04/2018

Henryk Waniek

Piękne w pięknym

Bodaj w roku 2009 pisałem tu o Marianie Boguszu (Absolwent Mauthausen). Również niedawno, ale trochę później, pisałem też o Narodowej Galerii Sztuki Zachęta (Plwocina), deklarując, że więcej nie przestąpię progu tego panteonu sztuki. Nie wiem, czy nie z tego właśnie powodu niedawno obniżono tam progi. Teraz wchodzi się do Zachęty przez podziemia, jakieś restauracje, bary i zakręty, zanim się dotrze do szatni. Stwierdziłem to, łamiąc jednak moje ślubowanie. Poszedłem tam.

Powód był ważny, choć w pierwszej chwili nie chciał mi się zmieścić w głowie. Otrzymałem bowiem zaproszenie na otwarcie wystawy obrazów. Obrazów! A więc nie instalacji, performance’u, produkcji, projektu, wygłupu czy jak się teraz nazywają dzieła wszelkiej artystycznej – powiedzmy – frustracji. Nic takiego. Obrazów namalowanych zgodnie z regułą artystycznej przyzwoitości. Bo jakie są obrazy Marii Anto, sam wiem najlepiej. Jak mógłbym nie pójść na otwarcie wystawy jej obrazów?

Mówiąc dokładniej, wystawy były dwie. Na drugą składał się dorobek właśnie wspomnianego Mariana Bogusza. W jego twórczości był okres, gdy malował obrazy figuratywne i metaforyczne, mogące znaleźć się obok Marii Anto. Ale ostatecznie zniosło go w kierunku abstrakcji przestrzennej i geometrii, przy której pozostał ad dies vitae. Oboje już nie żyją. Marian zmarł w roku 1980. Marysia w 2007. Był od niej szenaście lat starszy. Oboje znałem i na dwa różne sposoby ceniłem.

Jeśli jednak idzie o Marię Anto, pamięć każe mi się cofnąć do bardzo odległych lat sześćdziesiątych. Jako zdany na rozterki adept sztuki zobaczyłem w Katowicach wystawę jej obrazów. Byłem przekonany, że działo się to wcześniej, ale nadzwyczaj solidne opracowanie Marka Meschnika (Biuro Wystaw Artystycznych w Katowicach 1949−1999) nie zostawia wątpliwości. Wystawa dwudziestu dziewięciu obrazów olejnych Marii Anto (wówczas jeszcze występującej pod pełnym nazwiskiem Antoszkiewicz) miała miejsce w kwietniu i maju roku 1966. W ciągu czterech lat od ukończenia studiów w warszawskiej ASP, a zapewne już w ich trakcie, dokładnie określiła swoją artystyczną osobowość (powiedzmy – osobność) i zdołała zwrócić na siebie publiczną uwagę. A także odniosła niemałe sukcesy na forum krajowym i zagranicznym. Dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi Ryszard Stanisławski nie wahał się wydelegować twórczości Marii Antoszkiewicz na festiwal sztuki w São Paulo już w roku 1963. Ale o tym wszystkim wtedy jeszcze nie wiedziałem. Po prostu wszedłem do sali wystawowej wprost z ulicy. I oniemiałem.

Trzeba tu przypomnieć, że w końcu lat pięćdziesiątych oraz większości sześćdziesiątych, repertuar polskich artystów do znudzenia ustabilizował się na kilku polach. Główne i dominujące stanowił dogorywający tak zwany koloryzm polski, osławiony kapizm, po którym została niezliczona ilość bohomazów. Jeszcze do tego powrócę. Innym polem był niepohamowany kult abstrakcjonizmu, świeżo importowanego z krajów zachodnich, jako wyraz postępowości i artystycznego nonkonformizmu. Resztki realizmu socjalistycznego bytowały jedynie na ugorach, podobnie jak nieśmiałe (i przez zawodowych obśmiewaczy obśmiewane) przejawy figuracji metaforycznej, poetyckiej, z braku lepszego słowa czasem kojarzonej z nadrealizmem. Obrazy Marii Anto można by od biedy umieścić właśnie w tym ostatnim przedziale, gdyby usunąć „nieśmiałość” i zakwestionować „obśmiewanie”. I – oczywiście – żaden nadrealizm.

A więc – oniemiałem. Odwaga, z jaką artystka czyniła użytek ze swojej wyobraźni prześcigała się z odważnym, nieposkromionym posługiwaniem się barwą. Krzykliwość nie byłaby tu słowem trafnym, bo obrazy Anto, ani wtedy, ani nigdy później, nie krzyczały, tylko dosadnie mówiły patrzącemu: oto jak wygląda kolor, oto czerwień, błękit, fiolet, oranż. Koloryści-kapiści, którzy pacykowali jakimś kolorystycznie niejasnym błotem, mogli jedynie spuścić nosy na kwintę. To nie oni, ale ona była kolorystką. Był w tym również niemały udział estetycznego smaku, którego nie nauczają nawet na najbardziej szacownych akademiach. I – last but not least – poetyckie dotknięcie świata przedmiotów, miejsc, chwil, postaci realnych i nie.

Obejrzałem więc tę katowicką wystawę, która okazała się doświadczeniem pedagogicznym w większym stopniu niż wszystkie tygodnie, miesiące i lata spędzone pod okiem najbardziej utytułowanych nauczycieli sztuki. W każdym razie zapadło mi to w pamięć i trwa do dzisiaj. W czasie późniejszym, choć nie za często, trafiałem znów na jej obrazy. Już przemienione w zakresie koloru, uspokojone, odsłaniające świat niby idyllicznego, niby dramatycznego snu, którym jest (może być) otaczająca nas rzeczywistość. Rozpoznawałem je bez najmniejszego wysiłku, więc mogłem się domyślać, że obecna Maria Anto jest dawną Antoszkiewicz, tylko mniej rozrzutną, jeśli idzie o barwy. Ale tak samo olśniewającą.

Osobiście spotkałem ją dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, podczas dorocznych Impresji Mikołowskich, w których stale brała udział. Myślę, że rozumieliśmy się dobrze, choćby z racji podziwu, jakim darzyłem każdą jej artystyczną decyzję. Była wielką damą. Malarstwa, oczywiście, ale nie tylko. Wyniośle, ale z wyrozumiałością przyjmowała najwymyślniejsze prowokacje Franka Starowieyskiego, który też nie ukrywał swego dla niej podziwu. Nie będę tu ryzykował paralel, jakie można by wykreślać między ich twórczością, ale z pewnością łączyła ich artystyczna klasa.

Moja zażyłość z Marią nie była zbyt wielka, ale wystarczająca, bym został przez nią obdarowany obrazem, który jest jednym z niewielu skarbów, jakie posiadam. Zdarzyło się, że w którymś tam roku przygotowywała jakąś większą wystawę. W Szwajcarii, jeśli dobrze pamiętam. Zwróciła się do mnie z prośbą, bym nie tylko wypożyczył ten obraz na wystawę, ale jeszcze napisał kilka słów do katalogu. Zrobiłem to. Napisany tekst umieściłem w kopercie. Kopertę przykleiłem na odwrotnej stronie obrazu. Zatelefonowałem do niej z wiadomością, że wszystko gotowe. Ale jakieś komplikacje, zdaje się zdrowotne, stanęły temu projektowi na przeszkodzie. Do wystawy nie doszło. I oto – pamiętając o tamtym – teraz zdejmuję jej obraz ze ściany. Odklejam kopertę. Wyjmuję złożoną kartkę papieru i przepisuję dosłownie:

„[…] Często ogarnia mnie irytacja, gdy przypominam sobie słowa Wittgensteina, ulubiony aforyzm awangardzistów sztuki, że dzieło prawdziwie malarskie nie da się opowiedzieć słowami. To antagonizowanie słowa i obrazu uważam za tragiczny grzech obecnej kultury. Lżę w myślach filozofa i wytykam mu najgorsze, co mogę. Podwójną ślepotę. Oka i umysłu. Ale gdy patrzę na obrazy Marii, te, z którymi wymieniłem tysiące spojrzeń, myślę sobie, że jeśli słowa starego Wittgensteina odnieść właśnie do nich, to może ma trochę – kto wie? – racji. Można je opowiadać, owszem. Ale do tego, co w nich najcenniejsze, trudno dotrzeć choćby najbardziej wyszukanym słowem. Opowiedziałem – dla próby – pewien obraz Marii Anto. Przełożyłem go na słowa bez wielkich trudności. Chyba dokładnie. A jednak czegoś – ale czego? – nie powiedziałem. Czegoś bardzo istotnego, co tam niewątpliwie jest. Poszukuję tego uporczywie wzrokiem i niemal dosięgam. Ale wymyka się to coś i nie jestem w stanie opisać tego bez reszty. Nawet więcej. Nie umiem go nawet obejrzeć bez reszty i ciągle muszę sprawdzać czy na obrazie jest tak, jak mówię albo piszę, czy tylko mi się wydaje? Może to miał na myśli poczciwy myśliciel? Że w obrazie jest coś, bez czego nie byłby obrazem. I bezprawnie korzystają z tej szansy różne bohomazy, podające się za malarstwo tylko dlatego, że nic się o nich mądrego nie da powiedzieć. […]”.

Jesienią roku 2004 obejrzałem wielką wystawę obrazów Marii Anto w Galerii Domu Plastyka w Warszawie i była to doniosła okazja do wycieczki w głąb pamięci. Do tamtej z roku 1966 katowickiej wystawy. Z dawnej Marii Antoszkiewicz wyłoniła się ta sama, a jednak tak różna Maria Anto, mistrzyni odwagi i umiaru. Prawdy i snu. Napisałem wtedy recenzję, która została opublikowana w dwutygodniku „Sycyna”. Najchętniej też bym ją tu zacytował w całości, ale poprzestanę na ostatnim jej zdaniu, uzasadniającym wcześniej tam wyrażony mój apel i zapewnienie, że w naszych czasach zbałamuconych pojęć możliwe są jeszcze enklawy pięknej normalności. Może tego doświadczyć przed obrazami Marii Anto każdy, kto ma choć trochę daru widzenia. Wszyscy – „jeśli chcą wiedzieć, czy jest jeszcze piękno w malarstwie naszego czasu, który kurczy się, kurczy i jest go coraz mniej”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.