04/2021

Ireneusz Piekarski

Ostatnia ucieczka?
Garść uwag o Juliana Stryjkowskiego dzienniku z Ameryki
i jego przyjaźni z Julią Hartwig i Arturem Międzyrzeckim

Przepaść pod nogami
W pierwszych dniach lutego 1969 roku autor Austerii otrzymał zaproszenie do uczestnictwa w International Writing Program (IWP). Jego kandydaturę zgłosił zapewne – przebywający właśnie na stypendium w „kukurydzianym mieście” Iowa City – Jan Józef Szczepański, który poczynił następnie starania w waszyngtońskim Departamencie Stanu, by to właśnie Stryjkowskiego zaproszono do udziału w programie Paula Engle’a1. Jak wynika z urzędowej korespondencji, gorąco poparł Stryjkowskiego również Zbigniew Bieńkowski2, pracujący w IWP od dwóch lat nad przekładami Norwida. Listownej rekomendacji z Krakowa udzielił zaś pisarzowi Leszek Elektorowicz, zagraniczny uczestnik Writers’ Workshop z roku 19663.

Krajowe doświadczenia ostatnich miesięcy czy lat nie napawały Stryjkowskiego optymizmem: w „Twórczości” po publikacji Listu 34 atmosfera mocno się zagęściła, a w Polsce po wydarzeniach marca 1968 roku – stała się wprost koszmarna. Choć z warszawskiej perspektywy drugiej połowy lat sześćdziesiątych XX wieku udział w International Writing Program jawił się jako zbawienny czy po prostu atrakcyjny, był jednak z wielu innych względów (w tym zdrowotnych) ryzykowny.

17 marca – mimo że pisarz zapewne miał wątpliwości: skończył przecież sześćdziesiąt trzy lata, a jego nieco książkowa angielszczyzna nie gwarantowała mu komunikacyjnego komfortu za oceanem – odesłał do Iowa City entuzjastyczne potwierdzenie. Podkreślił, że bardzo interesuje go ta oferta, dodając, że jest „pod dużym wrażeniem samej idei stworzenia takiej międzynarodowej wspólnoty pisarzy, jak również zasięgu tej inicjatywy, jedynej takiej w świecie”, która ma „wielką moc przyciągania”4.

Oczywiście, zgodę na każdy pobyt zagraniczny obywatela Polski Ludowej wyrazić musiały odpowiednie władze i w przypadku Stryjkowskiego zrobiły to bez zbędnej zwłoki, choć w tym samym czasie uniemożliwiły produkcję filmu Jerzego Kawalerowicza na podstawie jego Austerii. Dodajmy, że rok później, wydawszy paszport Arturowi Międzyrzeckiemu, zablokowały na jakiś czas możliwość opuszczenia kraju przez jego żonę i córkę, a dwa lata później długo trzymały w niepewności Marka Skwarnickiego i Marka Nowakowskiego, sprawiając, że ten drugi do Iowa City przyleciał z bardzo dużym opóźnieniem, niemal na sam koniec programu, bo dopiero w marcu 1972 roku.

Jeszcze w grudniu 1968 roku dyrektor IWP – poeta, ale też niezwykle skuteczny fund-raiser – Paul Engle, rozpoczął batalię o przyznanie grantu (Leader & Specialist Grant) kolejnemu polskiemu pisarzowi na rok 1969/1970. Już pierwsza odpowiedź z ambasady w Warszawie nie pozostawiła organizatorom zbyt wielu nadziei: w tym roku pieniędzy na granty dla specjalistów z Polski raczej nie będzie, ale inicjatywa jest znakomita itd. Engle nie rezygnował, prosząc w kolejnych listach o „resztówki”, które zawsze pojawiają się pod koniec roku podatkowego. Następnie wnioskował o pokrycie przynajmniej kosztów podróży, jednocześnie oferując ze swej strony atrakcyjny grant pobytowy i kupno biletu lotniczego na trasie „wewnętrznej”. Ostatecznie zabiegał już tylko o pięćdziesiąt dolarów dla stypendysty – na pokrycie drobnych kosztów związanych z przemieszczaniem się między lotniskami5. Finalnie ani Departament Stanu, ani Ambasada USA nie dołożyły tym razem do inicjatywy wymiany twórczej dosłownie ani centa… Attaché kulturalny w Warszawie oprócz pochwał dla IWP miał jednak coś jeszcze w zanadrzu – dobrą radę: niech zainteresowany popłynie polskim liniowcem, za który może przecież zapłacić w złotówkach. Spory problem, który stanowiła wówczas obca waluta, rozwiąże się tym samym automatycznie („napiszę kartkę do mojej tłumaczki Wieniewskiej, może uda mi się zdobyć trochę «dewiz»” – kombinował Stryjkowski już pierwszego dnia na statku). A na powrotny bilet samolotem – rozwijał twórczą myśl dyplomata – niech stypendysta zaoszczędzi sobie z dziewięciomiesięcznego grantu, który ufundował IWP…

Tym samym Mr. G. Michael Eisenstadt przyczynił się do rozwoju literatury polskiej, gdyż Stryjkowski, choć chciał przylecieć do Iowa City samolotem (w zasadzie do Cedar Rapids, bo to tam jest najbliższe lotnisko), ostatecznie kupił bilet na statek7 i puścił się w rejs do Montrealu. Martwa fala, opowieść o podróży tym transatlantykiem, choć nie wszystkim się spodobała (np. Iwaszkiewicz nie pozostawił na tym opowiadaniu suchej nitki, później przyznał wszak, że wcale go nie przeczytał, a jego reakcja była zemstą za Martwą pasiekę, której Stryjkowski nie puścił do druku w „Twórczości”), stała się ważnym prologiem do opowiadań amerykańskich i diagnozą stanu zawieszenia, tułactwa, bezdomności, wstępną analizą kondycji współczesnego marrana i poniekąd ciągiem dalszym tożsamościowych zmagań z Imienia własnego.

Być może do morskiej eskapady Stryjkowski został ostatecznie namówiony przez Szczepańskiego8, który zadowolony i wypoczęty wrócił do ojczyzny dumnym polskim turbinowcem parowym9, na pokładzie którego spędził miłe letnie chwile: opalając się na leżaku, bawiąc się razem z żoną na dancingach, na których przygrywały wybitne przecież orkiestry taneczne, popijając drinki na koktajlach u kapitana i oficerów oraz przeglądając ostatnią powieść spotkanego w Nowym Jorku Tyrmanda (chociaż trudno mu było „zagustować w tym pretensjonalnym i nudnym plotkarstwie”10). „Pusty ocean, wygładzony blaskiem” – zapisał w dniu swoich imienin zrelaksowany autor Wyspy11.

Stryjkowski jesienny rejs zniósł fatalnie. Choć na zmodernizowanym okręcie były już zainstalowane stabilizatory, mające chronić pasażerów przed skutkami nadmiernego kołysania, to i tak wielu ciężko przechorowywało tę podróż do Nowego Świata. „Sztorm, popołudniu straszna choroba morska, podcięła mnie kompletnie. Trudno mi było nawet ruszyć nogą, każdy krok wywoływał wymioty, rzygałem żółcią. Przeklęte Morze Północne, nie było żadnej rady” – zanotował Stryjkowski, gdy nieco wydobrzał. Po tygodniu od wypłynięcia z Gdyni zmęczony, przybity, ale i z błyskiem nadziei, oceniał swój stan jako znośny: „Już chyba wytrzymam do końca” – pisał. Natychmiast dorzucał jednak stanowczo: „więcej statkiem nie popłynę. Żaden mi wypoczynek!”12.

W tym czasie bardzo liczni przyjaciele, koledzy i znajomi ze środowiska Stryjkowskiego również zdecydowali się z Polski wyjechać: Leszek Kołakowski, Witold Wirpsza, Stanisław Wygodzki, Arnold Słucki, Henryk Grynberg, Ida Kamińska, Helena Lemańska, Ida Juryś, Dawid Sfard13… by wymienić tylko kilka osób14. W marcu 1969 roku, gdy Stryjkowski podejmował decyzję o wyjeździe na IWP, z redakcją „Twórczości” pożegnał się właśnie znakomity germanista Roman Karst. „Jak wszyscy rozważaliśmy wyjazd” – wyznawała też Julia Hartwig, mając na myśli siebie, męża i córkę, ale dopowiadała: „ostatecznej emigracji nie braliśmy chyba do końca pod uwagę. Raczej chcieliśmy wyjechać na jakiś czas”15. Stefan Kisielewski – wcześniej dotkliwie pobity przez nieznanych sprawców, ponoć za określenie „dyktatura ciemniaków” – zapisał w zeszycie z niejakim zdziwieniem:

Ale nie wszyscy Żydzi wyjeżdżają – są tacy, którzy pozostanie w Polsce traktują jak misję. […] Tylko że kto z naszych obecnych prostaków zrozumie wymowę takiego heroicznego akcesu do polskości ze strony ludzi obrażanych dziś i poniżanych na każdym kroku16.


Którą ścieżką zamierzał podążyć Stryjkowski, przyjmując zaproszenie ze Stanów Zjednoczonych: „wyjechać na jakiś czas” czy jednak „ostatecznie wyemigrować”?

Dla wielu jego powrót do Warszawy w połowie 1970 roku stanowił niemałe zaskoczenie. Jacek Żakowski utrwalił taką kawiarnianą dykteryjkę:

Jesienią 1970 roku [Stryjkowski] znów był w Czytelniku. Któregoś dnia usłyszał, jak przy sąsiednim stoliku ktoś mówi do sąsiada:

– Chcesz zobaczyć najgłupszego Żyda na świecie? Spójrz, Stryjkowski wrócił z Ameryki.

Najserdeczniej przyjął go [Jarosław] Iwaszkiewicz.

– To cud, że wróciłeś. To najlepsza wiadomość, jaką od dawna miałem.

Przy biurku zastępcy Iwaszkiewicza w redakcji „Twórczości”, które wcześniej zajmował Stryjkowski, siedział już Jerzy Lisowski17.


Nawet w najbliższym środowisku, jak sugeruje druga część tej gorzkiej anegdoty, z autorem Imienia własnego już się właściwie mentalnie pożegnano, przyzwyczajono do jego nieobecności, tak jak i do absencji wielu innych. Dlaczego więc wrócił? I znowu znakomitą diagnozę postawił Kisielewski, który najpierw w tonacji żartobliwej i plotkarskiej pisał, jak to niewielkiego wzrostu pisarza (mierzącego raptem 154 centymetry), dosłownie przytłoczyła wielka Ameryka:

Julek Stryjkowski wrócił z Ameryki, nie bardzo się tam czuł, pewno jest za mały na tak wielki kraj. Opowiada, że Los Angeles to jedna 150-kilometrowa ulica, na której nie można wysiąść z auta, bo brak chodników. Podobno Karst, Kott i Wittlin płaczą bardzo za Polską, ale urządzeni są doskonale18.


Po miesiącu pojawiły się jednak w dziennikach Kisiela nuty współczucia, zrozumienia i tony pogłębionej refleksji egzystencjalnej, wyjaśniającej, dlaczego autor Głosów w ciemności wrócił z Ameryki zdruzgotany:


Myślę, że Julek S. po powrocie z Ameryki jest bardzo smutny, bo właśnie dosłownie „odkrył Amerykę”, zobaczył, jak tam jest i że tam żyć nie można człowiekowi „nie przyzwyczajonemu”, ale trzeba żyć tutaj, a tu też nie można, zwłaszcza w jego sytuacji pisarza z jednej strony, a Żyda z drugiej. To już nie są śmichy-chichy czy jakieś żarciki, lecz przepaść pod nogami19.


Po latach autor trylogii biblijnej z okazji przyznania mu nagrody im. Stanisława Vincenza w 1986 roku opublikował w prasie krajowej tekst Mój majufes w Iowa. Pisał w nim o swoim wyjeździe do Stanów Zjednoczonych sprzed lat: „Był to rok 1969” – wspominał. „Nastała pamiętna emigracja Żydów z Polski. Z tym bagażem przeżyć i uczuć przyjechałem do Iowa. Niejako w poszukiwaniu spokoju”20. Choć początek tego artykułu w „Tygodniku Powszechnym” pociął cenzor21, lekko zaciemniając tym samym wywód, tłumaczący powody wyjazdu do Ameryki, to dobrze czytelna pozostała naczelna motywacja: „niejako w poszukiwaniu spokoju”. Do kwestii tej pisarz wrócił w rozmowach z Piotrem Szewcem, w których precyzował: „Ja nie emigrowałem. Pojechałem do Ameryki”22, co mogłoby sugerować, że nie był to w zamierzeniu wyjazd na zawsze.

Niedługo po zaokrętowaniu się na Stefana Batorego Stryjkowski zanotował:

Trzydzieści lat temu uciekałem na Wschód. Dziś jadę na Zachód. Czy to będzie jeszcze jedna, ale tym razem chyba już ostatnia, ucieczka? Na Zachód. Bałem się tego wyjazdu jak śmierci. Kaziowi i Pawłowi powiedziałem: Iowa University, Iowa City, Iowa River – a był kiedyś Stryj miasto, Stryj rzeka i Stryj-kowski. Krąg się zamyka?


Już u wybrzeży Kanady zapisał zaś: „Kiedy spodziewałem się, że będę widział Labrador i Nową Fundlandię. […] Rozmawiałem z Warszawą z Władkiem. Tyle tysięcy kilometrów, a słyszałem jego głos! Może po raz ostatni?”. Te i inne brulionowe uwagi sugerują jednak, że pisarz – który po powrocie z Rzymu do Warszawy w 1952 roku głęboko zapuścił w stolicy Polski korzenie – traktował udział w Międzynarodowym Programie Pisarskim w Iowa City jako „ostatnią ucieczkę”, być może więc jako pretekst i preludium do emigracji (nie do Izraela wprawdzie, ale jednak jako uchodźstwo, wygnanie)23. Gdzieś na północnym Atlantyku zapisał: „It is almost exile”. Równocześnie pocieszał się: „Może jednak nie będzie tak źle? Trzeba będzie pisać”. Dodajmy: oczywiście po polsku. A był wówczas w trakcie pisania powieści, która nigdy się nie ukazała, co więcej, nigdy nie powstała: Snów Jakubowych, historii o wrześniu 1939 roku i relacjach polsko-żydowskich – powieści, która mu wyraźnie nie szła i wprawiała w pisarską rozpacz. Dla kogóż więc miałby pisać w Ameryce? I o czym? Te pytania w dzienniku oczywiście nie padają – natychmiast zablokowałyby bowiem możliwość zracjonalizowania wyprawy za ocean traktowanej bardziej lub mniej świadomie jako wyjazd bez powrotu. Może więc niemożność pisania w Iowa City, dodajmy na marginesie, to „wina” nie tylko Ameryki (jej szarych, a nie brązowych wiewiórek – jak się często za Stryjkowskim powtarza – jerzyków, a nie jaskółek, szkarłatnych kardynałów, nie szarych wróbli, innych gwiazd), bo i w Polsce przez cztery lata nie udało mu się tej historii opowiedzieć jak należy, w maszynopisie zachowało się niespełna sto stron24.

Stryjkowski, opisując swój majufes na zakrapianym alkoholem przyjęciu u bogatych amerykańskich przedsiębiorców, analizował własne zaskakujące zachowanie następująco:

To był mój taniec rozpaczy, moich ups and downs, mojej bezdomności, mojej niemożności wybrania Izraela, jedynej przystani dla nękanych, poniżanych, wypędzanych współbraci. Ja tańczyłem tragedię Żyda25.


W Polsce, mądrzejszy już o doświadczenie bolesnego, „tragicznego” powrotu, zaczął w lipcu 1970 roku pisać Martwą falę. W finale opowiadania pojawił się fantazmat o rozpoczęciu życia raz jeszcze od nowa, retroaktywnie tłumaczący decyzję sprzed dwóch lat. Narrator roztoczył przed sobą samym taką oto wizję:

Wyjdę na ląd jak Kolumb. Jestem silny i młody. Morze się uspokaja, mija martwa fala, ląd mnie zaprasza. Ogromne czeka mnie szczęście, wygrany los, znaleziony skarb. I będziemy podróżować z Jehudith przez wiecznie ciepłe kraje, zielone oceany, palmowe wyspy, pojeni sokiem przez łagodnych ludzi.


W kontekście roku 1971 – bo wtedy Martwa fala ukazała się w drugim numerze „Twórczości” – to już tylko gorzka ironia (zwłaszcza ci „łagodni ludzie”) lub życzeniowa – a nieziszczalna, jak się okazało – projekcja. Jednak ruch w przód, ku „nowemu” w nowelistyce Stryjkowskiego często okazuje się jednocześnie ruchem w tył, ku „staremu”, wizja wędrowania z Jehudith przez ciepłe kraje, wśród łagodnych ludzi przeistacza się bowiem natychmiast we wspomnienie dzieciństwa i matki, powrót do wsi pachnącej krowami, dymem i piołunem.

Odpływam na wąskiej pirodze w czerwone niebo, znowu mam cztery lata, koń parska, dzwoni kopytami o kamienny gościniec.

– O, tam, tam jedziemy – matka pokazuje palcem czerwone niebo.

[…]

– Tss, tam nasze miasteczko, tam, tam nasza wieś26.


Skoro ową palmową wyspą, bezpiecznym lądem, miejscem schronienia nie stała się Ameryka, to może stanie się nim twórcza wyobraźnia i pamięć? Obie, jak się okazuje, czerpią jednak soki z miejsca i przede wszystkim potrzebują obecności współodczuwających i współdoświadczających „współbraci”. Artur Międzyrzecki w liście do Stryjkowskiego z Waszyngtonu w 1982 roku, pisząc o sobie i swojej „normie podróżnych zasmuceń”, ujął to tak: „Machado mądry był i napisał kiedyś: nikt jeszcze naprawdę nie wyjechał”.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

Nota edytorska
Brulionowe i niepełne notatki Stryjkowskiego z wyjazdu do Ameryki przetrwały na dwunastu kartkach zeszytowych, zapisanych obustronnie niebieskim i granatowym atramentem. Kartki są bez zszywki, częściowo luzem. Włożono je do zeszytu zatytułowanego czerwonym długopisem: Dziennik I. 26 IX 69 (wyjazd do Ameryki) – do 20 X 1972. Strony zostały ponumerowane przez autora ex post czerwonym kolorem, zapewne pomiędzy wrześniem 1972 a majem 1973 roku (wtedy bowiem Stryjkowski do prowadzenia zapisków używał czerwonego tuszu). Paginacja – zanotowana wyłącznie na stronicach prawych (recto) – zawiera błędy. Dziennik znajduje się w archiwum domowym pisarza.

Listy Juliana Stryjkowskiego do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego znajdują się w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Przesyłki skierowane do Stryjkowskiego przechowywane są w archiwum domowym autora Austerii.

Dziennik i korespondencję opublikowano bez skrótów. Ingerencje edytorskie zaznaczono w postaci nawiasów kwadratowych: pojedynczy nieodszyfrowany wyraz oznaczono jako [—], odczytanie niepewne oddano jako [?]. Uwspółcześniono interpunkcję, ujednolicono zapis dat, tytułów, milcząco poprawiono błędy pisowni. Podkreślenia w rękopisach zastąpiono drukiem rozstrzelonym.

W pracy nad listami i dziennikiem wsparło mnie bezinteresownie i bardzo życzliwie wiele osób. Gorące podziękowania niech zechcą łaskawie przyjąć kustoszki z Muzeum Literatury, panie Małgorzata Wichowska i Agnieszka Papieska; slawiści z KUL, panowie Marcin Cybulski i Andrij Saweneć; anglista z UAM, pan Janusz Kaźmierczak; oraz kustoszka archiwum biblioteki uniwersyteckiej w Iowa City, pani Lisa Gardinier (many thanks to Lisa Gardinier for her professional support and generous help).

Równie serdecznie dziękuję – za listy, rozmowy, wsparcie i wspaniałomyślne zgody na publikację – właścicielkom praw autorskich i spadkobierczyniom Juliana Stryjkowskiego, Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego: paniom Anecie Kopińskiej, Hannah St. Francis i Danielle Lehtinen.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.