10/2019

Michał Paweł Markowski

Wyrównywanie fałdu

Dwadzieścia lat temu brałem udział w pracach zespołu, który pod kierunkiem nieodżałowanego Albrechta Lemppa przygotowywał prezentację polskiej literatury na Targach we Frankfurcie. Moje zadanie, poza rzucaniem mniej lub bardziej ciekawych pomysłów oraz przywożeniu drożdżówek dla koleżeństwa, polegało na sporządzeniu kilku krótkich broszurek poświęconych polskim pisarzom, których twórczość prezentowano na targach, oraz opracowaniu kilku katalogów. Miałem jednak i inne zadanie, które sam podsunąłem Albrechtowi: autorskie opracowanie Kroniki polskiego eseju za lata 1951–2000. Książka wydana została jedynie w języku niemieckim, cały nakład rozdano w mig we Frankfurcie i ja sam nawet nie mam jednego egzemplarza. Rzecz na tym polegała, by każdy rok powojennej historii polskiej literatury przywiązać do jednego eseisty wedle tego samego schematu: co się w tym roku działo w zakresie eseju, kim jest pisarz i jak pisze (każda nota zawierała wybrany przeze mnie kawałek prozy). Zaczynało się od Jana Parandowskiego, kończyło na Joannie Pollakównie. Nie miałem wątpliwości, że Tadeusz Komendant, arcymajster eseistycznej miniatury, powinien się znaleźć w tej kronice, nie wiedziałem tylko, do jakiego roku go przypisać. Mógłby być wszędzie, bo od którejkolwiek strony by go podejść, już tam był, z tym lub innym niepodrabialnym tekstem. Rozpoznawało się jego pisarstwo natychmiast: nikt inny nie umiał tak zgrabnie połączyć dowcipu z cytatem, anegdoty z argumentem, erudycji z lekkością stylu.

Znaliśmy się, by tak rzec, na dystans. Zrecenzowałem bardzo entuzjastycznie jego książkę o Foucaulcie, on pisał o moich rzeczach w felietonach w „Gazecie Wyborczej” (która po jego śmierci nawet nie wspomniała, że należał do jej autorów), nazywając mnie w jednym z nich, jeśli dobrze pamiętam, „liberalną ironistką”, co zapewne spowodowało, że na wiele lat przyczepiono do mnie łatkę „postmodernisty”. Potem ja, w imię intelektualnej przyjaźni, podważyłem jego translatorskie ustalenia wprowadzone do książeczki Foucaulta o Magritcie (czy tak po polsku Magritte się odmienia?), on, w imię tej samej przyjaźni, zgodził się ze mną, w co nie mogłem uwierzyć, znając kurczowe przywiązanie polskich tłumaczy do własnych pomysłów. W domu u niego byłem bodaj raz. Był ogromnie dumny ze swoich kwiatów na balkonie, za które dostał osiedlowe wyróżnienie, co dziś, kiedy sam kwiaty hoduję, doceniam jeszcze bardziej niż ongiś. Ogromnie też był dumny ze swoich starannie opracowywanych żartów-konceptów, którymi strzelał podczas prywatnych rozmów i publicznych wystąpień. Pamiętam, jak na którejś z literaturoznawczych konferencji przytoczył z opowieści Edgara Allana Poe ptasi okrzyk będący znakiem przerażenia (tekeli-li) i dumnym spojrzeniem znad uśmiechniętych wąsów lustrował salę, czy wszyscy pojęli aluzję do Roberta Tekielego. Pojęli niektórzy.

Ale wracam do kroniki eseju, która po polsku nie miała okazji się ukazać. Poniżej, by sprawić przyjemność cieniowi, daję cały wpis Tadeuszowi poświęcony, w tej postaci, w jakiej został na niemiecki przełożony, łącznie z moim ulubionym kawałkiem jego prozy, w którym, tak mi się wówczas zdawało i zdaje dziś, łatwo można odgadnąć aluzje do samego pisarza, który nigdy nie stronił od mniej lub bardziej zawoalowanej autobiograficzności. Proszę pamiętać: w 1999 roku Komendant wciąż jeszcze tłumaczył Słowa i rzeczy (Rosiek wyda je kilka lat później) i nie zabrał się jeszcze do wielu tekstów, które, jak słynna książka o Don Kichocie, nad którą pracował przez dekady, nigdy już się nie ukażą. Zwróćmy uwagę na kontekst historyczny, w którym Komendant zaczął pisać o Foucaulcie: zawsze był nie na czasie, wbrew czasowi, nie w czas.

1978: Tadeusz Komendant zaczyna pisać książkę o Michelu Foucaulcie.

– Edward Stachura drukuje w „Twórczości” Fabula rasa (rzecz o egoizmie)

– Dwie książki Ryszarda Kapuścińskiego: traktat o despotyzmie Cesarz i zbiór reportaży Wojna futbolowa.

– Józef Hen pisze biografię ojca wszystkich eseistów: Ja, Michał z Montaigne…

– Ryszard Przybylski publikuje dwie książki: Ogrody romantykówTo jest klasycyzm.

– Maria Danilewicz-Zielińska przedstawia pierwszą indywidualną syntezę literatury emigracyjnej: Szkice o literaturze emigracyjnej.

– Wielki tom Romantyzm i historia Marii Janion i Marii Żmigrodzkiej.

– W podziemiu ukazują się pośmiertnie fragmenty Rozważań o wojnie domowej historyka Pawła Jasienicy.

– Bić się czy nie bić? – esej Tomasza Łubieńskiego o polskich powstaniach.

Tadeusz Komendant
eseista, krytyk literacki, tłumacz.

Ur. 14.10.1952. Absolwent polonistyki warszawskiej. Debiutował w 1973 roku w „Nowym Wyrazie” szkicem o Rafale Wojaczku. Opublikował zbiór esejów Zostaje kantyczka. Szkice z pogranicza czasów (1987, wydanie drugoobiegowe), esej monograficzny Władze dyskursu. Michel Foucault w poszukiwaniu Siebie (1994, nagroda „Literatury na Świecie”), prozę Lustro i kamień. Prywatny sylogizm (1994, pierwodruk w „Twórczości” 1990) oraz tom esejów Upadły czas. Sześć esejów i pół (1996). Tłumaczył m.in. Opowieści okrągłego stołu (1987), teksty Bataille’a, Sollersa, Derridy, Blanchota, Barthesa, Nadzorować i karać oraz Historię seksualności Foucaulta. Jest redaktorem miesięcznika literackiego „Twórczość” i pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Na łamach literackiego dodatku do „Gazety Wyborczej” ogłasza regularnie esej w rubryce Odrzucone przypisy.

W 1978 roku Tadeusz Komendant, jeszcze o tym nie wiedząc, zaczął pisać książkę o Michelu Foucaulcie. Pierwszym tego świadectwem był drukowany na łamach „Tekstów” esej System i różnica (lektura odrzuconej przedmowy), który po latach wejdzie do książki Władze dyskursu. Michel Foucault w poszukiwaniu Siebie (1994), jednej z najciekawszych i najlepiej napisanych polskich książek powojennych poświęconych myśli współczesnej. Komendant związał się z Foucaultem na długo: przetłumaczył mistrzowsko Nadzorować i karać i dwa tomy Historii seksualności, nadal tłumaczy Słowa i rzeczy. Ułożył monograficzny numer „Literatury na Świecie” (1988, nr 6) i zaprojektował dwutomowe wydanie jego pism. Na okładce książki tak się tłumaczył ze swego wyboru: „Dlaczego Foucault? Bo pisał dobre książki. Bo wielu nauczył myślenia. Bo choć był zdeklarowanym sceptykiem, kierowała nim wola prawdy. Bo z meandrów jego dzieł da się wyczytać historię intelektualną drugiej połowy naszego wieku. Bo niespodziewanym zwrotom jego refleksji mimo wszystko towarzyszyła konsekwencja: u schyłku życia stanął twarzą w twarz ze Sobą”. W 1978 roku Tadeusz Komendant jeszcze tego nie wie, ale zaczyna już powoli zbliżać się do granicy, za którą znikną fałdy i odsłoni się twarz Michela Foucaulta.


Michel Foucault, tak jak to widzę


Foucault trzykrotnie będzie próbował wyrównać fałd, trzykrotnie – bo kogut pieje trzy razy i gasną trzy świece – spróbuje coś zrobić ze Sobą.

Po raz pierwszy za sprawą szaleństwa. Najpierw będzie mu się wydawało – w zgodzie zresztą z pewnym obrazem, tworzonym przez hermeneutykę – że tam, po tamtej stronie, znaleźli się ci, których mienić można strażnikami bytu. Ale rychło przekona się, że szaleństwo to nieobecność dzieła i nie ma czego szukać w wątpliwej przestrzeni, gdzie nie tyle rogate bestie i malownicze figury zła krążą, lecz rządzi nicość i śmierć. Że – koniec końców – nasza fascynacja szaleństwem w świecie bez Boga ma w sobie coś z nostalgii oddanych do przytułku dzieci: może i mój Ojciec jest ostatnim łajdakiem, byleby był… Szaleństwo – współczesne szaleństwo – jest tylko hipostazą, mylną nazwą kreacyjnej władzy, która drzemie w człowieku.

Po raz drugi za sprawą władzy. Książkę o więzieniu i Wolę wiedzy przenika niewypowiedziane założenie: człowiek jest zasadniczo bezgrzeszny, nie ma i nigdy nie było grzechu pierworodnego i tylko zewnętrzne warunki, machinacje władzy, czynią zeń to, czym jest. Ale niebawem okazuje się, że owo wyrównanie fałdu prowadzi prostą drogą do anarchii, a to, co wydawało się świadczyć o uwięzieniu człowieka – kabotyńskie odwrócenie wiekowej formuły „dusza więzieniem ciała” – jest owym drobiazgiem, o którym subtelny intelektualista woli nie pamiętać: sumieniem.

Wiele razy próbowałem stworzyć na własny użytek psychologiczny portret Foucaulta. Dziś myślę, że wiem: jego niespożyta aktywność była desperacką próbą przebicia tej szyby (wyrównania tego fałdu), która oddzielała go od świata. Foucault, choć w swoim czasie przeciwstawiany Sartre’owi, cały czas próbował powstrzymać sartre’owskie mdłości. Dopóki nie uświadomił sobie, że więzienie jest tylko w nim i jedyne, co możemy, to ozdabiać pornograficznymi zdjęciami i wygrzebanymi po antykwariatach rycinami ściany własnego więzienia. To znaczy – estetyzować Siebie. To trzecie wyrównywanie fałdu, który okazał się niezbędny.

Właściwie estetyzował siebie od samego początku, choć dopiero na końcu swej drogi – gdy umierał na współczesny odpowiednik dżumy – być może wiedział, że łamanie tylu stołków i rozbijanie tylu talerzy było w gruncie rzeczy niepotrzebne.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.