06/2018

Bartosz Suwiński

Peryferie i centra

Jarosław Jakubowski to czujny rejestrator tego, co wokół, tego, co dzieje się nieopodal i niepostrzeżenie. Przygląda się uważnie rzeczywistości, wydobywa z masy zdarzeń każdy szczegół, przykłada do niego odpowiednie słowo, scala w wiersz. To poeta scenek obyczajowych, zwyczajności, jaką możemy zobaczyć na naszych podwórkach. Osiedlowe garaże, gdzie chyłkiem pije się piwo, miejsca za blokami, gdzie ukradkiem można zawędrować z nadpitą butelką, pety leżące na klatce, trawniki zafajdane przez psy, trzepaki, na których z rzadka ktoś wymierza cięgi swojemu dywanowi. Sceny z wierszy Jakubowskiego rozgrywają się pędem zwyczajności – to z jednej strony, ale z drugiej strony wiersze tego poety mają wagę i ciężar, wszak poeta docenia możliwość wspólnego odprawiania rozmaitych, domowych guseł. Przeczytajmy pod tym kątem Ostatni dzień lata, łupanie orzechów:


Orzechy mają gładkie, prążkowane skorupy, a w środku

jasny, wilgotny miąższ. Chrupiemy w skupieniu,

dziadek wędruje z rąk do rąk, robi się chłodno,

zaraz pójdziemy do domu, zapalimy światło.

Autor Świętej wody to poeta bliskości, szukający oparcia w drugiej osobie, doceniający sprawy najbardziej oczywiste: przyjaźń, miłość, wyrozumiałość wobec świata, na dodatek mający większe oczekiwania wobec siebie niż wobec otaczającej rzeczywistości. W jego wierszach odzywa się cicha akceptacja tego, co jest. Poeta godzi się z losem, pokłada nadzieję w tym, co przyniesie przyszłość. Spokój poety to spokój człowieka, który ułożył sobie własne relacje ze światem i sobą samym. W jakimś sensie siebie samego udobruchał. To poeta zaprzątnięty najbliższą okolicą, peryferiami. W lesie szuka dla siebie ciszy. Dzięki niej przez chwilę można wsłuchać się we własny oddech, usłyszeć bicie serca; wpisać się w przestrzeń, poczuć się częścią większej całości. Las to miejsce, do którego bohater tych wierszy ucieka, aby odnaleźć się w kręgu życia i śmierci. Szuka tam dla siebie pokrewieństw, odrabia gorzką lekcję akceptacji własnej skończoności. Szuka podobieństw między swoim światem a światem roślin i zwierząt, tak samo przecież wydanymi na upływ czasu, a więc na zamieranie. Obserwuje krzepiący wszystko deszcz, ma poczucie, że jest na swoim miejscu. Niedziela, koniec lutego, ogołocenie:

Patrzę wyżej i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę,

że młode brzózki są u szczytów różowe. Zaskoczony

tym odkryciem powtarzam na głos: wyglądają

jak rozświetlona mgiełka, łuna bijąca z niczego.

Wzruszenia to w dużym stopniu tomik dziękczynny, pochwała rytmów przyrody, dobowych cykli, faz i fraz czasu, które stale rymują się z naszym istnieniem. Poszczególne wiersze mają w tytułach nazwy miesięcy. Mamy wrażenie czytania rocznego diariusza, portretu dwunastu miesięcy, rocznego obrotu ziemi wokół własnej osi. Ten – za Czesławem Miłoszem – „rok myśliwego” to poetycki dziennik epifanii, wzruszeń, objawień. Jakubowski to poeta niewyczerpanych źródeł podziwu dla świata, bezinteresownie mu oddany. Stający po stronie ludzi i światła. Wciąż zadumany nad bogactwem krynicy życia. Z każdego cienia dobywa światło. Kluczem do jego liryki okazuje się słowo ‘jestem’, wszak w wierszu Początek kwietnia, przebudzenie lasu czytamy:

Światło, słoneczna mgiełka w lesie, dobywająca

z cienia każde drzewo. Potem głosy, sójka, zięba, kruk,

krzyżówka i coś jeszcze, nieznane, ukryte,

ale też głoszące: jestem! jestem! jestem!

W połowie tomik zostaje przełamany. Poeta pisze o śmierci Tadeusza Różewicza. Ten wiersz jest cezurą książki. Wraz z Różewiczem kończy się pewna epoka, nic już nie będzie takie samo (nie tylko w poezji). Autor Płaskorzeźby to przecież jeden z najwybitniejszych poetów XX wieku, to pisarz, który antycypował dzisiejszy świat, jego miałkość i bylejakość. Pierwszy zdał sobie sprawę i uświadomił nam, że współczesny człowiek wszystkie treści przez siebie przepuszcza mechanicznie, że jest w tym podobny do kanalizacyjnej rury; że świat dawnych wartości odszedł w nicość, a nowi bogowie stoją na postumentach z tektury. To poeta, który szukał śladów odchodzącego Boga w pyle na sandałach, którego aporie i pytania cięły jak nóż. To on pierwszy sprowadził nas, w tak dotkliwy sposób, z chmur prosto na śmietniki, bliżej prawdy, bliżej krwiobiegu bytu. Notuje Jakubowski 25 kwietnia 2014 roku:

Po południu jak co dnia wsiadłem do autobusu

i wróciłem do domu. Było pięknie, ale

nie było już powrotu, bo wszystko się zmieniło.

Wczoraj umarł Różewicz.

Jakubowski pisze również, że nie ufa metaforom, a zamiast nich woli twarde słowo, konkretne, odsyłające do określonej rzeczy czy miejsca, np. drzewo lub trawa. To poeta namacalnych powierzchni, egzystencjalnego faktu, któremu wersy służą do wyrażania zachwytu nad możliwościami rzeczywistości. Marzy mu się wiersz skończony, w którym pod odpowiednie słowa można by podłożyć ich znaczenia i desygnaty; aby pisząc wiersz o lesie, stworzyć las ze słów. Jest to poeta doświadczenia, świata sprawdzalnego zmysłami. Zamiast językowej ekwilibrystyki, za którą kryje się brak zaufania do języka, powierza on prostemu i zwyczajnemu językowi misję wyrażania prostych zachwytów, zapachów, smaków, prawd.

Autor Generała to poeta dobrej pogody, urody chwil objawiających się i mijających niezauważenie, deszczu opadającego na rozpaloną głowę; nie wstydzący się radości z drobnych czynności cementujących uczucia, uśmiechający się do własnego odbicia w kubku kawy pitej z żoną. On wie, że gdziekolwiek by się podział, jest ktoś, kto za nim wypatruje i na niego czeka. Poeta celebrujący zamki z piasku, po których za chwilę nic nie zostanie. Ton jego poezji jest czysty i klarowny. Rzadko spotyka się autora, który nie wstydzi się wzruszeń, potrafi o nich pisać z nieukrywaną radością, starczającą nie tylko od pierwszego do połowy miesiąca.

Reasumując, Jarosław Jakubowski to poeta nieustannie gotowy na przyjęcie nieznanego; wypatrujący horyzontu zdarzeń, znajomych linii i trajektorii, nieznacznych odchyłów od normy, niuansów krajobrazu: chmur przemieszczających się z lewa do prawa i z prawa do lewa, deszczu zacinającego pod wiatr, leśnej ścieżki rozwidlającej się poza zmierzch, bo jak czytamy w wierszu Rano, początek maja:

Stawiam noga za nogą, w piachu, szyszkach,

igliwiu, które pachną tak samo jak ja za pierwszym razem.

Wyprzedza mnie chłopiec, biegnie w stronę jeziora,

Przyśpieszam kroku, ale nie dogonię go już, nie dogonię.

Jarosław Jakubowski: Wzruszenia.
Biblioteka „Toposu” –
Towarzystwo Przyjaciół Sopotu,
Sopot 2018, s. 48.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.