10/2019

Szymon Wróbel

Tadeusz Komendant albo moje życie po korekcie

Był upalny lipiec 1993 roku. Powoli dochodziłem do wniosku, że moje życie dobiegło końca. Nie miałem pracy po zwolnieniu mnie z uniwersytetu. Pieniądze się skończyły, ostatnie, jakie miałem, wydałem na wyjazd do Wenecji. Nie wiem, dlaczego tam pojechałem, chyba chciałem jeszcze doświadczyć piekła włoskiego lata. Być może chciałem także oślepnąć od nadmiaru światła. A może chodziło po prostu o śmierć w Wenecji. Mijał rok od wydania Somnolentusa wydalacza i trzy lata od ujawnienia Kronosa pożeracza. Nie było odzewu. Świat milczał, nie oczekiwał moich publikacji. Dla uczonego świata byłem obojętnym, niemym lub gaworzącym niezrozumiałe zdania istnieniem. Wiedziałem już, że projekt o imieniu Hugo Draxler przepadł. Przeczuwałem, że jestem skazany na logoreę i oddaję się ostentacyjnej grafomanii. Myślałem głównie o samobójstwie i wyobrażałem sobie możliwe warianty samounicestwienia siebie.

Nie pamiętam dnia. Wróciłem ze spaceru z parku nad Prosną. Poinformowano mnie, że przyszedł do mnie list. Pamiętam tylko grubą, białą kopertę, a w nim list wydrukowany, a nie napisany ręcznie, jakby urzędowy, choć ręcznie podpisany. Ostatnie listy napisane ręcznie będę otrzymywał od Henryka Berezy i jeden także od Cezarego Wodzińskiego. List od Wodzińskiego dostanę wiele lat później, po ukazaniu się Galaktyk. Ten wydrukowany list, niezwykle długi, jak papirus, z połączonymi jeszcze kartkami, które rozkładały się po otwarciu niczym kaskada papieru, otrzymałem od Tadeusza Komendanta. Teraz, gdy piszę te słowa, odnalazłem go i otworzyłem raz jeszcze. Jest datowany na dzień 16 lipca 1993 roku. Druk blady, tylko podpis nadal nieskazitelnie czarny i, powiedziałbym, nieodwoływalny. Gdy teraz spoglądam na ten list, to wysiłek włożony w jego napisanie mnie zdumiewa i onieśmiela. Sam nie mam siły wysyłać młodym ludziom takich rozpisanych darów. Nie mam nawet siły czytać ich książek. Komendant miał jeszcze siłę. To był człowiek głębokiej wiary. I nie mniejszej uczciwości. Komendant nie był ateistą.

To nie był w sumie miły list, choć być może miał formę listu wyznania. Upewniał mnie w przeczuciach dotyczących mojej grafomanii. Autor przepraszał mnie za zwłokę, głównie mnie przepraszał. Tadeusz Komendant w tym liście pisał o literaturze i przepisywaniu, i o tym, że w moim „przepisywaniu” odnalazł swoje „pisanie”. Słusznie. To był list bardzo osobisty, który chciał się zakończyć na słowach: „szaleństwo mojego przyjaciela polegało…”. Nie kończył się jednak na nich. Tak, Komendant rozpoznał od razu moje szaleństwo. Bez wątpienia. Rozumiał, jak nikt inny, związek szaleństwa i literatury. Pisał, że moje pisanie „czyta” jako prośbę o pomoc i zapraszał do siebie. Tak po prostu, po ludzku. „Może z tego wyniknie coś pożytecznego” – tak napisał. Komendant to był bardzo wrażliwy, czuły człowiek.

Co z tego listu wyniknęło? Czy wyniknęło z niego coś dobrego? Otóż, wyniknęło z niego moje dalsze życie, życie „po korekcie” Tadeusza Komendanta. Redaktor Tadeusz Komendant, od tego czasu, będzie nieustannie dokonywał korekty moich wszelkich pisanych wypowiedzi. W pewnym sensie zawdzięczam mu swoje pisane życie. Taka jest prawda. Mam ten list nadal przed sobą. Przechowuję go z listami od Henryka Berezy, jednym od ojca i jednym od Cezarego Wodzińskiego. Innych listów nie przechowuję. Tadeusz Komendant miał głęboką wiarę w słowo pisane, w jego sprawczość.

W sierpniu tego samego roku odwiedziłem Komendanta w jego mieszkaniu przy ulicy Portofino w Warszawie. Nie skojarzyłem wtedy nazwy ulicy z miastem we Włoszech. Dni nadal były upalne. Czułem się tak, jakby audiencji udzielił mi sam „papież wykolejeńców” – Michel Foucault. Po przybyciu na miejsce, wysłał mnie niezwłocznie do sklepu po piwo o tajemniczej nazwie EB, które ukazało się na rynku. Innego, jego zdaniem, obecnie nie dało się pić. Do dziś piję to piwo na pamiątkę tego spotkania i gdy jest tylko okazja, kupuję właśnie tę markę. Żadnej innej. Przywiozłem ze sobą do Komendanta swój esej na temat Borgesa i labiryntów w jego Fikcjach. Tekst go na tyle zainteresował, że przeczytał, powiedział, że nic nie rozumie, a potem miesiąc poprawiał. Nie jestem pewien, czy to była Aneta Wiatr, ale osoba, która dokonywała korekty tego tekstu dla „Twórczości”, rozchorowała się pod jego wpływem. Od tego czasu Komendant będzie powtarzał, że czas poprawiania mojego eseju jest dłuższy od czasu jego napisania. Wszystkie moje teksty z Galaktyk poprawił, tj. napisał na nowo Tadeusz Komendant. Chyba liczył, że w końcu nauczę się pisać poprawnie. Nie nauczyłem się. Moje upośledzenie okazało się silniejsze od jego nauk. Przepraszam go za to. Tadeusz Komendant to był człowiek niezwykle poważny. Poważnie traktował język i poważnie traktował życie. Najpoważniej traktował mowę na temat życia. Mowa o śmierci nie była dla niego wiarygodna.

Po wizycie u Tadeusza Komendanta wycofałem się z imienia Hugo Draxler i wróciłem do imienia Szymon Wróbel. Moje szaleństwo jakby ustało, zamilkło. Nie znikło jednak. Dziś byłbym ponownie gotów na powrót Hugona Draxlera. Teraz, gdy przyjdzie mi dalej żyć bez korekty Tadeusza Komendanta, ponownie czuję się nagi, bez osłony. Jestem gotów przyjąć swoje szaleństwo raz jeszcze. Pozostałem przecież bez terapeuty. Tadeusz Komendant jako terapeuta na swój sposób kochał człowieka, a nie ludzi lub abstrakcyjną ludzkość. Tej nie lubił. Ludzi z twarzą ochraniał i im towarzyszył. Poprawiał ich, czynił ich lepszymi.

Dzięki Komendantowi stawałem się zatem Szymonem Wróblem. To on zaprowadził mnie do Pałacu Staszica i przedstawił profesorowi Staszkowi Borzymowi jako zbłąkanego pisarza, który jest jednak materiałem na filozofa. Pamiętam, jak podczas pierwszej wizyty u Borzyma Komendant wyjmuje swoje tłumaczenie Nadzorować i karać Foucaulta, które się właśnie ukazało po polsku, chcąc je ofiarować profesorowi, z pytaniem, czy już je zna? Borzym odpowiada, że zna, a nawet kupił. Na co ja wyjmuję Kronosa pożeracza Draxlera i mówię: tego jednak na pewno pan nie zna! W istocie, nie znał. Tak, w tej scenie byliśmy jak Flip i Flap lub Don Kichot i Sancho Pansa. Ludzka komedia to była wielka pasja Tadeusza Komendanta.

Właściwie niewiele się spotykaliśmy. Zgoła wcale. Odwiedziłem go jeszcze może dwa razy. Jednego dnia zawiózł mnie do Henryka Berezy. Wspominam o tym we wspomnieniu Henryka Berezy w „Małym Formacie”. Dzień także był upalny. Henryk był bardziej wyrozumiały wobec mnie niż Tadeusz. Jednak to Tadeusz dokonywał pracy redakcyjnej, Henryk jedynie ustalał ostateczną wartość dzieła. Komendant robił korektę. To on pracował. Bereza wydawał sądy lub osądy. Wysyłałem Komendantowi wszystkie wartościowe teksty, które napisałem, ciągle z tym samym pytaniem: czy byłoby zainteresowanie korektą? W zasadzie nie odpisywał, odsyłał jedynie tekst po korekcie z prośbą o akceptację. Takie były nasze rozmowy. Takie były nasze kontakty. Tadeusz Komendant popadał czasem w długie pauzy milczenia, jakby tracąc wiarę w język. Być może wtedy stawał się ateistą.

Trzy lata temu podczas kolejnej korekty i mojej pracy nad Polską pozycją depresyjną napisał mi o swojej chorobie. Wielokrotnie pytałem go o samopoczucie i stan obecny. Odpisywał lapidarnie, że lepiej. Korekt moich tekstów dokonywał jednak z coraz mniejszym entuzjazmem. Ale też moje pisanie stawało się żadne, akademickie i nawet korekty Komendanta mu już nie pomagały. W zeszłym roku przestał odpisywać. Po wysłaniu mojej propozycji druku tekstu o ateizmie, odpowiedział szorstko: „Szymonie, nie będziemy tego drukować”. Słusznie. W tym tekście nie było już Boga.

W minionym tygodniu, dnia 29 lipca, zacząłem nerwowo myśleć o Tadeuszu Komendancie. Nie wiem dlaczego. Poczułem fizyczną potrzebę porozmawiania z nim. Od samego rana szukałem jego numeru telefonu, znalazłem tylko stacjonarny. Zadzwoniłem, ale okazał się nieaktualny. Myślałem, aby napisać do Zbyszka Mikołejki list z prośbą, aby mi podał numer aktualny. Nie zdecydowałem się jednak na to. Wiedziałem, że Mikołejko pilnował mieszkania Komendanta podczas jego wyjazdów, opiekował się też kotem oraz ukwieconym balkonem, który wygrywał konkursy na najpiękniejszy balkon w bloku lub na osiedlu. Nie jestem pewny skali wyczynu. Kwiaty i koty to były dwie wielkie namiętności Komendanta. Żałuję, że się nie zdecydowałem z nim spotkać. Żałuję, że nie udało mi się ofiarować mu kwiatów, na które zasłużył. Niepokój towarzyszył mi przez cały tydzień. Nie widziałem, że choroba Komendanta jest śmiertelna. Tadeusz Komendant wierzył w mowę kwiatów i mądrość kotów.

Dnia 2 sierpnia, w piątek, podczas wizyty w hipermarkecie Tesco, otrzymałem od Anety Wiatr wiadomość: „Dziś w Warszawie żegnamy Tadeusza o godz. 17-tej w dolnym kościele przy ul. św. Bonifacego 9. Pogrzeb jutro w Suchowoli o godz. 14-tej”. Po powrocie do domu sprawdziłem w Internecie, rzeczywiście zmarł 31 lipca. Miałem zatem szansę usłyszeć go w poniedziałek. Nie usłyszałem jednak. W ostatnim liście do niego napisałem: „Tadeuszu, mam nadzieję, że masz się dobrze. W załączniku tekst z pytaniem, czy byłoby zainteresowanie «Twórczości» tym tekstem. Może tym razem zasłużę choć na odpowiedź odmowną”. Już wiem, że nie zasłużyłem na żadną odpowiedź.

W tym roku wakacje spędzałem w Portofino. Dzięki temu uświadomiłem sobie, że to niedaleko Chiavari.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.