10/2019

Zbigniew Mikołejko

Z Księgi Wyjścia Tadeusza K.

No i znowu wyszedł po angielsku, czyli tak, żeby wszyscy widzieli…

Ale umrzeć w połowie lata, w ostatnim dniu redakcyjnej pracy, to nie był najlepszy pomysł na Wielkie Wyjście.

Tego się nie robi bliskim i przyjaciołom. Tego się przecież „nie robi kotu”. Bo został w bezlitośnie pustych pokojach osiemnastoletni już chyba Kot Bambi, zwany także Bambo Negatyw, którego mu zresztą sam ongiś przyniosłem, aby go pocieszyć po utracie Kota Barnaby, faceta cudownej łagodności i – niestety – o zamiłowaniu do przeskakiwania z balkonu na balkon. Bambi tymczasem, osobnik urodzony skądinąd w podwarszawskiej wiosce Boża Wola, łagodnością długo nie grzeszył – i Tadeusz, w zwykłym dla niego nierzadko przemieszaniu rozdrażnienia, dumy i ironii, okazywał mi potem liczne rany szarpane i cięte na dłoniach i przedramionach. I po faryzejsku żądał – bo wcale nie była to propozycja rzeczywista i „nie do odrzucenia” – abym natychmiast zabrał „to zwierzę”. Dziś oczywiście Bambi, lata robią wszak swoje, jest już istotą miłą i przyjazną. Ale te puste pokoje, puste pokoje… Gdzie niebawem, bez „zadumy” z Tuwimowego wiersza, ktoś wstawi „cudze meble”.

Aha, skoro o kotach mowa: prócz Barnaby oraz Bambiego była jeszcze w mieszkaniu na Portofino i Kociczka, bardzo chora, którą trzeba było zaraz uśpić i którą Tadeusz mocno opłakiwał (nie pamiętam jej imienia). Wszystko jednak, cały ten koci korowód, z imionami zawsze na „B”, otwierał Kot Behemot, a ściślej, według ojcowsko-literackiej nomenklatury Tadeusza, Behemot Komendantowicz Myszkin, wielki i ciepły kastrat, długoletni uczestnik naszych biesiad nie tylko intelektualnych.

Mówię tyle o kotach, bo łączyło z nimi Tadeusza bardzo wiele, tak wiele, że sam być może był cokolwiek jednym z nich. W każdym razie traktował je poważnie, często nazbyt poważnie – wtedy zwłaszcza, gdy pozostawał z którymś w niewytłumaczalnym napięciu. Odzywał się w nim wówczas, wbrew znamiennej dla niego ironii – więcej: tej ironii na przekór – jakiś pierwotny przesąd, jakiś zgoła atawizm wiejskiej zielarki z Podlasia, lękającej się ciemnej, zwierzęcej magii.

Relacja taka zawiązała się na przykład między nim a moim Kotem Dominikiem – i obaj panowie nienawidzili się dziko i serdecznie od pierwszego wejrzenia. Dochodziło z tego powodu do rozmaitych scen psychomachii oraz, pacyfikowanych przeze mnie z trudem, obustronnych aktów przemocy fizycznej. Kulminacja zaś owej więzi była spektaklem, co się zowie, no i doskonałą też ilustracją sławnych Tadeusza „wyjść po angielsku”. Oto więc, gdy na jakimś przyjęciu w naszym małym mieszkaniu na Bernardyńskiej siedzieliśmy w krąg, coś tam popijając i przejadając, dobiegł nas ryk potężny: „Zabiję cię, ty kocie-sukinkocie!”. Po czym, jak w „kinie akcji”, ujrzeliśmy scenę następującą: przo­dem gnał, na podobieństwo rysunkowych zwierzątek z Disneya, Kot Dominik, a za nim, w wielkim ślizgu na macie, sunął niebotycznie wściekły Tadeusz. Sur­fing nie trwał zbyt długo i zakończył się brutalnym upadkiem na plecy i potylicę. Po czym surfer powstał z podłoża, otrzepał się z lekka, okazał rany po pazurach i wskazując na mnie oskarżycielsko palcem, wyrzucił z siebie bezwzględne: „Wybieraj! Jest przedział ludzi i przedział kotów! Wychodzę!”. I nie czekając na odpowiedź, opuścił lokal. Śledztwo, które potem przeprowadziłem, wykazało, że „pierwszy zaczął” Tadeusz, wzmożony solidną porcją „pejsachówki”, było nie było siedemdziesięcioprocentowej.

Lękał się też Tadeusz przesądnie i mojej teściowej – od czasu, gdy wróżąc mu dla zabawy z kart, sam o to zresztą prosił, wyczytała w nich, przez przypadek oczywiście, jakieś jego uczuciowe sekrety.

Takie magiczne nastroje nawiedzały mocno Tadeusza w niecnych latach osiemdziesiątych. Przez czas pewien wróżył więc sobie wówczas, dzieląc to upodobanie z moją żoną i podobnie jak ona rzucając gałązki krwawnika, z chińskiej Księgi Przemian. A potem opanowała go namiętność do stawiania pasjansów, której oddał się niemal narkotycznie. Wyrzucał to sobie bardzo i w końcu, w akcie desperackim i symbolicznym, cisnął karty do zsypu.

Był to może jeden z jego sposobów na paskudny, smętny i przepełniający beznadzieją czas stanu wojennego.

Na magicznych praktykach oczywiście się nie kończyło i pod przewodem Tadeusza – zwykle w jego mieszkaniu na Stegnach – oddawaliśmy się innym jeszcze obrzędom. Intelektualnym czy artystycznym, jak czytanie własnych tekstów, słuchanie rozmaitej muzyki czy oglądanie czeskich filmów z okresu „praskiej wiosny”, które przynosił skądś Andrzej Jagodziński. Ale nie tylko takim. Były więc i inne rytuały, bardziej karnawałowe, biesiadne. Czasem tylko bachiczne, czasem raczej smutnawe. Pamiętam jeden z nich w szczególności. Siedzieliśmy w kilkanaście osób – jakaś jesień ponura to była albo zima – na podłodze mieszkania Tadeusza, coś tam piliśmy i śpiewaliśmy chóralnie Warszawo ma, rzecz z Zakazanych piosenek, tę na melodię Miasteczka Bełz. I wówczas pojawiło się kilku Węgrów, zaproszonych przez Kasię Boruń. W osłupieniu wędrowali oni pośród nas, powtarzając: „Jak u Wajdy… Jak u Wajdy…”.

Manifestowała się w tym wszystkim, w tych obrzędowaniach naszych u Tadeusza – jak myślę teraz – swoista apolityczna polityczność, chociaż do panującego reżymu mieliśmy stosunek jednoznaczny i wrogi. Chociaż niektórzy z nas „zaliczyli” internowanie albo „zaledwie” przesłuchanie czy wyrzucenie z pracy… Sam zresztą Tadeusz, lekceważąc „godzinę policyjną”, prowokacyjnie wyszedł z domu po nocy, został pobity przez „zomowców” i wrzucony do rowu gdzieś pod Konstancinem.

Lecz w tych naszych rytualnych ekscesach i egzystencjalnych spazmach było także, być może, półświadomie raczej niż świadomie, coś z postawy, o której mówi w Antychryście tak patetycznie, więc cokolwiek nieznośnie, Fryderyk Nietzsche: „Trzeba obytym być z życiem na górach – mieć godną politowania gadaninę o codziennej polityce i samolubstwie ludów pod sobą. Trzeba zobojętnieć, trzeba nie pytać, czy prawda jest pożyteczna, czy się dla kogoś fatalnością staje… Upodobanie siły w pytaniach, do których dzisiaj nikt nie ma odwagi; odwaga do tego, co zakazane; skazane z góry na labirynt. Doświadczenie wyniesione z siedmiu samotności. Nowe uszy dla nowej muzyki. Nowe oczy dla tego, co najdalsze. Nowe sumienie dla prawd, które dotąd były nieme” (tłum. Leopold Staff).

W prywatnych takich karnawałach, w których smęt komunizmu mieszał się z gęstym papierosowym dymem oraz z naszą wolą transgresji, więc „odwagi do tego, co zakazane”, ujawniać się też musiała, jak to zazwyczaj w nich bywa, także i eironeia, czyli udawanie, czyli gra pozorów, czyli maska, czyli ironia. I to Tadeusz właśnie był – do końca nim pozostał – mistrzem ironicznych tych ceremonii, umiejętnie cyzelując je aż do bólu, ćwicząc ich skuteczność na nas wszystkich po kolei, a szczególnie na sobie samym. Okazjonalne sonety jego i inne podobne dziełka, także te prozą, spisane i niespisane, jego Zwischenrufy i szydercze stygmatyzacje, jego prowokacje słowne i językowe gesty były iście pajęcze i nie do odparcia. Przypomina mi się chociażby sytuacja, w której odkrył w dość nieokrzesanym prozaiku Aleksandrze M. gombrowiczowskiego „parobka” – i go „doświadczał” za pomocą „naszych inteligenckich fidrygałków” (a ów, prostacko broniąc się przed taką rolą, coraz mocniej i mocniej ją potwierdzał).

Później, za demokracji, gdy kolektyw nasz zaczynał się powoli rozpierzchać, obrzędowania u Tadeusza stawały się już przede wszystkim zabawą przyjemną i pożyteczną. Także wtedy, gdy dokonywaliśmy zemsty na komunizmie, biesiadując radośnie nad jego zewłokiem. Prawie nikt z nas nie brał oczywiście pod uwagę, a szkoda, ostrzeżenia Leonarda Sciascii, że „marksizm-leninizm jest już trupem, ale trupem niebezpiecznym, trupem, który strzela”. Ale Tadeusz brał to pod uwagę. „Za jeden z ciekawszych sylwestrów – pisał w 2001 roku w «Wyborczej» – uważam ten, który odbył się u mnie po wygranych przez SLD wyborach: mieszkanie dekorowały mi transparenty z napisami «Witamy delegatów i delegatki» oraz «Wróg podsuwa ci Coca-Cola» (to cytat z wiersza Ważyka, recytowanego w trakcie wieczoru); dania były proste (głównie śledzie, podawane jak w Człowieku z marmuru), a stroje organizacyjne z obowiązkowym kolorem czerwonym (furorę zrobił Antek Pawlak, który przyszedł w czapce uszatce i w kolekcji sowieckich orderów). Śpiewom i recytacjom nie było końca, szczególnym wzięciem cieszył się poemat Dziś Andrzeja Mandaliana, nikt nie wspomniał o herbertowskiej «kwestii smaku». Bo, cokolwiek by mówić, stalinizm był malowniczy i nie sądy estetyczne powodowały jego odrzucenie. […] Szczęście i nieszczęście w tym, że w przypadku stalinizmu takie zabawy (zabawy postmodernistyczne, do których moskiewscy konceptualiści przyznają się bez żenady) zaczynają być możliwe, gdy znika konotacja tych przedstawień. Konotacją symulakrów Warhola był supermarket; konotacją socrealistycznych knotów był gułag. Inaczej mówiąc: musi zniknąć wszechobejmujący lęk, który był warunkiem możliwości tych przedstawień, aby mógł się pojawić odbiór czysto estetyczny. Choć od gułagu do supermarketu długa i wyboista droga”.

Pamięć Tadeusza – muszę dodać – trochę tutaj zawiodła. Antek, owszem, zrobił furorę, nie taką jednak jak Irena Groblewska, która przyszła na imprezę w minispódniczce i autentycznych barchanowych majtkach do kolan. I to ona zgarnęła pierwsze miejsce w konkursie kostiumów.

Na ogół jednak nie rozliczaliśmy się już w ludyczny sposób z tym „symbolicznym gwałtem”, jakiego na nas dokonano. I wypieraliśmy go z pamięci, choć przecież nie dało się go wyprzeć. Na przyjęciu u Tadeusza, tuż po obronie jego pracy doktorskiej, rozbawiła nas wprawdzie profesor Zofia M., którą zmogły napoje i upały do tego stopnia, że zasnęła na długie godziny w fotelu z wikliny stojącym na balkonie (Henryk Bereza dopytywał się potem przez kilka miesięcy, czy ona nadal tam śpi). Stare widma jednak wyłaziły z tumanu: tuż przed obroną dowiedzieliśmy się więc oto, że Zdzisław Najder to były agent o pseudonimie „Zapalniczka”, a na wspomnianym przyjęciu inny jeszcze profesor opłakiwał, klęcząc przed Tadeuszem, swoje winy z Marca ’68.

A potem było już ciszej i ciszej. I coraz bardziej – by tak rzec – „osobnieliśmy”, coraz bardziej stawaliśmy się oddzielni. Coraz bardziej (współ)obecni w tekstach, nie w życiu. Aż w końcu dopadła Tadeusza choroba i radykalna, strasznie radykalna, samotność z wyboru. Jego próba wyjścia z sytuacji bez wyjścia.

A konsolacja? Jeśli już ma być jakaś, niechaj będzie znowu po nietzscheańsku, z otwarciem na „pojutrze”: „Niektórzy rodzą się jako pośmiertni”.

Bambo Negatyw, lat 18.
Fot. Magdalena Wojnowska.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.