10/2019

Karol Płatek


Boję się tego całego znikania,
beze mnie już nic nie będzie
takie samo.

Julia Szychowiak


Właśnie tak: jeszcze jeden były student. Było to nie tak znowu dawno temu, choć wydaje się, że minęło od tamtej pory już kilka epok. Polonistyka, pierwszy rok, ćwiczenia z poetyki, wiadomo. Pamiętam to wrażenie, tę myśl: tu się coś wydarza, tu się naprawdę coś dzieje. Na samym początku żadnych przesadnie konkretnych refleksji; jedynie przeczucie, że od teraz (od tych pierwszych zajęć w sali 26) coś się zmieni, że będzie inaczej. Oczywiście nie mam prawa wypowiadać się w imieniu moich koleżanek i kolegów, którzy trafili ze mną do tej samej grupy dziekańskiej, ale jestem pewien, że nie tylko ja czułem to, co czułem. Bo to przecież było doświadczenie (doświadczanie) kolektywne – dlatego obecność liczby mnogiej wydaje mi się usprawiedliwiona.

Był bardziej. Co robił, co napisał, co przetłumaczył – tego na początku nie wiedzieliśmy. Ale już sam sposób bycia, spojrzenie, głos (tak charakterystyczny, że nie dało się go nie udawać po zajęciach, żeby zdobyć odrobinę taniego poklasku znajomych) – wszystko to zapowiadało wejście na wyższy poziom. Wtajemniczał, tak, na pewno. O literaturze mówił tak, że nagle – to oczywiście iluzja, ale za to jaka piękna – wszystkie elementy trafiały na swoje miejsca i klikało nam w głowach tak, że słychać było na korytarzu. To były wspaniałe chwile, a wiem przecież, że mój, że nasz Tadeusz Komendant – to, powiedzmy, Komendant Późny. Komendant Nieco Już Rozczarowany. Komendant Patrzący Na Nas Z Niejaką Litością. Nie wiem, jak wyglądały te zajęcia w latach dziewięćdziesiątych. Były lepsze? Może. Zapewne miał więcej cierpliwości, więcej entuzjazmu. My byliśmy już postaciami z innego rozdziału, z nowego rozdania. Lata żmudnych prób nauczenia kolejnych roczników porządnego czytania zrobiły swoje – bywał poirytowany. Jak opisać spojrzenie, które posyłał wtedy w naszą stronę? Miękkie rozczarowanie? Niech będzie.

Mówiliśmy: „Panie Doktorze”. Mówiliśmy: „Panie Profesorze”. Niektórzy nawet (bywało, bywało): „Panie Docencie”. Zawsze myślałem, że w tej mnogości, w tym pomieszaniu nomenklatury – że widać w tym pewne jego niedopasowanie do uczelnianych ram. Wiedział więcej niż większość – a ciągle „doktor”. Dla wielu osób był, bo ja wiem, cechą dystynktywną naszej polonistyki – a chyba nie do końca poważnie traktował to miejsce. Ciągle z boku – z czasem coraz bardziej. W najlepszy możliwy sposób korzystał z przywileju dostępnego naprawdę nielicznym: nic nie musiał. Stąd też pewnie to wrażenie, że zajęcia z nim to coś niezwykłego. Czuło się, że jest w tym coś niestandardowego; że to trochę wbrew prostej logice; że już niedługo nikt w taki sposób zajęć prowadzić nie będzie. Mieliśmy szczęście, tyle.

Zadziwiające jest to, jak bardzo wyraźnie wszyscy go pamiętają. Polonistów i polonistki spotyka się później w życiu w najróżniejszych miejscach, w najrozmaitszych okolicznościach. I kiedy już się spotkamy, to prędzej czy później pojawia się to pytanie: „A miałeś ćwiczenia z Komendantem?”. I jeśli tak – zaczyna się rytualna wymiana haseł zrozumiałych tylko dla nas: przerwa na jabłko, faworki chowane na zimę itd. Ta grypsera tworzy prawdziwą wspólnotę; działa ponad pokoleniami, ponad czasem.

Co nie znaczy, że naszą pamięć wypełniają jedynie te lekkostrawne grepsy. Tadeusz Komendant nie był ckliwym anegdociarzem. Przeciwnie. Kto jest przeciwieństwem anegdociarza? No tak, nie uciekniemy przed tym słowem. Przed słowem, które ostatnimi czasy wytarło się tak bardzo, że prawie nic z niego nie zostało, ale jednak wciąż jest i jakimś cudem wycierać się nie przestaje. Erudyta. Tak, był erudytą. Ale nie łże-erudytą, który opowiada w kółko te same historyjki, żeby zrobić wrażenie na mniej oczytanych czy na tych słabiej czujących polszczyznę. Znamy ten typ: filuterny uśmiech, wyćwiczone pauzy w zawsze tych samych miejscach, pewność, że po skończonym pokazie wszechwiedzy przyjdzie burza zachwytów.

Nie był taki. Jego erudycja była bardziej naturalna, organiczna. Prawdziwa. Nawet w zwykłej rozmowie ani na moment nie przestawał być wybitnym eseistą; widać było, jak przychodzą do niego nowe skojarzenia, jak otwierają się nowe furtki w wyobraźni. Gdy zadało mu się relatywnie sensowne pytanie (bo te zupełnie idiotyczne jednak najczęściej ignorował), dostawało się minimum dwie-trzy fascynujące odpowiedzi, które były nowymi wskazówkami, nowymi otwarciami, zwiastunami nowych przygód. I później się skakało – od książki do książki, od wiersza do wiersza, od słowa do słowa.

Nie trafiam w sedno. Wiem. Ślizgam się po powierzchni, nawet nie muskając rzeczy istotnych. A tak bardzo by się chciało – no, tak po prostu – wyczerpać temat, powiedzieć czy napisać wszystko. Tak by się chciało stworzyć z koślawych zdań wierne odbicie, żeby ten brak zlikwidować, anulować, zdelegalizować. Ale się nie da. Dziura jest za duża. Dziura jest zbyt potężna.

Banalne pocieszenie: zostaną książki. Niedocenione (a przynajmniej nie wystarczająco). Niedoczytane. Przeoczone. Przeoczane. Czas zauważyć.

„Tylko nić pisma, cieńsza niż powierzchnia zwierciadła, ceruje przenicowane światy”.

Właśnie tak.

Kartki wysłane przez (byłych) studentów Tadeusza Komendanta (pod pseudonimami) po ukazaniu się w „Twórczości” (2015, nr 4) Cieszę się, że.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.