10/2019

Grzegorz Strumyk

Za dużo, za mało

Doświadczam czegoś podobnego. – Niespodziewane, niezapowiedziane zabranie mnie w nieznane, niepoznane czyjeś życie, którego teraz nigdzie nie ma, i w tej chwili jest luka, krater, pustka większa od obecności.

Im bardziej nie mogło się kogoś poznać, nie chciało więcej, ale też odbierało się dystans przez niekończące się konstruowanie i dekonstruowanie zdarzeń, pustka jest dojmująca przez bezwzględność tamtych wyborów dzielących różnic, a nie tego, co łączy.

Pełnia życia odsłaniająca się nie w człowieku, a przez człowieka wydaje się o wiele trwalsza, gdy zatoczywszy kręgi od najdalszych do najściślejszych, znajduje w końcu swoje miejsce w braku jego, pustce po nim, w zastygłych z nim obrazach.

Jest rok 1992 i po rocznym ukazywaniu się pisma literackiego „Potop” odkrywam go dla siebie (jak można było nie zauważyć wcześniej takiego tytułu) i czytam w nim tekst Tadeusza Komendanta Zrachowane jaja Norwida (jak można było nie przeczytać tekstu pod takim tytułem), i chcę od razu wysłać redaktorowi „Potopu” Tadeuszowi Komendantowi swoją książkę Zagłada fasoli. W liście piszę „Gdyby w Potopie uratowała się fasola …”.

Na moją przesyłkę debiutanckiej książki nie nadchodzi żadna odpowiedź od Tadeusza Komendanta z „Potopu”.

Kiedy po niedługim czasie, już w redakcji „Twórczości”, pytam go: – Czy już po „Potopie”?, odpowiada: – Już po „Potopie”. Pismo po niecałych dwóch latach przestaje wychodzić, dzieje się to w czasie nie do powtórzenia, rozbłyskującej wolności w słowach i mowie, przed nadciągającym za szybko zmętnieniem i zobojętnieniem odbioru.

Słowa Komendanta zawsze pozostają ostre, lekkie, dotykające nie bez bólu ironią, i jeszcze to nazwisko, które chce się zawołać przy spotkaniu – Komendancie! Zamiast tego w kawiarni Czytelnika Tadeusz Komendant żartobliwie kończy wypowiedzi Henryka Berezy. – Wszystko było w Skierniewicach. To punkt, będący początkiem i końcem widzenia przez Henryka. Jeszcze nie wiem, że Komendant ma też takie swoje miejsce, punkt w życiu.

Dedykacja w jego książce Lustro i kamień, lektura w 1993 roku i teraz przed kilkoma dniami powtórzona, otwiera spojrzenie na Tadeusza Komendanta. Są w książce dwie dedykacje, w pierwszej napisał „[…] oglądałem się w lustrze, by nie rzec – Podobraziu […] takie moje Kino-lino” i w drugiej na sąsiedniej, tytułowej stronie „[…] literatura to prywatny, zawsze sylogizm […]”.

Dziś, po latach i po ostatniej lekturze Lustra i kamienia stawiam tę książkę przed innymi, najściślej prowadzi do swojego autora, odsłania, jak władają zmysły, co robią z nimi słowa, jak wymiana między żywym a martwym potrzebuje twardości działania. Dedykacje to jakiś bonus, dostaje się radość impulsywnej zabawy, to cały Tadeusz.

Komendant w mówieniu i w życiu jest szybki, ruchliwy, ma tak wiele myśli, że uniemożliwia to tworzenie własnych historii, trzyma się historii innych, wokół nich mówi o człowieku.

Mam kadry pamięci, jak wychodzę z redakcji „Twórczości”, z jakiejś uroczystości, spieszę się na Centralną, na wcześniejszy pociąg do Fabrycznej i przechodząc przez podwórze do bramy, słyszę za sobą śpiew Komendanta. – „Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj”. Oglądam się i widzę w otwartych oknach pokoju naczelnego stoi Komendant, za nim Bereza i Jerzy Lisowski. Odpowiadam na słowa piosenki, kładąc się na ziemi, na betonie podwórka, układając ciało w kształt strumienia. Wtedy słyszę dialog dotyczący zdarzenia, którego początkiem, zachętą do akcji, naruszeniem przewidywalnego porządku był śpiew Komendanta. Kiedy leżę płasko na ziemi, Henryk mówi: – On jest pijany. Jerzy Lisowski uspakaja: – Nie jest pijany. Komendant wywołuje sytuację, w której dochodzi do głosu prawda, że czy jest się pijanym, czy nie jest, leży się. Ani lęk, ani uspokojenie nie są w stanie tego zmienić.

Tadeusz był pulsującą osobowością, konstruowanie myśli i spontaniczność do zapoczątkowania akcji bezustannie zamieniały się miejscami w czołówce całego peletonu spraw, którymi żył. Może jedyny taki egzemplarz człowieka, nieuchwytnego, który mógł wywrócić utarte myślenie w rozmowie, nie powstrzymując się przed zabawną złośliwością, dlatego nie dawał się lubić łatwo i prosto, nie dbał przesadnie o to, choć daję sobie w tej chwili prawo do powiedzenia, że był jednym z najbardziej samotnych znanych mi ludzi i nieustannie dążył do przytulenia go przez zmysłowy świat. Czy kot był czarny, czy biały, Komendant, przypuszczam, nie umiałby wrócić do pustego mieszkania.

O takich ludziach, którzy są zawsze oddaleni od nas o pewną zakrytą przestrzeń, można powiedzieć albo za dużo, albo za mało.

Poznania nie osiąga się przez samą wiedzę bez przeżycia. Pamiętam, że przeżywałem jego odpowiedź na moje słowa zadziwienia trybem, rozmachem jego pracy. – Bez niej bym się rozpadł – powiedział.

Nie przeszedłbym nigdy do końca intelektualnymi drogami w poszukiwaniu siebie, jakie podsuwał w swoich książkach, mogę zazdrościć jego studentom stałej niepewności wiedzy o sobie przy nim, mnie fascynowała jego potrzeba naprowadzania, domyślna pomoc w rozwoju. W dedykacji książki Władze dyskursu. Michel Foucault w poszukiwaniu siebie napisał „[…] ten romans rozwojowy […]”. Musiał dobrze wiedzieć, że przerabia się taki romans w każdym przypadku przy udziale kogoś trzeciego (może to być pisarz), przy pomocy z zewnątrz.

Lustro i kamień jest jego najbliższą mi książką, prozą artystyczną, mam w niej podkreślone zdania, słowa, urywki, i jest dla mnie książką, o której pewnie tak nie myślał, że nigdzie dzięki niej nie dojdę, ale chcę przebywać w jej zdaniach, słowach, jak w tym urywku: „Stanąć należy w dystansie. Między szeleszczącą mową pól, zagajników, pastwisk a silnym ramieniem płaszczyzny. Między bezpośredniością przeżycia a sztucznym – martwym zatem – wyrazem. Między mową świata a światem mowy”.

Na koniec tych spisanych myśli o nim, przed jednym faktem zatrzymuję się zdumiony, zawstydzony swoją nieuważnością, pełen odczuć. Tadeusz Komendant wraca w wymiarze symbolicznym, duchowym i jak najbardziej cielesnym do miejsca narodzin, do Pokośna, Suchowoli, miejsca przemian opisanych w Lustrze i kamieniu. To prawda, nie pracował na swoją legendę, ale tym niezapowiadanym, nic mi o tym nie wiadomo, powrotem do ojczyzny, punktu zmysłowych i literackich narodzin nie pozwoli mi o sobie zapomnieć. Po doznawanych radościach życia w szerokim świecie wraca do punktu – środka świata przesuniętego ze swojego życia na płaszczyznę o wiele szerszą, o której mógł myśleć, wymieniając tak często środek świata Henryka w Skierniewicach, a nie wspominając swojego w Pokośnie.

Mapa środków świata będzie dalej powstawała nawet bez literatury.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.