07-08/2020

Marek Sołtysik

Pisarze i krągłolicy

„Podchodzi do nas jakiś krągłolicy pan, chyba 70-letni, przedstawia się, jest bratankiem Choromańskiego, autora Zazdrości i medycyny, «mam pana książkę z dedykacją dla niego» – ach tak, z Choromańskim często rozmawialiśmy w Oborach na ganku, wymieniliśmy się też książkami”.

Cytuję Józefa Hena z książki Ja, deprawator, będącej kolejnym, wręcz hipnotycznie zajmującym, eseistycznym dziennikiem znakomitego pisarza. Amicus Plato, sed magis amica veritas. Autor i w tej książce nie daruje znajomym i przyjaciołom luk w pamięci (Hen, wbrew publicznym enuncjacjom Kazimierza Kutza, nie fotografował przed wojną na Helu Moniki Żeromskiej, znajomość z Ksawerym Pruszyńskim zawarł w innych okolicznościach, niż je przedstawia Julia Hartwig, a czytelnicy w ślad za lekturą jej wspomnień). W tym miejscu spotkania z „potomkiem” nieżyjącego pisarza nie komentuje, zachowując ostrożny dystans, aczkolwiek w indeksie nazwisk mamy: „Choromański, czytelnik, bratanek Michała”.

Bratanek? Michał Choromański nie miał brata.

Miał siostrę, a jedyny jej syn, Piotr Rzepecki, człowiek teatru, mój przyjaciel, miał twarz pociągłą, był podobny do wuja. Siostrzeniec ten – wraz ze swą córką spadkobierca Michała Choromańskiego – zmarł w czerwcu 2014 roku, a zetknięcie z „bratankiem”, opisane przez Józefa Hena, miało miejsce w kawiarni „Czytelnika” z początkiem 2017 roku.

Michał Choromański nie mógł mieć bratanka.

Zachowała się w moim przetrzepanym archiwum cenna korespondencja z Józefem Henem. Wymieniliśmy po kilka szczerych listów z początkiem karnawału Solidarności. Kontakt się urwał, historia toczyła koła, więc gdyby nawet teraz Hen zamierzał dla ścisłości skonsultować się ze mną, piszącym o Choromańskim, w kwestii niewymyślnej intrygi z udziałem bratanka bez śladu zaistnienia brata, nie miałby dokąd pisać, bo tygodnik, w którym zajmowałem się prozą, uległ likwidacji, a ja zniknąłem z pola widzenia o tyle, że – dawny autor dawnego „Czytelnika” – do kawiarni obecnego „Czytelnika” od ćwierćwiecza nie zaglądam.

Pomieszkiwałem miesiącami wśród mebli i sprzętów po Choromańskich, sam na sam z obrazami Witkacego i Rafała Malczewskiego, przyjaciół powieściopisarza. Księgozbioru nie było; Ruth Sorel-Choromańska przekazała go, wraz z gabinetem, do Muzeum Literatury niebawem po śmierci męża, a tuż przed swym zgonem. Skąd wzięła się książka z dedykacją Hena dla Choromańskiego w rękach innego człowieka?

Coraz nas mniej z tamtych czasów. Zapominamy i pozwalamy zapominać.

Do to stopnia, że nikt juz nie reaguje, gdy w tak solidnym serwisie ikonograficznym, jak Narodowe Archiwum Cyfrowe, pod hasłem Michał Choromański od lat figurują, obok wizerunków niewątpliwie przedstawiających powieściopisarza, dwie fotografie innego mężczyzny. Już starca – a w nowym garniturze z wczesnych lat pięćdziesiątych XX w. („tytuł tematu: Michał Choromański, z Archiwum Fotograficznego Władysława Miernickiego, sygnatura 20, 21”). Kto to jest? Jak się znalazł nie na swoim miejscu? Wiem i powiem. Taki los spotkał pośmiertnie Leona Choromańskiego, starszego o trzydzieści jeden lat od Michała pisarza, autora wodewili i tłumacza, dziś już zapomnianego, recte przytłoczonego sławą autora Zazdrości i medycyny.

Poza Ukrainą, miejscem urodzenia, nic autora Zazdrości i medycyny nie łączyło z Leonem, notabene w okresie międzywojennym cenzorem zatrudnionym w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a już zupełnie nic go nie łączyło z biskupem warszawskim o tym nazwisku. Michał Choromański był natomiast kuzynem, a zarazem powinowatym zarówno Karola Szymanowskiego, jak i Jarosława Iwaszkiewicza.

Jakże trudno wytłumaczyć miłośnikom ziemi rodzinnej, że są w błędzie, gdy twierdzą, że Michał Choromański miał willę w Konstancinie!

W ostatnim okresie życia (1970–1972), owszem, często przebywał w Konstancinie – ale jako pacjent Oddziału Kardiologicznego w Domu Profilaktycznym Ministerstwa Zdrowia.

25 listopada 2012 roku podczas spotkania autorskiego w Konstancinie patrzono na mnie jak na nawiedzonego, gdy zapewniałem, że państwo Choromańscy po powrocie z emigracji w 1957 roku mieszkali do końca w Warszawie, w bloku przy Marszałkowskiej.

Skąd to nowe nieporozumienie? Wchodzę na stronę Wirtualne Muzeum Konstancina (http://www.muzeumkonstancina.pl/249_marysie%C5%84ka) i czytam z narastającym zdumieniem: „Jeszcze przed 1939 r. willa [wytworna „Marysieńka”] kolejny raz zmieniła właściciela; zakupił ją młody prozaik i dramaturg Michał Choromański. Po wojnie w 1965 r. jego syn Stefan Choromański sprzedał willę Uzdrowisku Konstancin”. Nie dość, że „odnalazł się bratanek”, to jeszcze „mamy syna Michała Choromańskiego”! Michał Choromański nie miał dzieci, przed wojną wyprowadził się z zakopiańskiej willi „Chimera”, nie będąc w stanie dalej płacić za wynajem ładnego mieszkania od frontu, w Warszawie mieszkał w mizernym pokoju przy ulicy Widok. W roku 1965, kiedy ktoś w Konstancinie sprzedawał czyjąś willę, Michał Choromański mieszkał od ośmiu lat w centrum Warszawy, nadal, tak jak w Brazylii i w Kanadzie, cierpiał na bezsenność, ale mógł pisać.

Zapomnieć o pisarzu – rzecz ludzka. A zmyślać, kombinować – to dopiero!

Ożywić, wyprostować – to co, może wydać moją nową książkę o Choromańskim, bardzo grubą i bogatą nie w takie fakty?! Wątpię, czy to się stanie za mojego życia. Popyt na vie romancée – Michał Choromański. Portret z odbitym w lustrze wizerunkiem śmierci – na tę rzecz o Wiecznym Przybyszu, autorze błyskotliwego przeboju literackiego i kilkudziesięciu głębszych powieści z przebłyskami geniuszu, książkę obejmującą kilka pokoleń, kilka kontynentów, kilkudziesięciu ludzi sławnych, złych i dobrych poważni wydawcy oszacowali na trzysta egzemplarzy. Dobry żart. Tyle to można sobie wydrukować w domu. Tymczasem sześciotysięczny nakład mojej skromnej z porównaniu z tą nową wersją, szeroko omawianej książki (Świadomość to kamień. Kartki z życia Michała Choromańskiego) rozszedł się w mig w roku wydania. W 1989 roku.

Józef Hen zawsze inspirujący.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.