04/2019

Janusz Drzewucki

Papiery Mariana Grześczaka

Znałem Mariana Grześczaka – poetę i wieloletniego redaktora „Twórczości” – dobrze, ale nie dość dobrze, bo dopiero teraz, w niespełna dziesięć lat po jego śmierci, dowiaduję się, jak bardzo, i to przez całe życie, dbał o dokumentację swojej twórczości literackiej. Nakładem Biblioteki Raczyńskich ukazał się właśnie opracowany przez Alicję Przybyszewską katalog Spuścizna literacka Mariana Grześczaka (1934−2010), który od kilku tygodni przeglądam, kartkuję, podczytuję, przypominając sobie, jakim pisarzem Marian był, jakie miał ambicje, ale też jak się nosił, jakie nosił marynarki i kapelusze, jak się zachowywał w redakcji i w Domu Literatury, jak mówił. Myślę też o tym, czego w literaturze dokonał, a czego dokonać mu się nie udało wskutek ciężkiej, by nie powiedzieć brutalnej, choroby.

Licząca dwieście pięćdziesiąt stron książka wyszła jako tom piąty serii Katalog rękopisów Ośrodka Dokumentacji Wielkopolskiego Środowiska Literackiego. Przypominam, że archiwum Mariana Grześczaka w rok po jego śmierci trafiło do Biblioteki Raczyńskich, do Poznania, gdzie przyszły poeta studiował slawistykę, gdzie zadebiutował, gdzie odniósł pierwszy sukces literacki. Na wszelki wypadek: w roku 1960 tomikiem Lumpenezje wygrał konkurs na debiut Festiwalu Młodej Poezji, a w jury zasiadały takie tuzy, jak (w porządku alfabetycznym): Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Anatol Stern i Adam Ważyk.

Okazuje się, że skrupulatnie zbierał i archiwizował wszelkie dokumenty związane z funkcjonowaniem w czasie i przestrzeni: legitymacje, zaświadczenia, zaproszenia, dyplomy, pisma urzędowe, no i rzecz jasna także fotografie. Okazuje się też, że przez niemal całe dorosłe życie prowadził notatniki, zwłaszcza w trakcie rozlicznych podróży po Polsce i świecie. Kompletował rękopisy wierszy składających się na poszczególne zbiory. Między nimi znajdziemy utwory z niewydanego tomu Łuk z roku 1962! Intrygująco przedstawia się blok fraszek i piosenek z lat 1957−1978, a także zestaw „wierszy konkretnych i drogowych” z lat 1967−1977; jak wiadomo był Grześczak jednym z prekursorów poezji konkretnej w naszym kraju.

Był nie tylko poetą, ale także tłumaczem poezji. Tłumaczył dużo, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak dużo, i to z kilku języków: z czeskiego i słowackiego, a także z rosyjskiego i hebrajskiego. Wśród przekładanych przez niego twórców niemal same wielkie nazwiska: Jaroslav Seifert, Miroslav Holub, Vladimir Holan, František Halas, Vitĕzslav Nezval, Gennadij Ajgi, Arkady Gajdar, Jehuda Amichaj, Dan Pagis. A przecież tłumaczył także poetów włoskich i tych z byłej Jugosławii, jak Izet Sarajlić. Trzeba w tym miejscu dodać: w większości przypadków był pierwszym lub jednym z pierwszych tłumaczy na język polski tych autorów.

Wiedziałem, że pisał słuchowiska radiowe, ale nie zdawałem sobie sprawy, że napisał ich aż tyle! Wiedziałem, że pisał felietony, ale nie wiedziałem, że i w „Tygodniku Kulturalnym”, i w „Literaturze”, i w „Życiu Warszawy”, a także w prasie sportowej; bo przecież był nie tylko wielkim pasjonatem, ale także znawcą sportu, w jak najbardziej olimpijskim duchu i wymiarze. Był także uważnym recenzentem literackim. Pisał o Iwaszkiewiczu i Miłoszu, Bieńkowskim i Karpowiczu, o Białoszewskim i Jachimowiczu, a także o Afanasjewie, Kruku i Międzyrzeckim. Nie pisał jednak regularnie, nie był zawodowym recenzentem, zresztą pisał te recenzje nie jako recenzent, ale jako poeta. No i te recenzje miały (i zapewne nadal mają) swoją wagę. Nikt nie potrafi docenić poety tak jak drugi – przekonany o znaczeniu własnej twórczości, wolny od związanych z tym kompleksów – poeta. Przy okazji warto zwrócić uwagę na teksty, jakie wygłosił nad grobami Herberta i Stachury, na wspomnienie o Barbarze Sadowskiej czy na laudację poświęconą Jerzemu Ficowskiemu z okazji przyznania mu nagrody im. Reymonta i na przemówienie wygłoszone z okazji dziesięciolecia Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jak wiadomo, Marian udzielał się społecznie, towarzysko, publicznie, oficjalnie i nieoficjalnie. Lwia część jego archiwum to pękate teczki związane z ZLP i SPP, a przede wszystkim setki i tysiące listów, jakie słali do niego pisarze ze wszystkich stron świata.

Raz i drugi Marian opowiadał mi, że chciał kiedyś napisać powieść, której akcja rozgrywałaby się w Warszawie w prostokącie wyznaczonym przez Aleje Jerozolimskie oraz ulice: Marszałkowską, Świętokrzyską i Nowy Świat, i że nawet zaczął ją pisać. Po jego śmierci żałowałem, że nigdy nie spytałem go o szczegóły, dlaczego tej powieści nie skończył, co spowodowało, że przerwał nad nią pracę, że przestał ją pisać? Teraz znajduję jej tytuł – Kłąb na kłąb. Pracował nad nią w latach 1972−1976. Jej fragmenty opublikował w „Miesięczniku Literackim” i w warszawskiej „Kulturze”. Cóż, na dorobek pisarza składają się nie tylko napisane i wydane książki, ale także te nieskończone, niewydane, a być może także te nienapisane. Ale tego, czego Marian Grześczak nie zdążył – chociaż planował – napisać, nigdy się nie dowiem.

Katalog rękopisów Ośrodka Dokumentacji Wielkopolskiego Środowiska Literackiego,
tom 5
Spuścizna literacka
Mariana Grześczaka (1934–2010)

Biblioteka Raczyńskich,
Poznań
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.