09/2020

Artur Dudziński

Pani Zofia

Tomkowi Sobierajowi poświęcam


1.
– Zgaszona jesień tego roku to stan przejściowy – usłyszałem. – Stan… przejściowy.

Pani Zofia ukryła twarz w prawej dłoni i zamilkła. Zdawała się drzemać w fotelu ustawionym na opak. Byle jak uczesana, w byle jakiej pozycji, jakby ogarnął ją bezwład jakiś i kazał odespać dla snu stracone noce. Siedziała matka bolejąca, Pietà nieco zmieniona: z nogą przy nodze, z ręką w poręcz wciętą, z drugą wspartą na poręczy i z twarzą w tej ręce. I nie, żeby którąś ręką lub nogą – nic. Ciało w fotel wrośnięte: nogi stopione, dłoń w twarzy, poręcz w pół nacięta. Ciało w fotelu, fotel w ciele. Bryła żałobna i rzeźba. Pani Zofia wyglądała, jak cała Polska wtedy – pacjentka z rozpoznaniem katalepsji narodowej. Patrzyłem na panią Zofię, 13 października 1983 roku w jej mieszkaniu, i nie potrafiłem uwierzyć, że zaniemogła, że… to ona.

Rozmamłanie tamtych dzionków. Ciężkie i brudne, gdziekolwiek nie spojrzeć. Grube drewniane futryny w kolorze pożółkłej bieli, podłogi z desek pokrytych warstwami czerwonej farby. Ciemnopopielate story, sprzęty i meble, których nie sposób dopasować. Niby powszechna atrofia gustu. Bylejakość nocy i dni od snów począwszy, a skończywszy na codziennych wyborach. I niedbalstwo zakorzeniane w nas przez dziesięciolecia i trwające po dzień dzisiejszy. Gradacja szarości za oknami tamtych dni. Mieszanina bieli i czerni. Czarno­‑biała melancholia gruchającego gołębia. A przed oknem: kobieta z nadziei, matka z wyboru – pani Zofia odziana w czerń. Stoi i zerka poza to, co widać.

2.

Myślę, że to, co czytałem, sprawiło, że stałem się tym, kim jestem.1


Zmierzchało. Nad bryłą żałobną i rzeźbą, tonącą w mroku pokoju, zawisło zdanie o kondycji polskiej jesieni 1983. Zawisło, niczym neon, niczym białe i wielkie skrzydła próbujące oderwać trójwymiarowy monolit, alegorię rezygnacji, od jej znaczenia, racji bytu, powodu, od źródła, od stanu wyjściowego. Słowom oczekiwania i ufności: „to stan przejściowy” przeczyło ciało zanurzone w fotelu ciężarem bezwładu i niemo wykrzykujące zniechęcenie. Nie wiedziałem, co począć, co zrobić przed ikoną prawdy i słabości obcą ze szkoły i rodzinnego domu, gdzie królowały: beztroska i niedomówienia. Pomyślałem: „Zagram na instrumencie. Pozwolę przemówić muzyce, byleby kalekim słowem lub gestem nie wtargnąć w sacrum rozpaczy, nie przerwać pani Zofii kontemplacji bólu”.

Lampka, przytwierdzona do pianina, oświetliła to, co trzeba: klawiaturę i pulpit. Sięgnąłem po tomiszcze szlagierów muzyki klasycznej albo, jak wolą inni, poważnej. Otwierając zbiór, trafiłem na Wokalizę Sergiusza Rachmaninowa, pieśń kompozytora opracowaną na fortepian solo. Mogłem kopać dalej – szukać prostych utworów Bacha, Schuberta, Brahmsa (poplamiony ciemnozielony tom zgromadził przeboje kilku epok) – ale zostałem przy Rachmaninowie wbrew lenistwu, a może na przekór krytykom twierdzącym, że muzyka Rosjanina, określanego przez nich koszmarnym epigonem, pozbawiona jest wartości. Tak dyszy pospolita zazdrość względem artysty rodem z Rosji, którego sztukę przenika rzadka namiętność. Położyłem palce na klawiaturze. Muzyka Rachmaninowa skąpana jest w uczuciach, jak pieczeń w pełniusieńkiej tłuszczu brytfannie, w uczuciach, które wpadają rzekomo w krańcowy i pusty sentymentalizm, przywodzący na myśl inną ofiarę żarłoczności krytyki: Gustava Mahlera. Przesada daje znać o sobie w popisowym gadulstwie – pianistycznym wirtuozostwie Rachmaninowa, lecz nie jest zła i nie świadczy o braku smaku, jeśli w jej obronie stają autorytety Światosława Richtera i Emila Gilelsa. Nazwijmy, Rachmaninowa i Mahlera, zanurzonych po uszy w przesadzie, kompozytorami muzyki napisanej do filmów, które powstaną w wyobraźni rozmiłowanej w dźwiękowym przerysowaniu i wyolbrzymieniu. I zwróćmy uwagę: Mahlera i Rachmaninowa się słucha, podczas gdy tak zwanych nowatorów, mistrzów zwięzłości i proporcji: Weberna, Berga i Schönberga – docenia.

13 października 1983 roku grałem przed panią Zofią zapadłą w czerń otoczenia i duchowego letargu. Prawdę mówiąc: próbowałem zmierzyć się z miniaturą tytana coraz bardziej spocony czy natłuszczony romantyzmem, rozsadzającym ramy utworu i ciała. Starałem się, ile sił, wyśpiewać genialny, jakby bachowski, porządek głosów. Ponieważ Wokalizę widziałem po raz pierwszy, omijałem poszczególne jej nuty i akordy. W muzycznym szachrajstwie pomagał mi prawy pedał instrumentu służący dyletantom do tuszowania ich braków. Do przedostatniej strony dotarłem z wypiekami na twarzy. Przerwałem grę. Zawładnęło mną spojrzenie pani Zofii: wzrok osoby wyrwanej z koszmarnego snu:

– Czytałeś Jesienina?

– Nie.

– Nie czytałeś Jesienina? Matko Boska, jakie cudne wiersze…

– Nie czytałem…

– A ja myślałam… a ja chłopcze odniosłam wrażenie, że słucham poezji, że słucham jego poezji odmalowanej dźwiękami. Matko Boska… – Pani Zofia złapała głowę w kleszcze dłoni i stanęła przed starym fotelem naciągnięta jak basowa struna pianina. – Matko Boska, jakie cudne wiersze… jakie cudne wiersze…

Miałem powody, dla których wolałem, aby nie przyłapano mnie na ignorancji. Z kolei dom pani Zofii był miejscem, w którym nie bałem się konsekwencji mojej niewiedzy. Ale o tym później.

Pani Zofia prawiła o barwności utworów poety. Porównywała rozmach poetyckich wizji do przestrzeni malarskich Szyszkina, którego prace znałem z albumu znajdującego się w zbiorach ojca. Kobieta gestykulowała jak symfoniczny dyrygent, a jej oczy rozsadzały gromy. Przyznaję, że nie zrozumiałem słów pani Zofii o rosyjskiej odmianie melancholii, o tkwiącej w owej melancholii sile destrukcji. Pani Zofia stwierdziła, że byłoby lepiej, gdyby ludzkość nie sięgała po Jesienina i zaniechała obcowania z Czajkowskim. Na koniec dodała:

– Byłoby lepiej, dla ciebie chłopcze, gdybyś czasem mnie nie słuchał.

Byłem posłuszny – nie słuchałem już pani Zofii. I jednocześnie nie widziałem rozmówczyni, choć staliśmy naprzeciw siebie. Przede mną roztaczał się obraz biblioteki: oto sterczałem wpatrzony w płot: grzbiety tomików, niczym paliki różniące się barwą i rozmiarem, przechylone na lewą stronę, łączyła żerdź alfabetu; z biciem serca sięgnąłem po piwowski palik z nazwiskiem poety, koloru przejrzałej cytryny, złapałem oburącz, odgiąłem i przecisnąłem się przez ogrodzenie, gdzie odnalazłem zapach, jakiego wcześniej nie znałem; tam, pośród ziół i jarzębiny, zauważyłem – pacholę – postronek na mej szyi: uwierał, próbowałem zdjąć; pociągnięto za sznur… delikatnie… potem mocniej… Ruszyłem…

Wysoki komin, wzniesiony nad parterowym budynkiem, wygląda jak wyprostowany i ostrzegający ludzkość wskazujący palec. Miejsce przypomina mieszkalny barak. Każda ściana w innym kolorze. Brud i graffiti. Okna za kratami. Drzwi pozbawione wyrazu zdają się nie zapraszać do środka. W dobie brukowej kostki pokrzywiony chodnik, prowadzący do budynku, sprawia wrażenie nieudolnej improwizacji. Do wnętrza, gdzie odbywa się hurtowa sprzedaż, wytrwali docierają jakoś z ukosa. Kąta prostego brak. Księstwo tymczasowości. Nic wyjątkowego: prowizorka, która w tej części Europy jest popularna i zadziwiająco trwała. Robi się coś na razie ze szczerym zamysłem dokonania zmian rychłych i ostatecznych… I nic więcej – zostaje, jak było. Prowizorka – poronione dziecię wyobraźni i niecierpliwości – jest po to, by służyć dziesięciolecia. Do rzeczonego obiektu dochodzi się z trudem, zwłaszcza gdy pada albo zbliża się czas roztopów. Nie ma gdzie nogi postawić. Mijane kałuże są jak wielkie i niezapomniane okulary generała pilnującego niegdyś naszych kroków. Jesteśmy w Poznaniu przy ulicy Opolskiej 81. W latach osiemdziesiątych adres ten wabił mnie niezależnie od pory roku i warunków. Gdyby pękła ziemia pomiędzy ulicą a owym punktem świata i uczyniła rozpadlinę nie do pokonania przez człowieka, ja, nie-człowiek, a czytelnik, osiągnąłbym ów punkt skokiem nadczłowieczym. Zrobiłbym to dla bezcielesnego uniesienia, swoistego transu, wyzwolenia z siebie, i – nieba, jakie daje lektura, o czym poucza nas Susan Sontag. W latach osiemdziesiątych mieściła się tu biblioteczna filia z paroma regałami i magicznym zapachem ukrytym w książkach. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od zapachu W stronę Swanna Marcela Prousta. W bibliotece miało początek. Pochylony nad pierwszym tomem proustowskiego cyklu doznawałem zawrotu głowy, chłonąc woń kartek pożółkłych i szorstkawych, przesiąkniętych emocjami palców, nadpalonych błyskami inteligencji upojonych oczu. Wierzę, iż stąd bierze się charakter papieru bibliotecznej książki. Z miłosnej adoracji czytelnika, który pieści stronice jak skórę uwielbionego ciała. Zostawia na nich ślinę, łzy, włosy. Oczywiście nie czytałem zawsze. Właściwie to od niedawna – powiedziałem do pani Zofii – zacząłem czytać od proustowskiego zapachu, choć to nie zapach a „smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki”2 rozsławił autora W poszukiwaniu straconego czasu. U mnie inicjujący był zapach. Zapach bibliotecznej książki. Roztoczony aromat kartek spajał koncentrację. Pobudzał fizjologiczne procesy. Mobilizował na wszystkich poziomach. Spędzałem godziny w bibliotece, snując się odurzony pomiędzy regałami: wiedziony od zapachu Marcela Prousta do Fiodora Dostojewskiego, od Tomasza Manna do Juliana Przybosia. Każdy pachniał inaczej. Zamykałem tomy, całowałem, otwierałem je i wąchałem ponownie. Odżywiałem się tą właściwością biblioteki. Miałem chęć połknąć stronice pachnące herbatnikami, słodko, duszno i ciężko zarazem, nic z czytanego nie rozumiejąc. Pokochałem literaturę przez jej wonność. Od nosa strony. Dopiero potem, umoszczony w zapachu, odkrywałem zawartość literackiego skarbca, z wolna pojmowałem treść kunsztownych zdań, niezauważenie wkraczałem do nieba, które w cudowny sposób pozwalało zapomnieć o nieznośnym ja.

Bibliotekarka, skądinąd osoba dyskretna, pytała o moje zainteresowania, gusta, szukając klucza, który miałby wyjaśnić jej tajemniczość czytelniczych wyborów. Ale ja zbywałem wysiłki tej pani nieśmiałym i grzecznym uśmiechem. Miała urodę Rachmaninowa i męski głos, nadający się do piastowania funkcji dyrektorki szkoły.

Z biblioteki pożyczałem książki woniejące najintensywniej. Zatrzymując uwagę na poziomie węchu, dostrzegłem po latach praktyki, że najgłębiej pachniały utwory, z którymi czytelnicy nie potrafili się rozstać, czyniąc je powiernikami, kompanami biesiady, a często niańkami kołyszącymi do snu, by nie powiedzieć – kochanicami. Pozycje te zawierały ślady codziennego życia: tłuste plamy po maśle, cienkie rogaliki (zarysy pozostawionych łyżeczek od herbaty lub kawy), resztki szminki do ust. Ale i podkreślenia, wykrzykniki i odręczne notatki, świadczące o byciu rozumianym przez dzieło, które rozumie czytelnika jak nikt inny, dzieło napisane przez autora nierozumianego przez nikogo i dzięki temu, a może przede wszystkim dzięki temu powstałe. Biblioteczne książki pachniały przepaścią zjednoczenia z czytelnikami. A ja badałem jakość i rozmiary owej zażyłości. Od strony nosa. Czegóż nie znajdywałem w bibliotecznych książkach. Rasowi czytelnicy – to fetyszyści.

Wychodzeniu z biblioteki towarzyszyła mi erupcja nadziei o mocy trudnej do opisania: za każdym razem, opuszczając bibliotekę, wierzyłem uparcie, że moje życie ulegnie zmianie na lepsze, ubogaci się literaturą i samo literaturą się stanie. Wielu książek po prostu nie oddawałem. Kradłem je. Tak pozostali u mnie na zawsze gentlemani słowa: Hemingway, Hłasko, Green, Jesienin, Mann i wielu, wielu innych.

…Dowiedziawszy się o Sergiuszu Jesieninie z ust pani Zofii, smakowałem jedno ze zdań Spowiedzi chuligana, powtarzając je głośno: „Zapomniane na murawach zmierzchu kosy mokną3. Zapomniane na murawach zmierzchu kosy mokną”. I była to medytacja nad natchnionym słowem piewcy, rozszerzona o medytację nad wonnym czarem stronicy. Wkraczając do jesieninowskiego ogrodu poezji, przez długi czas delektowałem się stanem piwowskiego palika, a w rzeczywistości: bibliotecznego egzemplarza z 1967 roku, znalezionego w miejskich księgozbiorach przy ulicy Lodowej. Rzecz wydawała woń słodszą od miodu i, od czasu Prousta, kojarzoną z herbatnikami. Na pierwszych stronach, z krótką przedmową Ziemowita Fedeckiego, czyjaś dłoń wypisała ołówkiem tekst w języku rosyjskim. Książeczka żyła bardziej, niż dostrzegał to w marzeniach jej autor: ujęte w kółeczka numery stron; iksy i litery naniesione długopisem i porozrzucane w tekście nieprzypadkowo; klamry obejmujące strofy; wielki wykrzyknik; okrzyki, komentarze: „bardzo dobre!”, „dobre”; a między wierszami drobnego cyklu powstałego w Moskwie (w nocy z 4 na 5 października 1925 roku) – trudne do odczytania słowo. Przy Liście do matki znalazłem siedmiocentymetrową nitkę czerwonego koloru ułożoną w znak zapytania. Piwowski tomik miał format kieszonkowca. Mogłem trzymać go palcami, chować na widok nadchodzącego nauczyciela i w czasie krótszym niż mrugnięcie wydobyć zeń wiersz. Otwierałem tomik szerokim gestem i uwalniałem strofy poety niczym ptaki, wyczekujące lotu w przestrzeni uwagi i podziwu. Nie potrafiłem rozstać się z książeczką barwy przejrzałej cytryny, na której spałem, jadłem i którą zakładałem na twarz, naciągałem sobie na głowę, jak gazową maskę, aby chroniła mnie przed falą radioaktywnej, szkolnej i pozaszkolnej wiedzy. Zacząłem patrzeć na świat przez wiersze poety, jak przez okulary ochronnej maski i z tą maską na głowie włóczyłem się nad Wartą jesienią i zimą, snując plany rewolucji, która miałaby przeobrazić dla nowego stare, smutne, to jedno bytowanie. Zachłysnąłem się Spowiedzią chuligana. Zapragnąłem być odtąd nie byle jakim chuliganem, ale chuliganem poetą, jak Sierioża. Zamarzyło mi się bycie Jesieninem. Przestałem się czesać, idąc za deklaracją poety jak za wezwaniem do boju z przyzwyczajeniami mieszczan. Odnosiłem wrażenie, iż czarny mój włos z wolna zmienia się w płowy. Paliłem fajkę. Nie myłem się kilka dni z rzędu. Jadłem byle co, byle tylko chłonąć Jesienina, oddychać Jesieninem, żyć Jesieninem i Jesieninem – pisać. Tak, zapragnąłem ongiś pisać, a pisanie – to ciężka i nieuleczalna choroba. To umieranie nad śmiertelną bielą papieru. Konanie trwające latami. Stan agonalny, w którym nie widzi się już nic w zwyczajny i ludzki sposób. Przypadkowa rozmowa brzmi w uszach powieściowym dialogiem – tajemnym zaczynem magnum opus, zdolnym zbawić padół wierzgających w mroku. Umysł w stanie literackiego rozkładu jest umysłem hieny pożerającym cudze: słowa, wspomnienia, sny i dramaty. Ciało pokonane przez skurcz tkwi godzinami w bezruchu i bezdechu – w katuszy oczekiwania na uzdrawiającą iluminację. Ta jednak zwleka. Zwleka zawsze. Zawsze jest gdzie indziej, tylko nie tam, skąd dobiega dźwięk skomlenia. Człowiek piszący jest to człowiek chory, który nie potrafi po prostu cieszyć się życiem innych i własnym w sposób bezinteresowny i czysty. Gdy nie tworzy – nie oddycha, dusi się w poczuciu straty i porażki. Ci, którzy odważyli się pisać, wiedzą, iż pisanie wyostrza świadomość, na ciele której rosną dwa, niszczące człowieka, złośliwe guzy: bezradność i samotność. Nie ma ludzi bardziej porażonych bezradnością i samotnością. I jeszcze jedno: piszący musi oddać pisaniu serce. Pisanie jest sercożercze. Ostatecznie trzeba oddać mu wszystko.

Zachorowałem na jesieninopatię: nieprzespane noce, wino w parku, łzy i rozpacz w poszukiwaniu wiersza doskonałego, który powinien organicznie spłynąć z miejsca, z którego te rzeczy wydostają się u poetów, a którego nie znajdowałem, a zaniechać szukania wiersza doskonałego i miejsca jego spoczynku nie potrafiłem. Upodabniałem się do Jesienina, ufając, iż tajemne miejsce otworzy podwoje na widok kopii rosyjskiego poety. Czego ja nie robiłem, aby przekonać zagadkowe miejsce i świat o jedynej racji mego istnienia – o tym, że ja również jestem poetą. Czego nie czyniłem, by pozostawiono mnie w spokoju i nie oczekiwano, że będę żył jak wszyscy – by zwolniono mnie z życia, tego Czarnobyla nudy i rozpaczy. Usiadłem na łóżku mojego pokoju, otoczony wizerunkami Jesienina. Sięgnąłem po listek piramidonu i przymknąłem powieki: przywołałem w pamięci scenę bergmanowskiego filmu Twarzą w twarz4: Liv Ullmann zażywa lek w odpowiedniej dawce i kładzie się na wznak w oczekiwaniu końca. Wydaje się spokojna i pogodzona. Sięgnąłem po drugi listek piramidonu. Następny. Położyłem się na lewym boku. Czekałem. Na zewnątrz szalała burza. Ze mną nie działo się nic szczególnego. Tajemne miejsce milczało. Słowa pożegnalnego wiersza odleciały lotem spłoszonych nietoperzy. Nikt nie zapukał do drzwi. Samotność i bezradność poczęły dusić mnie jak dwie ręce psychopaty. Krople deszczu, które poczułem na ustach, miały smak soli. Przewróciłem się na drugi bok i umarłem…

Płacz mamy i moje torsje wydały mnie na świat po raz drugi. Ogród pachniał nowym życiem. Szedłem między pierwszymi kwiatami roku, czując gorączkę ziemi i ciała. Słońce strząsało ptakami krople deszczu, spłukiwało sól z mojej twarzy i wywołujące dreszcze obrazy pamięci. Stanąłem przed starą gruszą. Objąłem ulubione drzewo. Przytulony do szorstkiej kory oddychałem przez stopy do życiodajnych korzeni gruszy i odczułem, być może i w przybliżeniu, owo biblijne: „Jestem”. I od zapachu tamtej godziny, świata stworzonego dla mnie na nowo, nie potrafiłem powrócić do słodszej od miodu i od czasu Prousta niezmiennie kojarzonej z herbatnikami, dusznej i ciężkiej zarazem, przy zdumiewającej lekkości, rzeczywistości jesieninowskiej poezji.

Lubiłem bibliotekę przy ulicy Opolskiej. Na ulicy Osinowej zlikwidowano dział poświęcony wielkiej literaturze światowej. Wszystkim Musilom, Dostojewskim i Proustom podziękowano. A kiedy trafiłem do maleńkiej filii nr 29 na ulicy Ściegiennego i zapytałem o Pijaka Fallady – w Poznaniu były trzy egzemplarze powieści – bibliotekarka odpowiedziała:

– Tego już nie ma.

Wiele lat później i w całkiem innych okolicznościach usłyszałem zdanie:

– Te książki są do wyrzucenia.

Stałem przed kolorowym i sięgającym kolan stosem. Ułożone byle jak, odmienne kształtem i charakterem okładek tomy tworzyły papierową rzeźbę. Pochyliłem się nad pozycją wieńczącą konstrukcję niepotrzebnych nikomu stronic i odczytałem: „Thomas Bernhard”. Tytuł: Suterena. Na spodzie, na miejscu cokołu, tkwił Kontrabasista Patricka Süskinda. Zrobiło mi się żal. Zrobiło mi się żal długich lat, miesięcy, nieprzespanych nocy, przetapianych w alchemicznej gorączce kreacji w formy kunsztownych zdań przez artystów słowa, którzy spodziewali się może łaskawszego losu dla ich dzieła. Zapytałem:

– O co chodzi z tymi książkami?

– Nie pasują do kolekcji.

Choć biblioteki upadają, ludzie nie przestają czytać. Choć czytanie upada, ludzie nie przestają chodzić do bibliotek. Chwała im za to.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.