosabiali m.in. Hrabal i inni pisarze czescy, i co istotne – robi to i twórczo, i ciekawie, i skutecznie.

Maria Karpińska: Żywopłoty.
Wydawnictwo W.A.B.,
Seria: Archipelagi,
Warszawa 2020, s. 176.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.