10/2019

Jacek M. Dobrowolski

Tadeusz Komendant, jak go pamiętam

Tadeusz Komendant był człowiekiem, który wywarł wielki, a może nawet decydujący wpływ na mój rozwój. Poznałem Tadeusza, gdy byłem na drugim lub trzecim roku studiów. Był on już wtedy znanym filozofem i polonistą, gwiazdą akademii, wybitnym i legendarnym eksploratorem oraz tłumaczem najbardziej ezoterycznych i zawikłanych dyskursów, a także autorem erudycyjnych esejów i felietonów o literaturze. Zapisałem się na prowadzone przezeń warsztaty krytyczno-literackie. Pierwszym zadaniem było napisanie tekstu o Wisławie Szymborskiej, która akurat wtedy dostała nagrodę Nobla. Pamiętam, że mój esej był tak skrajnie i bezkompromisowo krytyczny wobec poezji szacownej laureatki (byłem wówczas radykalnym zwolennikiem czystego surrealizmu w poezji), że tylko wielkoduszność, otwartość i poczucie humoru Tadeusza mogły sprawić, że nie uznał mnie na wstępie za idiotę, a nawet wspaniałomyślnie zainteresował się mną i został czytelnikiem innych moich ówczesnych tworów prozatorskich, które nawet zarekomendował Henrykowi Berezie, co zaowocowało później moim debiutem w „Twórczości”. Myślę dziś, choć wtedy o tym nie wiedziałem, że gdyby nie intelektualne horyzonty Tadeusza, jego absolutnie wybitna otwartość i oczytanie w schizmatycznych lekturach, nigdy by do tego nie doszło. Nie odstręczały go nawet najbardziej eksperymentalne z moich produkcji, rzeczy, których ja sam nie byłbym w stanie dzisiaj czytać… Był to człowiek o niesamowicie subtelnym umyśle, słuchu, skłonny do czułego snucia abstrakcyjnych konceptów, mówiący eliptycznie i czasem z pytyjską wieloznacznością, zwykle z ciepłym sarkazmem i sceptycyzmem; jego mowa była powietrzna i finezyjna, wsparta pięknym, głębokim, dźwięcznym głosem i emfazą w tonie oraz niesamowitymi dramatycznymi pauzami, snuła się jak dym z jego papierosów. Arabeskowo wyplatał ulotne i wieloznaczne sensy, słowa niosły z sobą w milczeniu wszystkie swoje konotacje i otwierały czasem na niezgłębione skojarzenia. Gdy Tadeusz mówił „dziś jest św. Łucji”, to kryła się za tym cała konstelacja odniesień i kulturowo-literackich korespondencji, bez których dogłębnej znajomości nie można było całkiem zorientować się w tym, co miał na myśli, wspominając o tym fakcie z kalendarza liturgicznego. Rozmowa z nim była niełatwa; ponieważ jestem intelektualnym naiwniakiem, często nie chwytałem efemerycznych sensów zawartych, przeważnie aluzyjnie, w jego wypowiedziach i gdy wstyd mi było więcej pytać, „co masz, Tadeusz, na myśli?”, udawałem niekiedy, że chwytam, o co chodzi, chociaż chyba do końca nie chwytałem. Zdawało mi się zawsze, że to, co mówi, to tylko wierzchołek góry lodowej – większość rzeczy była niedopowiedziana, skryta w kolejnych warstwach znaczeń. Nasze rozmowy były zresztą bardziej starciem umysłowości niż ich połączeniem; przyjmowałem często wobec jego wypowiedzi rolę kontestatora i poczciwego sceptyka i tak przeradzały się one czasem w wymianę kordialnych złośliwości. Takim jednak wymianom zawdzięcza się najwięcej. Był Tadeusz, jak już wspomniałem – dopiero dzisiaj wiem dobrze, jak rzadki to dar, jak wielki dowód przyjaźni i szczodrości – wnikliwym czytelnikiem i krytykiem wszystkich moich tekstów z tamtego okresu, tzn. mniej więcej w latach 1997–2007; później już bardziej sporadycznym. Jego tłumaczenia Foucaulta były we fragmentach lepsze od oryginału. Jego eseje były jak loty szybowcowe. Nie zgłębiłem całkiem umysłowości Tadeusza, bo miał on również w sobie pewien dystans, górnolotność i podniebność, że się tak wyrażę, które bardzo ceniłem, ale trudno było latać wraz z nim; był intelektualnym samotnikiem; poza tym jego umysłowość była nieskończona i może on sam jej do końca nawet nie zgłębił, nie zdążył, trochę też się w niej pogrążył, zapadł. Ostatnimi laty nie był już tak aktywny i sławny jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to był w swoim akme, u szczytów wpływów, popularności i kreatywności, na których w pewnym momencie przestało mu jakby zależeć i z których stopniowo wycofał się do środka, w głąb siebie, pogrążając w jakiejś jowialnej goryczy, w łagodnym rozczarowaniu światem i pietystycznej hodowli subtelnych fragmentów, resztek wysokiej kultury – i w pisaniu, chyba raczej w głowie niż w maszynopisie, niekończącym się pisaniu książki o Don Kichocie.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.