04/2020

Dominika Słowik

Od pakowania gorsze jest tylko rozpakowywanie

Kto pamięta mój ostatni felieton, ten nie zdziwi się, kiedy usłyszy, że niedawno musiałam na nowo poukładać książki w swojej biblioteczce. Stanęłam przed trudnym dylematem. No bo – wedle jakiego klucza? Rozmiarem – duże do dużych, małe do małych? Wydawnictwami? Alfabetycznie autorami? Tytułami? Kolorami? Widuję przecież zdjęcia księgozbiorów, które płynnie przechodzą z jednego końca palety barw do drugiego. A może tu nieprzeczytane, a tam przeczytane? Czy jednak nie przytłoczyłby mnie ten regał wstydu, na którym znalazłoby się pewnie znacznie więcej książek, niż chciałabym przed samą sobą przyznać?

Kiedy z ciekawości zapytałam o domowe rozwiązania kilku znajomych, okazało się, że sprawa ociera się niemal o religijną zapalczywość – a wybory dotyczące osobistych bibliotek wywołują takie emocje, jak sprzeczne dogmaty na skrzyżowaniu wierzeń.

Na jakiś czas decyzja odwlekła się na szczęście ze względu na niewystarczającą liczbę regałów. I dobrze, bo potykanie się o rozstawione wszędzie kartony zmusiło mnie do ponownego przebrania książek i odłożenia sporej paczki tytułów z zamiarem odniesienia ich do pobliskiej książkodzielni. Przy okazji odkryłam kilka pozycji (między innymi Uprawa pelargonii czy Najdziwniejsze rzeczy świata. Leksykon), których obecności w swoich zbiorach w żaden sposób nie potrafiłam wyjaśnić, i wprawiło mnie to w nastrój bardzo refleksyjny.

Czy sama je przyniosłam i później o nich zapomniałam? Kupiłam je? A może ktoś mi je podrzucił? Ale po co? Z dobrymi czy złymi zamiarami? Co chciano mi zasugerować, zostawiając w moim domu ilustrowany podręcznik Uprawy pelargonii? Zapewne gdzieś w świecie istnieje skandynawski kryminał, który rozpoczyna się w taki właśnie sposób.

Mimo braku odpowiedzi na te palące pytania, kiedy wszystkie regały były już skręcone, zbędne książki oddane, a weekend, który właśnie się zaczął, okazał się zupełnie wolny, sprawy nie dało się dłużej odwlekać. Dość powiedzieć, że gdy ułożyłam w końcu książki TEMATYCZNIE (po długiej szczerej rozmowie z samą sobą), ściągnęłam na siebie pogardę kilku bliskich bibliofilów, którym nieopatrznie o tym wspomniałam (we wtajemniczonych kręgach jest to forma jakiegoś nie do końca dla mnie oczywistego faux pas). No ale cóż, stało się. I chociaż wszystkie półki okazały się za krótkie, kategorie się mieszały, książki z pogranicza sztuk chciały być i tu, i tu, a powieści to już w ogóle robiły, co im się żywnie podobało, poczułam wreszcie ulgę.

Właściwie bez zaskoczenia odkryłam też coś, co pozwoliłam sobie nazwać „prawem Słowika”, wedle którego niezależnie od przedsięwziętych wysiłków, minimalna liczba książek w domu równa się „tyle ile się mieści na wszystkich dostępnych półkach” + 10. Przy okazji dowiedziałam się o sobie całkiem sporo innych rzeczy (nie ze wszystkich jestem dumna, ale kto by się tego spodziewał po zwykłym rozpakowywaniu) i chyba najważniejsza spośród nich to świadomość, że chociaż nie umiem wskazać swoich ulubionych książek1, z pewnością mam swoje ulubione półeczki.

No ale to jest temat na zupełnie inny tekst.

PS. Uprawę pelargonii na razie zostawiłam, nie ma co zadzierać z fabułą skandynawskiego kryminału. Zwłaszcza kiedy nie wiemy, jak się kończy.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.