10/2019

Anna Nasiłowska

Portofino

Tadeusza Komendanta poznałam pewnie w 1979 roku, gdy po ślubie z pierwszym mężem sprowadziliśmy się do wynajętej kawalerki na Sobieskiego, naprzeciwko Instytutu Psychoneurologii. Tadeusz mieszkał niedaleko, po przeciwnej stronie alei, przy Portofino. Znaliśmy się pewnie już wcześniej, z jakiś imprez, jak się wtedy mówiło, „młodoliterackich”; on debiutował w „Nowym Wyrazie” w 1973 roku, ja – stosownie do różnicy wieku – w tym samym piśmie w roku 1977, jako poetka, ale w 1979 roku byłam już raczej postrzegana jako krytyczka literacka, choć nikt jeszcze nie używał takiego określenia w formie żeńskiej. Spotykaliśmy się przypadkiem, w autobusie i z tego wynikały wizyty na Portofino. On raczej u nas nie bywał, chodziło się do niego. Telefonów nikt wtedy nie miał, Stegny były nowym osiedlem, termin podłączenia numeru liczyło się na dziesięciolecia, a o komórkowych nikt nawet nie śnił. Nie jestem zresztą najlepszą osobą do relacjonowania życia towarzyskiego na Stegnach, które było wtedy bardzo intensywne; w połowie 1980 roku wyprowadziłam się na Ursynów, gdzie telefonu jeszcze bardziej nie było.

Pamiętam, że gdy byliśmy po raz pierwszy u Tadeusza, zamajaczyła na krótko postać jego żony. A może to był tylko szlafrok, bardzo damski, ale drapieżny, w panterkę. Potem na Portofino były koty i różne ciekawe kocie historie. Tadeusz mi opowiadał, że jego kot ma zwyczaj polowania na balkonie na gołębie, a gdy jakiegoś uda mu się złowić, przynosi go do pokoju i drze, póki całe pierze nie zostanie odarte. Nie można mu odebrać gołębia? – pytałam. Nie, to nie wchodzi w grę. I jak już go oprawi – trzeba mieszkanie oczyścić z krwi i unoszących się piór, które są wszędzie. Ja potem też miałam koty, z początku bałam się, że coś podobnego nastąpi – ale żaden z moich kotów nigdy nie urządził takiej jatki. Może nie te balkony.

Kot to zwierzę terytorialne, indywidualistyczne i z trudem akceptujące zmiany. Kto wybiera kota – ten skłania się ku introwersji, wybiera dom i stałość jako swój azyl. I rzeczywiście, wiele zmieniało się wokół, następowały dramatyczne zwroty historyczne, ale Tadeusz zawsze trwał na Portofino, w tym samym mieszkaniu. Kilka lat temu po jakiejś konferencji byłam znów u niego i nie zmieniło się nic. Były kanapy do siadania, takie integrujące, sprzyjające rozmowie, podawał znakomite jedzenie, które sam przyrządził, a ja trwałam w zdumieniu, że jest tak samo. Wielu moich kolegów, których pamiętam z lat siedemdziesiątych, nie przypomina siebie samych z młodości. Jeżdżą jakimiś dobrymi samochodami, stali się politykami albo byłymi politykami, bohaterami medialnych afer, ludźmi mediów lub biznesu. Jeśli żyją, to od transformacji ani im w głowie uprawiać krytykę literacką.

Z tamtego ostatniego spotkania na Portofino zapamiętałam tartę z grzybami. To nie jest byle jaki element życia, coś mało istotnego. Kto ceni dobrą kuchnię, ten kocha życie; kto sam umie gotować – ten rozumie, czym jest dom; kto gotuje dla innych – zna wartość gościnności. Te grzyby zostały w odpowiednim czasie zebrane, zamrożone i czekały na właściwy moment. Spotkanie tchnęło spokojem: oto jestem w tym samym miejscu, co trzydzieści kilka, niemal czterdzieści lat wcześniej, jesteśmy starsi, ale mądrzejsi, napisaliśmy ileś książek, nadal robimy to, co wybraliśmy, rozmawiamy. No i nauczyliśmy się kuchni francuskiej, a więc – tarta.

To wyjątkowe. Wokół urodzonych w latach pięćdziesiątych co dziesięciolecie zmieniało się wszystko, całe otoczenie polityczne, układy literackie i cały – mówiąc po Foucaultowsku – dyskurs publiczny. Lata siedemdziesiąte, okres pierwszej „Solidarności”, stan wojenny, trudne próby wybicia się na jaką taką normalność w nienormalnym i histerycznym czasie, potem transformacja, lata dziewięćdziesiąte… Będąc wciąż w tym samym miejscu, uprawiając to samo – raz lądowało się na głębokim marginesie, raz w podejrzanej pół-szarości, ale nigdy – w żadnym centrum. To zresztą ma swoje zalety.

Z Tadeuszem wiąże mnie także udział w dwóch inicjatywach, o których niedługo nikt nie będzie pamiętał. Pierwszą była Sekcja Krytyki Literackiej Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza. Działała od 1984 roku. Odpowiednie dokumenty znajdują się w Archiwum PAN, sama je tam zaniosłam, wiedząc, że za pewien czas (mniejsza z tym, jak długi) zostanie po mnie dużo papierów, a moje córki nie będą wiedziały, co z nimi zrobić. Po wprowadzeniu stanu wojennego życie kulturalne zamarło, pierwsze próby przywrócenia go obywały się wielotorowo: pojawiły się podziemne pisma, ale także ożywił się KIK, organizowano Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej w kościołach. To było zupełnie nowe dla wielu – mówić z ambony… Pamiętam, że rozmawiałam z Tadeuszem w KIK-u na Kopernika na początku lat osiemdziesiątych, wtedy pierwszy raz zauważyłam, że zdarza mu się wypić za dużo. Wtedy nie trzeba było być człowiekiem intensywnej wiary, by pokazywać się w KIK-u, wystarczyło – zwykłym, niezależnym inteligentem, potem się to zmieniło.

Moja – zawodna – pamięć podpowiada, że za ideą powołania Sekcji Krytyki stał Janusz Maciejewski. Nie działał PEN Club (do 1988 roku), zawieszono ZLP i przywrócono go w niemożliwej do zaakceptowania formule neo-ZLePu. Statut zasłużonego Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza, które odblokowano jako organizację nie polityczną, przewidywał tworzenie sekcji. Nagle w Warszawie (a także w innych miastach) pojawiła się ponad setka krytyków literackich chętnych do dyskutowania i spotykania się. Było to coś pomiędzy dawnym Związkiem i PEN-em. W Warszawie spotkania odbywały się na Polonistyce, w sali po lewej, która jeszcze nosiła imię i ozdobiona była tak zwanym „pół-główkiem” Jana Zygmunta Jakubowskiego. Były tłumne.

Warszawski Zarząd Sekcji Krytyki składał się z Marii Dernałowicz, Romana Zimanda, i dwojga „młodych”, czyli Tadeusza i mnie, przy czym ja pełniłam funkcję sekretarza, a Tadeusz – skarbnika. Zdaje się, że bardzo tej funkcji nie lubił. Do moich obowiązków należało rozsyłanie (pocztą, oczywiście, zwykłą) zaproszeń na spotkania, z czym – wobec całkowitej niedostępności kserografu, nie mówiąc o możliwości druku – radziłam sobie tak: w moją maszynę Łucznik wkręcałam cztery strony papieru z kalką, przepisywałam kilkukrotnie tekst zaproszenia, kroiłam na mniejsze, składałam, zszywałam zszywaczem biurowym, wypisywałam adres, i naklejałam znaczek, oszczędzając na – również mało dostępnych – kopertach. Wielkim przeciwnikiem tego systemu był Andrzej Biernacki, który miał swoje porachunki z urzędem pocztowym: powiadamiano go o nadejściu „druku nieznormalizowanego” i zmuszano do osobistego odbioru. Nie pamiętam, kiedy i dlaczego inicjatywa ta rozsypała się, pewne jest, że ani przedtem, ani potem Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza nie miało już ogólnopolskiej Sekcji Krytyki Literackiej z oddziałami w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu. Oficjalnie Towarzystwo zamknęło Sekcję na zjeździe w 1992 roku. Gdy w 1989 roku tworzono Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, klucz Sekcji Krytyki nie posłużył do niczego.

Druga inicjatywa to okres po 1989 roku. Tu odpowiednie zapisy można znaleźć w obszernych dziennikach Ryszarda Matuszewskiego, które w postaci maszynopisu zostały przez córkę złożone w Bibliotece Narodowej w Zakładzie Rękopisów przy pl. Krasińskich. Chodzi o Association Internationale des Critiques Littéraires i ta sprawa wiąże się także z redakcją „Twórczości”, przy której „od zawsze” działał polski oddział Towarzystwa, którego prezesem „od zawsze” był Ryszard Matuszewski. Była to jedna z organizacji, wspieranych przez UNESCO, a utworzonych (podobnie jak SEC i Towarzystwo Krytyki Teatralnej) po to, by tworzyć mosty pomiędzy odpowiednimi środowiskami kulturalnymi ze Wschodu i z Zachodu, zasypując ostry podział powstały w latach żelaznej kurtyny. Towarzystwo było francuskojęzyczne, co roku odbywało kongresy poświęcone jakimś wybranym tematom literackim, a nieocenionej pomocy udzielał Jerzy Lisowski, który starannie korygował polskie referaty. Potem materiały z kongresu ukazywały się w książce. Była to bardzo ciekawa platforma wymiany kulturalnej; Ryszard Matuszewski z zachwytem opowiadał, że tu po raz pierwszy usłyszał o postmodernizmie i o Zapiskach spod poduszki Sei Shonagon – klasycznym dziele japońskiej damy, które dużo później zostały przetłumaczone na polski. My – prezentowaliśmy zawsze polskie tematy.

Matuszewski, nie rezygnując jeszcze z prezesowania, starał się wciągać młodszych, którzy w dalszej perspektywie mogliby przejąć inicjatywę. Warunkiem była znajomość języka francuskiego, wybór osób był więc naturalny: Komendant, ja… Obie kandydatury miały swoje wady, Tadeusz, wbrew nazwisku, nie chciał niczym zarządzać, a ja miałam już trójkę dzieci. Matuszewski po osiemdziesiątce nie powinien podróżować sam, pojechał więc do Włoch najpierw z Komendantem, potem ze mną. Z Tadeuszem byli chyba w Neapolu, a że był nieco niesfornym towarzyszem podróży, Tadeusz strofował go: „Słuchaj młodszego! Masz słuchać młodszych!”.

Gdy ja zostałam prezesem Sekcji Polskiej Międzynarodowego Towarzystwa Krytyki Literackiej, jednocześnie nastąpiły dwie zmiany, międzynarodowa i polska: ujawnił się ostry konflikt ambicjonalny włosko-francuski i nasze Ministerstwo Kultury zmieniło zasady współpracy z organizacjami, żądając, by uzyskały osobowość prawną. Odeszło też od dotacji na rzecz grantów (w tym miejscu przyda się ironiczny komentarz, grant to po angielsku – dotacja). Konflikt włosko-francuski skończył się rozłamem, który zaszkodził wszystkim, ja opowiedziałam się za opcją francuską, w ten sposób powstało Association Internationale de la Critique Littéraire. Nie działało długo, gdyż w tym samym czasie UNESCO całkowicie wycofało poparcie dla organizacji kulturalnych; w Europie miało już być normalnie, inwestowanie we współpracę kulturalną Wschodu i Zachodu przestało być ważnym politycznie tematem. Zapewne niesłusznie, ale to temat na inne rozważania. Zdołałam jeszcze załatwić oficjalną rejestrację sądową dla Sekcji Polskiej, ale to było po nic…

Symptomatyczne, że w związku z Tadeuszem opowiadam o dwóch inicjatywach, które pochłonęły mnóstwo energii, ale skończyły się niczym. Takich spraw i kręcenia się w kółko – było więcej. Gdy z Adamem Pomorskim wracaliśmy 2 sierpnia po pożegnaniu Tadeusza ze Stegien na Ursynów, rozmawialiśmy o różnych niedokonaniach całej generacji. Myśl Foucaulta, zastosowana do tej zmiany, jaką przyszło nam przeżyć, podpowiada kilka ciekawych tropów. Nie jest łatwo pracować i myśleć w czasie wielkich uskoków, nieszczęścia osobiste nakładają się na zakręty ideowe, te ostatnie potęgują odczuwanie tych pierwszych, a naturalną reakcją jest głębokie zwątpienie. Tadeusza Komendanta cechowała jednak ogromna konsekwencja, dzięki temu – dostaliśmy w jego tłumaczeniu pełną paradoksów, wyzwalającą, ale i wątpiącą myśl Foucaulta.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.