12/2019

Bernadetta Darska

O wymyślaniu, pamiętaniu i odkrywaniu świata

Powieść Dominiki Słowik zaskakuje świeżością i niebanalnością. Wspominam o zaskoczeniu, bo pozornie jest w tej książce wszystko to, co można by określić jako dobrze znane. Pojawia się więc ryzyko popadnięcia w pewnego rodzaju wtórność gatunkową i tematyczną, a jednak autorka unika maniery naśladownictwa i powtórzenia. Fakt ten zdecydowanie należy docenić. Dominika Słowik ewidentnie prowadzi dialog z obrazami, scenami i ideami obecnymi w wielu utworach literackich. Jej propozycja okazuje się natomiast dopowiedzeniem, inną wersją tej samej historii, oryginalną wizją świata stworzonego na potrzeby powieści, wreszcie świadomym korzystaniem z motywów i gatunków w taki sposób, by zaoferować czytelnikom nową jakość. Autorka jest w używaniu i oryginalnym przerabianiu tego, co dobrze znane, intrygująco bezpretensjonalna, autentyczna, przekonująca. Owszem, jeśli weźmiemy pod uwagę powołany przez Słowik do życia świat, szybko zauważymy, że to, co ją inspiruje, przynależy do zestawienia realnego z wyobrażonym. Wydarzenia na poły magiczne, na poły opierające się na tym, co bliskie i dostępne na wyciągnięcie ręki, funkcjonują w tej powieści jako część biografii miejsca i ludzi. Widać w tak zaplanowanej rzeczywistości konsekwencję i chęć wpisania opowieści w konwencję realizmu magicznego. Nie muszę mówić, że jest to pomysł dość odważny. Łatwo w takich kreacjach zbliżyć się do kiczu i infantylności opisu. Słowik jest od tego daleka, co więcej, proponuje historię koncepcyjnie nieoczywistą, trzymającą w napięciu, błyskotliwie budującą mitologię małego miasteczka i jej mieszkańców – tak zwykłych i tak niezwykłych jednocześnie.

Zimowla przywołuje skojarzenia z pisarstwem Brunona Schulza, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmysłowe opisy przyrody i spotkań człowieka ze zwierzętami, ale też ze Wzgórzem Psów Jakuba Żulczyka. Podobieństwo do tego ostatniego widzę w sposobie obrazowania małej miejscowości, w której nie chce się być i z której zwykle się ucieka. Jest też w historii opowiedzianej przez Słowik coś z powieści młodzieżowych Janusza Domagalika (np. Banda Rudego) czy Aleksandra Minkowskiego (np. Nasturcja i Lew czy Ząb Napoleona), ale i z sugestywnych obrazów Marca Chagalla. Trudno także oprzeć się skojarzeniu z Ciemno, prawie noc Joanny Bator. Niektóre fragmenty przywodzą z kolei na myśl E.E. oraz Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk. Ale najbliżej tej książce do Weisera Dawidka Pawła Huellego. Przeprowadzenie analizy pod kątem uznania Zimowli za głos prze-pisujący powieść gdańskiego pisarza byłoby więc zasadne i interesujące. Nie uczynię tego w tym miejscu, zasugeruję jednak, że odpowiednikiem Weisera mogłaby u Słowik być lunatykująca Magda Dygnarówna. Dałoby się również porównać tę specyficzną atmosferę mrocznej tajemnicy towarzyszącą spotkaniom młodych bohaterów i późniejszą próbę zrozumienia, co wtedy w tym szczególnym czasie się wydarzyło i czy po latach da się wytłumaczyć racjonalnie to, co wówczas wymykało się rozumnemu pojmowaniu.

Dominika Słowik czuwa również nad formą swojej opowieści. Ciekawym pomysłem jest chociażby ujęcie całej historii w klamrę i odwołanie się do idei sobowtóra, siostry-bliźniaczki, kogoś, z kim zostało się połączonym na zawsze. Przypomnijmy, że motyw ten intrygował pisarkę w debiutanckim utworze zatytułowanym znacząco Atlas: Doppelganger. Autorka wyraźnie też zainteresowana jest łączeniem tego, co niskie, z tym, co wysokie. Widać to zarówno w sposobie opisywania rzeczywistości, jak i równoległym czerpaniu z gatunków kojarzonych z literaturą artystyczną i literaturą popularną. Zimowlę można bowiem czytać i jako powieść psychologiczną, i jako powieść obyczajową, i jako powieść inicjacyjną. Ale też, co nie pozostaje bez znaczenia, jako powieść kryminalną, powieść przygodową czy powieść grozy. Dominika Słowik stara się również w Zimowli odświeżyć konwencję literatury małych ojczyzn. Jak się okazuje, robi to skutecznie.

Krótkie zasygnalizowanie treści może niepotrzebnie banalizować tę świetną powieść. Mamy bowiem miejsce jako ważny punkt odniesienia. To niewielka miejscowość o nazwie Cukrówka znajdująca się w Dolinie Zmornickiej. Dla mieszkańców istotnymi punktami są: Zakład (jego powstanie i jego zmierzch), muzeum (istniejące właściwie nie wiadomo dlaczego i chylące się ku upadkowi), działki (to tam znajdują się ule Pszczelarza), szklany dom (zwykły dom, który stał się inny za sprawą wkomponowanych w elewację szkiełek) i willa Sareckiej (przedziwny dom dawnej działaczki partyjnej, w którym mieszka jej wnuczka i narratorka powieści jednocześnie). Z perspektywy powieści kryminalnej prowadzone jest tutaj śledztwo – w jeziorze znaleziono utopionego dziennikarza; z perspektywy powieści przygodowej – troje dzieci podejrzewa, że pewien uznawany za dziwaka człowiek ukrywa skarb, chcą więc go odnaleźć; z perspektywy powieści inicjacyjnej – to historia o traceniu marzeń i o złu, które okazuje się wtajemniczeniem w dorosłość.

Dominika Słowik znakomicie rozgrywa znany w filozofii wątek naturalnego wtajemniczenia, będącego doświadczeniem dzieci i traconego stopniowo wraz z dojrzewaniem. Świat dzieciństwa jest w Zimowli światem sekretów i tajemnic, absurdalnych niekiedy pasji, triumfem wyobraźni i odczuwaniem wszystkiego w ogromnym natężeniu. Wiedza, a więc dorosłość, to wyjaśnienie niewiadomego, racjonalne udowodnienie, że brzydota i siermiężność zdarzają się częściej niż piękno i autentyczność. To dlatego finał tej historii jest ostry jak brzytwa. Nie daje złudzeń. To wszystko, co podobno się wydarzyło, tak naprawdę wyglądało inaczej. Nie ma więc sensu pamiętać, bo to, co zapamiętano, było tylko złudzeniem. W tle pojawia się więc bardzo mocno zaakcentowany, choć niekoniecznie eksponowany na pierwszym planie, spór o codzienne potyczki pamięci i zapomnienia.

Narratorka przyjaźni się z Hansem i Miszą. Razem spędzają czas, popijają alkohol, próbują narkotyków. Połączy ich jednak przede wszystkim skarb. Ten skarb, o którym tak naprawdę niewiele wiadomo. Nie jest pewne, czym jest i czy w ogóle istnieje. W pewnym więc sensie młodzi bohaterowie angażują się w coś, co jest ułudą, co chcieliby, żeby istniało, co stwarzają swoimi amatorskimi działaniami śledczymi. Nie są jedynymi osobami, które w Cukrówce szukają sensu, dzięki któremu zwyczajność okaże się nadzwyczajna. Ojciec bohaterki zamienia swoje wcześniejsze zainteresowania mającą nadejść Apokalipsą na fascynację zjawiskami paranormalnymi i zostaje wróżem. Magda Dygnarówna zaczyna lunatykować i całe miasteczko musi żyć w lęku i irytacji z powodu rzekomego bezwstydu snującej się po dachach dziewczyny. Mieszkańcy Cukrówki pragną cudu. Ten natomiast w wersji mniej lub bardziej racjonalnej powtórzy się kilka razy, lecz niekoniecznie stanie się symptomem wielkich zmian na co dzień. Miejscowe muzeum stoi na straży lokalnej historii. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, co prezentowane jest w tym przybytku i czy tak naprawdę istnienie placówki nie jest tylko mało udaną mistyfikacją.

Obok pragnienia cudu jako czegoś, co odmieniłoby codzienność, pojawia się wątek babczyzny oraz czasu, który nie zawsze należy do nas i czasami trzeba o ów czas zawalczyć. Dominika Słowik opisuje niezwykle ciekawą her-story. Tworzy dwie linie kobiecych więzi. Jedna oparta jest na krwi i dziedziczeniu – tutaj pojawią się więc babka, matka i córka. Dla drugiej fundamentem stanie się blizna, ta wyobrażona, być może widzialna, łącząca. Chodzi o więź między narratorką a lunatykującą Magdą. Obie podczas szkolnej wizyty iluzjonisty zostały wybrane do pokazowego numeru opierającego się na przecinaniu człowieka na pół. Wydarzenie to zbuduje między dziewczętami przedziwne porozumienie bez słów i z przeczuciem zaledwie tego, co pewne i skrywane. Więź oparta na krwi nie będzie łatwa. Toksyczne uzależnienie i podporządkowywanie sobie przełamią momenty oporu, które przypominać będą znaki. Tak powstanie legenda zdarzeń, które gdy miały miejsce, znaczyły więcej, niż się wydawało.

Autorka ma talent do budowania malowniczych, absurdalnych i groteskowych nieco scen, w których przekonanie o ważności chwili zderza się ze zwyczajnością tego, co okazuje się momentem zwrotnym dla całej opowieści. Warto w tym kontekście przywołać znakomite opisy pszczół – tych żywych, pochłaniających wręcz otoczenie i ludzi – oraz tych martwych – dramatycznie poświadczających koniec wszystkiego. Równie sugestywne są opisy kur, które kupuje babka, a następnie fortelem podporządkowuje je sobie już na zawsze. Fantastyczny jest opis ciężarnej matki i momentu kluczowego dla symbolicznego „obudzenia się” narratorki. Podobnie efektownie wypada scena jedzenia gruszek przez matkę i jej milczącej, łakomej walki z osami lub scena nurzania się w spływającym zewsząd miodzie. Te głęboko sensualne opisy mają w sobie coś apokaliptycznego, ostatecznego, nieuchronnego.

Ważnym elementem Zimowli są ślady, dzięki którym możliwe jest tworzenie dobrych i mrocznych w swojej wymowie historii. Mamy więc na przykład ślady, które uważane są za dowód odwiedzin wilkołaka. Mamy miodne ślady, które wywołują czyjeś łzy. Mamy wreszcie cuda związane z miejscową Maryją, której przygody jako świętej przypominają powiastkę awanturniczą. Mamy wreszcie ogromne stopy babki odziedziczone przez wnuczkę i groteskowy rytuał spektakularnego obcinania paznokci przez babkę.

Ślady, znaki, cuda – to wszystko tworzy mapę Cukrówki. I jeszcze dźwięki – mlaskanie i chlupotanie miodu, brzęczenie pszczół, stukot naczyń wynoszonych po pracy przez pracowników Zakładu, śpiew lunatyczki. Bohaterka widzi i słyszy więcej. Magda, symboliczna bliźniacza siostra narratorki, dowiaduje się od lekarza, że przejdzie jej to, gdy dorośnie. Dorosłość przyniesie więc wątpliwości. Wiara w cuda będzie podważona. Wszystko zostanie wyjaśnione, a racjonalność wyprze wyobraźnię. Raptem okaże się, że znaki można różnie interpretować, a wiarygodność głównych bohaterów tej historii sprzed lat łatwo zdyskredytować. Dorastanie jako utrata wiary w cuda? Dojrzałość jako zaprzeczenie temu wszystkiemu, co niegdyś wydawało się rzeczywiste? Cuda jako zjawiska przypisane do niedorosłości? Bohaterka powieści E.E. Olgi Tokarczuk doskonale znała te kwestie. Okazuje się, że bohaterka Zimowli Dominiki Słowik również musi się z nimi zmierzyć.

A jednak jest coś, co pozwala zachować równowagę i ocalić siebie sprzed lat – umiejętność opowiadania. Ci, co opowiadają, stoją na straży pamięci. Są za nią odpowiedzialni, ale i ją kształtują. Decydują o tym, co przetrwa. Podejmują decyzję o interpretacji wydarzeń. Mówią między innymi o szaleństwie i wskazują tych, którzy byli szaleńcami. Narratorka unika jednoznacznych odpowiedzi. Szuka dowodów, staje po stronie racjonalności, nie chce jednak zapomnieć tego, co czuła, w czym uczestniczyła, co ją przerażało i o czym słyszała, że miało miejsce. Pozostaje więc trochę dzieckiem – sobą sprzed lat, ale pozostaje trochę i tymi, którzy w swoim szaleństwie nie umieli całkowicie otworzyć się na rzeczywistość. Ostatecznie każda z opisywanych postaci składa się z lęku i odwagi – Pszczelarz, choć zraniony i złamany tym, czego doświadczył, zdobywa się na odwagę, ojciec ciągle lawiruje między udawaną postawą opozycjonisty a prawdziwą twarzą człowieka niepewnego i tchórzliwego, Hans i Misza szukają skarbu, ale tak naprawdę dają się uwieść temu, co fałszywe, matka po cichu realizuje swoje marzenie, choć cały czas udaje, że trwa w przeciętności dnia codziennego, babka, choć jest komunistką, także po kryjomu podejmuje decyzję, by uciec do innego lepszego świata. Może więc prawdziwe były tylko pszczoły latające tak, jak zechciał Pszczelarz, albo kury babki, które wyrywając się do wolności, otarły sobie szyje? Albo pies tak kochający słodycz, że zjadł miód z pszczołami? Albo właśnie Pszczelarz, który pozostał wierny pszczołom do końca.

Mądra i dobra to książka.

Dominika Słowik: Zimowla.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2019, s. 624.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.