02/2020

Kamila Czaja

Pan od gruzełków

Po sukcesie Mikrotyków przed drugą książką Pawła Sołtysa stało nie lada wyzwanie, by nie sprawić zawodu odbiorcom zachwyconym debiutem, ale i wrażenia powtórki sprawdzonej formuły. Nieradość, zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, wychodzi zwycięsko z korespondencyjnej potyczki z nagradzanym zbiorem sprzed dwóch lat. Jest inny, mniej warszawski, sięgający po nowe tematy, a przy tym, moim zdaniem (bo zdania wśród recenzentów najwyraźniej podzielone), co najmniej równie udany. Rozpoznawalny już styl Sołtysa nie wyblakł. Fraza trzyma się mocno, nawet zwłaszcza gdy świat się rozpada. A autotematyczne rozważania przeplatają się z opowiadaniami silniej narracyjnymi, z rozpisanymi w detalach relacjami z wydarzeń.

Mamy tu fantastyczny obraz postaci, które wypadły z opowieści jak z pociągu (Ballada martwego poety w marynarce), co jakiś czas autor proponuje też… przypisy, a czasem od środka rozsadza historię sam bohater, nadświadomy tego, że jest fikcyjny (noirowe Opowiadanie). Co się robi, gdy się zostało pisarzem to środowiskowa satyra, ale i ilustracja (nie)mocy języka, gdy słowiańskie myśli nie chcą dać się ująć w kulawą angielszczyznę pisarza będącego w trasie. Są też fantastyczne historie pozbawione metakomentarzy, ale niepozbawione gęstej literackości. Już drugi tekst w Nieradości, Czerwiec, przenosi nas do galicyjskiego miasteczka w latach pięćdziesiątych XX w. i do barwnej palety postaci widzianych oczami małego chłopca, w tym braci Krzemyków, porównywalnych do Humphreya Bogarta, Gregory’ego Pecka, Zbigniewa Cybulskiego – na niekorzyść tych ekranowych herosów. Niedynek jako sceneria zdarzeń powróci jeszcze w opowiadaniach Z góryMućka, robiąc z tej miejscowości wielowymiarowy mikrokosmos. Niemal namacalny, nie tylko dzięki frazom tak obrazowym, jak ta z Czerwca: „Pan Ryś wyglądał jak samobieżny pączek”.

Poza Niedynkiem w tekstach z Nieradości powracają też bohaterowie. Wielopokoleniowa rodzina sportretowana w opowiadaniach Kot RysioPani Halszka aż się prosi, by czytelnik domagał się o niej powieści Sołtysa. Ale równocześnie trzeba sobie powtarzać, że rezygnacja ze współgrających z krótką formą niedomówień przyniosłaby tu chyba więcej strat niż zysków. Poza dziadkiem, babcią i panią Halszką w Nieradości jest więcej postaci, które mogłyby o sobie powiedzieć słowami narratora opowiadania Atargatis: „Ja ile mam lat? No, już prawie wszystkie”. To choćby umierająca w szpitalu tytułowa bohaterka Grażyny czy wspominająca życie u jego schyłku narratorka opowiadania Fik. Nie bez powodu obok wskazania w wywiadach na znaczenie tytułu Nieradość jako uczucia niebędącego ani szczęściem, ani wielkim smutkiem przywołuje Sołtys przysłowie „starość nie radość”.

Osadzenie opowiadań w przeszłości lub oddanie głosu tym, którzy mają we wspomnieniach wiele dekad, pozwala pisarzowi na umieszczenie tej prozy w historycznym konkrecie, ale to historia przefiltrowana przez pojedyncze biografie – a czasem, by użyć pięknej gry słownej Sołtysa ze Znaleźnego, „hihihistoria”. Kontekstów oderwanych od poszczególnego życia jest niewiele, czasem tylko przejawiają się w celnych komentarzach przestrzennych: „Widziałem go na placu Bankowym, który wtedy nazywał się inaczej, a ten Inaczej stał jeszcze na sporym cokole […]” (Miasta i wsie) czy „Jest modernizm z lat trzydziestych, są wille, miały być powojenne, a okazały się przed, taki skrawek świata” (Echo).

Ważny kontekst stanowi literatura, szerzej – kultura, ale Sołtys nie rozdziela tej sfery od tak zwanego zwykłego życia. Jest tu tekst o Charmsie (Daniił), miasta zostają scharakteryzowane nazwiskami urodzonych w nich pisarzy (Miasta i wsie), a Rückblick to opowiadanie poświęcone słuchaniu Podróży zimowej; choć Schiller, Müller i Barańczak konkurować muszą tu z „Zalewskim z trzeciego”. Sołtys w wywiadach sam obszernie wskazuje, do których pisarzy mu najbliżej, i jak bardzo się stara, by ich nadmiernie nie naśladować. Znajomość nawiązań czy podobieństw – tam, gdzie nie do końca uda się autorowi od naśladownictwa uciec – pozwala na lekturę pogłębioną, jednak i bez tego Nieradość działa, tyle tu samowystarczalnej magii zdarzeń i słów. Oczywiście nie wszystkie opowiadania wypadają równie mocno. Obok tych, od których wciąż się nie uwolniłam po ponad tygodniu od lektury, są i takie, które trochę przeszły obok mnie: Ballada marszałkowska o wyprawie do nocnego (której daleko do nasuwającej się jako kontekst Ballady o zejściu do sklepu Białoszewskiego), miniatury Jedno okno, Grudzień, Wracanie, wydające się bardziej wprawkami pisarskimi, Przedmioty jednego weekendu, w których wprawdzie pojawia się moje mało oblegane literacko rodzinne miasto, ale których koncept wbrew tym osobistym sentymentom wydał mi się dość banalny. Jednak gdy teksty te przechodzą obok mnie, ja przechodzę nad tym do porządku dziennego, bo zdecydowana większość zbioru to proza tak przekonująca i zostawiająca po sobie tak mocne wrażenie, że z tego zachwytu aż nie oczekuję perfekcji.

W wywiadzie dla „Dwutygodnika” Sołtys mówi o konflikcie między pisarzem a krytykiem, próbującym książkę „rozłożyć na części pierwsze”. Dodaje: „Pisarz chciałby być strażnikiem tajemnicy. A krytyk chciałby ją rozwiać i rozwikłać”. Autor twierdzi, że dla niego najważniejsze, by czytelnik – także on sam, gdy jest czytelnikiem – dał się uwieść. Drugą książką Sołtys dowodzi, że Mikrotyki nie były szczęśliwym przypadkiem. Nieradość także, nawet gdy stanie się przed zadaniem jej omówienia, uwodzi. Na szukaniu kluczy, „rozkładaniu na części pierwsze” te opowiadania nie ucierpią; to recenzent zostaje pokonany, rozłożony – na łopatki wobec fraz, które zostają w pamięci. Wystarczy wspomnieć o otwierającym zbiór tekście Raz. To może najgęstsze półtorej strony, jakie czytałam w całym roku.

Diagnozy Sołtysa tkwią w czytelniku, chce się je powtarzać, nawet jeśli nie są za wesołe. Wprawdzie mniej tu chyba umierania niż w Mikrotykach, ale za to więcej dochodzenia do tego etapu. By zacytować Pablopavo, piosenkowe alter ego Sołtysa: „Marni, ale jeszcze nie zmarli” (Karwoski). Aż się prosi o przywołanie zamykającego Nieradość tekstu Dwa: „Miała być retrospekcja i introspekcja, a jest kolonoskopia i gastroskopia”. A jeśli komuś gra słów nie wystarczy, niech wobec ostateczności pobawi się sylabami: „Mózg się broni, bo wie, że tym razem naprawdę. Na praw dę, na zaw sze, na pra wić się nic nie da”. A i młodsi od bohaterów Sołtysa mogą chyba podpisać się pod frazą z Raz, która powinna wejść do języka niczym „nieprzysiadalność” Marcina Świetlickiego: „Cały się czuję akapit temu”. Ale autor Nieradości, nawet gdy nie raduje, niekoniecznie przygnębia. Narratorka opowiadania Fik stwierdza, że „chwile nie czują, że będą wspomnieniami, może wtedy starałyby się bardziej”. Ale do tego chwile mają Sołtysa, który najpierw je wymyśli, a potem postara się, żeby dobrze wypadły.

Nie stawia jednak pisarz na polerowanie, stępianie ostrych kantów, lecz na wydobywanie ich znaczenia. To praca tarcia, nie gładzenia. W Balladzie martwego poety w marynarce czytamy: „Czasem zdania trą o siebie. Pozornie do siebie nie pasują. Gruzełki, nadmierności przecierają się na kurz, na odłamki. W tym odłamku, w tym kurzu trzeba grzebać, tam coś jest. Nie zawsze, ale bywa”. Nie zawsze, ale bywa – w Nieradości bardzo często. Sołtys, pozostając „zakałapućkanym” obserwatorem w Mikrotykach, staje się w nowym tomie równocześnie „panem od gruzełków”. „Panem od”, bo nauczycielem tego grzebania w kurzu. Ale i „panem”, bo autorem coraz dojrzalszym (i o coraz starszych ludziach piszącym). Nawet jeśli we wspomnianym już Karwoskim wobec określenia „pan” zżyma się: „A przecież stoisz taki młody, taki młody…”.

Paweł Sołtys: Nieradość.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2019, s. 176.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.