12/2019

Bogdan Loebl

Parking

Napisałem na kartce: „Nie szukajcie mnie” i patrzyłem, jak litery zmieniają się w bezkształtne plamy.

Położyłem dokumenty na biurku, wygarnąłem z szuflady lekarstwa, rozsypałem je na podłodze mojego pokoju i wyszedłem na ulicę.

Nikt nie otworzył drzwi ani okna i nie zawołał: „Wracaj do domu”.

Gotowy do odjazdu pociąg stał przed stacją. Wsiadłem do wagonu pierwszej klasy i zająłem miejsce w pustym jeszcze przedziale.

Jak zawsze przed podróżą dopadła mnie ochota na czekoladę, ale zamknąłem oczy i już po kilku minutach zacząłem zapadać się w grzęzawisko snu.

– Czy mogłabym pana prosić o ulokowanie na półce mojej walizki? – zwróciła się do mnie jakaś kobieta, ale nie zareagowałem na jej słowa.

– Mogłam się tego spodziewać – powiedziała.

Usłyszałem jej sapanie, a następnie bolesne stęknięcie i przestraszyłem się, że walizka wysunie się z rąk kobiety i złamie mi kark, ale dostrzegłem cztery podtrzymujące ją ręce.

– Myślałaś, że mi uciekniesz? – zapytał kobietę mężczyzna.

– Zostaw mnie, słyszysz? Bo zacznę krzyczeć – zagroziła mężczyźnie kobieta.

Miała wąskie, wypielęgnowane dłonie, przy których ręce mężczyzny wyglądały, jakby należały do drwala.

Postawił walizkę na podłodze przedziału i jego niespokojne palce zawisły na wysokości szyi kobiety.

– Idź… Jeszcze zdążysz wysiąść – poprosiła mężczyzna kobieta.

Na znak konduktora peron zamienił się w pas transmisyjny i znajdujący się na nim ludzie zaczęli uciekać przed kołami pociągu.

Domy przedmieścia przedefilowały przede mną i ujrzałem pasącą się na łące krowę, a może reklamę mleka.

Kobieta i mężczyzna milczeli.

Zamknąłem oczy i wagon zmienił się w kołyskę, którą ktoś wepchnął do rzeki.

Nie miałem wiosła, żeby sterować łódką, i wiedziałem, że utonę, gdy spadnie na mnie walizka.

Światło dnia nagle zgasło i do przedziału wtargnęła struga powietrza.

Kobieta zaczęła wrzeszczeć, najpierw w przedziale, a po chwili na zewnątrz wagonu i mimo otwartego okna zrobiło mi się duszno, i przypomniałem sobie, że nie zażyłem dzisiaj lekarstw.

Tunel skończył się i poczułem przykrą woń nieprzetrawionego jeszcze piwa, ale nie poruszyłem się i nie otworzyłem oczu.

– Nic nie słyszałeś i nic nie widziałeś, bo inaczej tu wrócę – pochylił się nade mną mężczyzna.

– Ja jestem ślepy, tylko zgubiłem gdzieś moją białą laskę – odparłem i po kilku minutach powietrze oczyściło się z woni jego oddechu.

Pociąg zwolnił i zatrzymał się na krakowskim dworcu.

Otworzyłem oczy. W przedziale byliśmy tylko ja i walizka.

Kupiłem od starej kobiety trzy znicze i bukiecik z gałązek jedliny i wszedłem na Cmentarz Rakowicki.

Od starowinki w czerni przejąłem konewkę z wodą i zaniosłem ją na wskazane przez nią miejsce. Dopiero tu zorientowałem się, że rozjaśniona dziękczynnym uśmiechem twarz wdowy, a może siostry nieboszczyka, jest młoda i ładna.

Przypomniał mi się bywalec pogrzebów, który powabnym wdowom dopóty przedstawiał się jako daleki krewny nieboszczyka, dopóki któraś nie wpuściła go pod swój dach, a gdy zaczynała napomykać o mariażu, przenosił się do innej, która również zapewniała mu wikt i opierunek.

Minąłem okazały grobowiec Jana Matejki i skręciłem w prawo.

Obok mojego odpoczywającego tu braciszka stało drzewo pozbawione liści, które dawniej zasłaniały promienie słońca ogrzewające jego grób. Teraz przykrywała go kołderka, na której rosły kwiaty, niedawno podlane; krople wody, a może łzy lśniły jeszcze na ich płatkach.

Rozstawiłem znicze na grobie brata, a w jednym z nich przeniosłem płomyk ze znicza palącego się na sąsiednim grobie.

– Mam nadzieję, że już ciebie nie boli. Że nic tu ciebie nie niepokoi. Ani kroki przechodzących obok ludzi, ani grzmoty burzowego nieba. Modliłem się do Boga, żeby przeniósł na mnie twoje cierpienia, ale Boga nie ma. Uświadomiłem sobie to, patrząc na ciebie, na małego, udręczonego cierpieniem chłopczyka, który nikogo nie skrzywdził. Ani człowieka, ani zwierzęcia. I przestałem się modlić, bo gdyby istniał sprawiedliwy i dobry Bóg, nie pozwoliłby, żeby niewinne dziecko tak cierpiało, a jeśli jednak jest, to od tej chwili nie będę już pochylał przed nim głowy, mój mały bracie, który teraz byłbyś ode mnie o dwadzieścia lat młodszy, ukończyłbyś szkołę podstawową, liceum i jakieś studia. I może, niczego się na moich błędach nie nauczywszy, ożeniłbyś się jeszcze w trakcie studiów, i mądrzałbyś po niewczasie, patrząc, jak skrzydła twojego wielobarwnego motyla wiotczeją i tracą kolory.

Poczułem suchość w ustach i umilkłem.

Gdzieś wysoko, pod samym niebem zaśpiewał skowronek i ten jego śpiew uświadomił mi, że jest on wytworem braku Betalocu, Vivace i Velaxinu w moim organizmie.

Piwo poprawiło mój wzrok i przypomniało mi smaki i zapachy młodości spędzonej w Żywcu, w którym mieszkała Wanda. Pewnym krokiem przemaszerowałem przez dworcową halę i wlazłem do dalekobieżnego pociągu.

Usiadłem przy oknie w pustym jeszcze przedziale, zdjąłem buciki, zsunąłem ze stóp skarpetki, położyłem je obok bucików, wyprostowałem nogi i zamknąłem znów słabiej widzące oczy.

Jacyś ludzie weszli do przedziału, pociąg ruszył ze stacji i zaczął mnie kołysać do snu, lecz moi ziomkowie nie pozwolili mi usnąć.

– Pańskie nogi i skarpety nie mają zapachu kwiatów – odezwał się siedzący przede mną pan.

– Bo nie wąchał pan kwiatów będących w stadium agonii – odparłem mu, nie otwierając oczu.

– Nie jest pan sam w przedziale – powiedział podniesionym głosem pan.

– Jestem sam na całym świecie, zatem również w tym przedziale – odparłem.

– No proszę, jedzie z nami śmierdzący menel-filozof – powiedział pan i zaczął się śmiać, i śmiechem tym zaraził jakąś kobietę.

– Menel-filozof, a także były bokser wagi ciężkiej – odparłem i oboje umilkli.

– Mam nadzieję, że to pomoże – odezwała się po kilku minutach kobieta, rozpylając perfumy.

– Jak przyjemnie – uśmiechnąłem się, wdychając woń świeżo skoszonej, mokrej trawy, która zmyła zmęczenie z moich stóp; krople wody ozdabiały swoim lśnieniem źdźbła trawy i igły bożonarodzeniowego drzewka, na którego gałązkach wieszałem kolorowe bombki, rumiane jabłka, pokolorowane wydmuszki jajek i świeczki osadzone w blaszanych szczypczykach, a gdy zamierzałem ozdobić aniołkiem szpic drzewka, sfrunął na niego skowronek.

Wyciągnąłem rękę i czekałem na lecące z nieba płatki śniegu, lecz natrafiłem na białą kulę dmuchawca i została z niego tylko odarta z uroku łodyga. Ale pręciki latawca utrzymywały w powietrzu białe żagielki. Ktoś pociągnął mnie za ramię i runąłem na podłogę przedziału.

– O Boże, co pan zrobił! – zawołała kobieta o twarzy bez oczu, nosa i ust.

– Ja tylko chciałem, żeby okazał bilet – spróbował usprawiedliwić się konduktor.

Zacząłem wierzgać nogami i uderzać głową o podłogę. I już sam nie wiedziałem, czy zachowuję się tak z braku Velaxinu w mojej krwi, czy tylko udaję padaczkę.

– Trzeba mu coś włożyć między zęby, bo przegryzie sobie język – powiedział jakiś mężczyzna.

– Najlepiej drewnianą łyżkę – doradziła kobieta, a ja coraz mocniej waliłem głową o podłogę.

– Niestety, nie jesteśmy w pani kuchni – zauważył mężczyzna, po czym tonem odkrywcy zawołał: – Lizak! Niech pan mu wsadzi między szczęki swój lizak!

Podłożyli mi zwiniętą marynarkę pod potylicę i ktoś chwycił w obie ręce moją głowę, a potem zaczął mi wciskać między zęby nóż albo metalowy grzebień i ja na myśl o oblepionym łojotokiem grzebieniu uspokoiłem się.

– Już mu chyba przeszło – stwierdził konduktor.

– Dla pewności wsadzę mu długopis – powiedział mężczyzna i poczułem w ustach okrągły, śliski plastik.

Spróbowałem go przegryźć i obudziłem tym ból w trzonowym zębie, więc wyplułem długopis na podłogę i spróbowałem usiąść.

– Połóżmy go na kanapie, może uśnie – powiedział mężczyzna.

Chwycili mnie za nogi i ramiona i znalazłem się na kanapie, ale już mi nie podłożyli pod głowę marynarki łagodzącej ból potylicy.

Wiedziałem, że stoją nade mną w milczeniu, jakbym był nieboszczykiem, i nie odejdą, dopóki nie dam im jakiegoś znaku.

Otworzyłem oczy.

Byłem sam w przedziale.

Usiadłem i dotknąłem potylicy, zabolało, lecz nie znalazłem krwi na palcach.

Pociąg zaczął zwalniać. Przez okno zobaczyłem lory stojące na bocznicy i pomyślałem, że nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby mnie tam szukać.

Ale po drugiej stronie wagonu stał kolejarz i trzymał w ręce młotek, więc wyszedłem na peron.

Jakaś wysoka, szczupła kobieta pożerała kanapkę i popijała ją czerwonym płynem. Wyłuskałem jej z ręki flaszkę i łyk wiśniówki przywrócił mi wzrok. Dziewczyna otaksowała mnie wzrokiem i chwyciła za rękę. Sądziłem, że idzie jej o flaszkę, lecz mi ją zostawiła.

– Wiedziałam, że wrócisz – powiedziała.

– Tak – odparłem, przyciskając butelkę z wiśniakiem do brzucha.

Znałem ten głos, ale nie potrafiłem go dopasować do żadnej ze znanych mi dziewczyn.

Przysunęła się do mnie bliżej i poczułem woń młodego, rozgrzanego ciała.

– Wypijmy tę wiśniówkę, a potem mnie bzykniesz – wyszeptała mi do ucha.

– Tutaj? – zapytałem i poczułem rosnące we mnie pożądanie.

Ujęła moją rękę i wyprowadziła mnie z peronu, a potem z budynku dworca.

Znów nic nie widziałem, ale w tej chwili nie musiałem ratować się wiśniakiem.

– Jesteś laską. Moją białą laską – zażartowałem, ale to jej nie rozśmieszyło.

Zatrzymaliśmy się przed jakąś ruchliwą ulicą i moje ślepe oczy dostrzegły dalekie, czerwone światełko.

– Straciłem wzrok, ale moje palce pamiętają twoją skórę – powiedziałem i dziewczyna naprowadziła moją rękę na swój płaski brzuch.

– Dotykaj – powiedziała. Przysunąłem się bliżej do dziewczyny, a ona chwyciła mnie za kark.

– Chce się pan rzucić pod pociąg?! – odciągnął mnie od torów jakiś mężczyzna tak gwałtownie, że omal nie upuściłem flaszki.

– Bardzo panu dziękuję – powiedziałem.

– Gdyby pana przejechał, mielibyśmy opóźnienie, a mnie się spieszy – odparł.

Pociąg przesunął się przede mną i znieruchomiał.

Miejsca przy oknie były zajęte, więc usiadłem przy drzwiach przedziału i pociągnąłem z cudem ocalałej flaszki.

Rozkapryszona dziewczynka coraz niecierpliwiej domagała się, żeby pociąg ruszył ze stacji i jak najszybciej zawiózł ją do babci, a kiedy pociąg to zrobił, oznajmiła, że pójdzie do pana maszynisty i dopilnuje, żeby jechał szybciej i zatrzymał się dopiero w Bielsku-Białej.

Siedzący obok jej matki pan zapowiedział, że jeśli dziewczynka natychmiast nie umilknie, to wyrzuci ją przez okno.

– Proszę nie straszyć dziecka, bo to może niekorzystnie odbić się na jej dorosłym życiu – zwróciłem się do mężczyzny.

Dziewczynka w kusząco króciutkiej spódniczce spojrzała na mnie i dostrzegłem obietnicę w jej oczach. Chciałem jej powiedzieć: „Jesteś zboczona, czujesz pociąg seksualny do starszych panów”, ale na myśl, że z ust jej matki może paść zabójcze słowo „pedofil”, odwróciłem od niej wzrok.

– Dlaczego ksiądz jest bez koloratki? – zapytała mnie matka dziewczynki.

– Nie jestem księdzem, proszę pani – odparłem.

– Ksiądz był u mnie po kolędzie – powiedziała.

– Ksiądz pewnie nie wierzy w Boga i prawidłowo – zauważył mężczyzna, który groził dziewczynce.

– Boga wymyślił człowiek w chwili strachu przed żywiołami – odparłem.

– Niech pan nie bluźni przy dziecku! – zawołała kobieta.

– A spryciarze przywdziali szaty kapłanów i wymyślili, że naturalne relacje pomiędzy kobietą i mężczyzną są grzechem, za które Bóg karze piekłem, a oni są przedstawicielami Boga i mogą te grzechy odpuścić, ale nie za darmo – powiedziałem i wyczerpany konstruowaniem tej myśli, chciałem się pokrzepić wiśniówką, ale moją rękę powstrzymał kłujący wzrok kobiety.

– Ten pan jest pijany, córeczko, i nie wie, co mówi – poinformowała dziewczynkę kobieta.

Znów zacząłem tracić wzrok i kusiło mnie, żeby, zanim całkiem oślepnę, jeszcze raz popatrzeć na dziewczynkę w kusej spódniczce, ale uciekłem nad moją rzekę.

Nabrałem wody w dłonie i zmyłem z oczu zatrważająco szybko postępujące ślepnięcie; znów miałem moje dawne oczy i mogłem policzyć ziarenka piasku leżące na brzegu rzeki i kamyki na jej dnie.

Odbita w lustrze wody twarz była stara, ujrzałem wyżłobione w niej zmarszczki, padłem na kolana i wzniosłem do nieba ręce, a potem napiłem się wody prosto z rzeki i poczułem, że mój żołądek, moje kiszki, wątroba i nerki, jak również nękana prostatą cewka moczowa znów są sprawne i mogę bez trudu opróżnić napęczniały pęcherz.

Ktoś trącił mnie w ramię i zobaczyłem, że ławka, na której siedziałem, a także moja lewa nogawka są mokre.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.