10/2019

Henryk Waniek

Czerwony Kapturek z jaśniejącą brodą

Ten bilans sporządziłem już jakiś czas temu, ale teraz przypomniał o sobie na wiadomość o śmierci pana Tadeusza K. Z kilkudziesięciu mniejszych lub większych moich tekstów opublikowanych w „Twórczości” jakieś trzy czwarte poświęcone były zmarłym przyjaciołom lub bliższym czy dalszym znajomym. Tłumaczyć sobie tego nie muszę, bo wiem, że to tylko dług spłacony z opóźnieniem i nigdy w całości. Poza tym całe nasze życie jest pełne zmarłych. W pomieszczeniach redakcji jest ich co niemiara. Pamiętam, jak– jeszcze żywi – wypełniali je drżeniem, w którym chciało się uczestniczyć.

Pan Tadeusz był z tych, którzy tam wnosili kroplę intelektualnego szaleństwa, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Przyglądałem się temu, na- i podsłuchiwałem, podczytywałem z uznaniem. Moja do niego sympatia zbliżała się małymi kroczkami, z poczuciem pewnego dystansu, bo choć znacznie młodszy, robił wrażenie nieco starszego, w znaczeniu wiedzy i doświadczenia. Przede wszystkim zaś w zakresie myślowej swobody. Miała też do przekroczenia ten jego głos, bynajmniej nie apodyktyczny, choć ustawiony trochę ex cathedra, zanim zorientowałem się, że należy on do repertuaru dowcipów – a poczucie humoru zawsze miał w pogotowiu – jakby trochę z samego siebie pokpiwał, choć przecież bez wątpienia brał serio.

Ale to nie w redakcyjnym gwarze, który zawsze trąca jakąś licytacją, postrzegałem Tadeusza Komendanta bardziej odsłoniętego i natchnionego. Jak choćby wtedy (kiedy?) na Krakowskim Przedmieściu. W ręku trzymał koszyczek wiklinowy i trochę wyglądał jak Czerwony Kapturek wybierający się z wizytą do Babci. Przypadkowe spotkanie sprawiło nam obu radość, którą uczciliśmy piwem w pierwszej knajpce, jaka się nawinęła. Pomijając ten koszyczek, piwo i zgodność nastrojów, wszystko odbyło się w barwach Georges’a Bataille’a, a szczególnie sławetnego Collège de sociologie, które na jakiś czas tak zawróciło w głowie Walterowi Benjaminowi. Komendant był niewątpliwym koneserem Bataille’a, ale czy rzeczywiście jego idei ekonomicznych, tego już nie mogę potwierdzić, bo się na tym nie znam. Jednak panu Tadeuszowi całkowicie wystarczała ekstrawagancja Historii oka. Był tego cały wykład, bo chyba właśnie wtedy pracował nad jej przekładem.

Coś podobnego zdarzyło się w Gdańsku podczas konferencji zorganizowanej tam przez nieodżałowanego Andrzeja Chojeckiego. Nosiła tytuł Twarz i odbyła się w listopadzie 2000 roku. Przy skromnym biesiadnym stole miałem Komendanta za sąsiada i mogłem stwierdzić, że choć smakosz, potrafił żywo debatować z pełnymi ustami. Przy tej okazji naszą uwagę zdominowała ta dziwna odmiana nadrealizmu, zabarwionego okultyzmem, jaką André Breton praktykował już po drugiej wojnie światowej. Inna rzecz, że cała ta konferencja była istnym koncertem intelektualnych treści na wszelkie tematy, z którego w pamięci pozostaje podniecający chaos.

Inaczej mi się zapisało spotkanie na katowickiej sesji poświęconej Hansowi Bellmerowi, jaką zorganizował Andrzej Urbanowicz w marcu roku 2002. Nie jestem pewny, czy podczas sesji Tadeusz Komendant skupił się na Madame Edwarda, czy raczej na rysunkach (ilustracjach?), jakie dla tej książki sporządził Bellmer. Ale już poza sesją, w ściślejszym gronie przedstawił koncepcję transgresyjnej przestrzeni bellmerowskiej, która doskonale rymowała się z powieścią Bataille’a. Był to wieczór, a właściwie prawie cała noc wzajemnego nakręcania się uczestników tego gadania, które gdyby zostało nagrane, nie rozwodniłoby się z upływem czasu. Jaka szkoda! Pamiętam, że wspominający to długo Urbanowicz niewątpliwie uległ magnetyzmowi Komendanta i widział w nim sprzymierzeńca w swoich projektach, z większości których nic zresztą nie wyszło.

Wypadałoby tutaj napisać kilka słów o tekstach Tadeusza Komendanta, po których lekturze zwykle kręciłem głową z podziwu. Ale one są tym, co pozostało po nim na trwałe – wydrukowane czarno na białym, więc to niech napiszą raczej ci, którzy je pilniej czytali, a mniej kręcili głową. I dlatego dodam już tylko, że zawsze jako autor czułem w nim wsparcie, a gdy trzeba było, zachętę i dobrą radę. Tego mi zapewne najbardziej będzie mi brakowało – jego życzliwości.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.