05/2020

Anna Mochalska

Płynny temat przewodni

Joanna Chachuła, autorka wydanego w 2016 roku tomu Czarny kot, powraca do czytelników z nową książką poetycką. Książką dosyć skromną, bo mieszczącą zaledwie dwadzieścia sześć niedługich wierszy, które spaja w całość i wiąże ze sobą tytułowa krew. Przybiera ona w tomie różne formy i różne znaczenia: jest raną, płynem, cyklem, tradycją, napojem, ciałem, zagrożeniem. Ujmowana jest w wielu kontekstach, zarówno biologicznych, jak i kulturowych oraz religijnych. Konstruowanie całej publikacji wokół jednego wiodącego motywu wydaje mi się przedsięwzięciem nieco ryzykownym i grożącym – przynajmniej potencjalnie – monotematyzmem, ale zdarzały się takie przypadki w poezji współczesnej, choćby wydana w 2012 roku Toca Magdaleny Gałkowskiej, w której poszczególne teksty łączył motyw wody. Na marginesie warto zauważyć, że dla wspomnianych książek wspólny jest nie tylko zamysł kompozycyjno-konstrukcyjny. Oprócz tego w obu przypadkach możemy mówić o podobieństwie substancji (płynny stan skupienia) oraz o zbieżności kontekstów, w jakich ujęty został motyw (z jednej strony aspekt kobiecości: woda jako żywioł kobiecy, krew jako cykl miesięczny, a z drugiej aspekt przemocy, krzywdy: u Gałkowskiej tortura wodna, u Chachuły krew jako rana). Czy autorka Czarnego kota poradziła sobie równie dobrze z realizacją przyjętej koncepcji, jak jej poprzedniczka?

Zacznijmy zupełnie od końca: na ostatniej stronie, jako pewna kompozycyjna klamra, pojawia się białe słowo na szarym tle: „werK”. To, oczywiście, krew czytana od tyłu, ale tym samym równocześnie nowe słowo dla tego tomu, pozwalające trochę inaczej czytać książkę Chachuły. Werk to dziś głównie mechanizm zegarka, ale dawniej oznaczał właściwie każdy mechanizm. Tym samym krew okazuje się tym, co decyduje o konstrukcji, napędza, jest podstawą działania. W aspekcie biologicznym taka interpretacja jest całkowicie czytelna: krew jako płyn niezbędny do życia, transportujący substancje odżywcze, łączący cały organizm w jedno. Poetce chodzi jednak głównie o aspekt stwórczy, dawanie życia. Motyw ten powraca w tomie kilkakrotnie. Wiąże się zarówno z cielesnością i płciowością, jak i z religijnością lub – szerzej – metafizyką. Autorka wpisuje krew w kontekst chrześcijaństwa, z jednej strony korzystając z jej obecności w pojęciu ofiary i zbawienia, a z drugiej znajdując dla niej miejsce również w kreacyjnej naturze boga, w samej istocie boskości. Krew okazuje się czymś zdecydowanie więcej niż płynem ustrojowym. Jest powiązana z miłością i duchowością.

Koncepcja Chachuły wydaje mi się interesująca, nieoczywista, ale wszelkie konteksty, o których wspominałam do tej pory, są raczej przemycone, zasugerowane, i to czasami – niestety – pod dosyć banalną powłoką („W chłodną ciszę / zanurz palce, / na usta połóż / krople srebrne / jak pieczęcie / i milcz łagodnie”). Zastosowanie języka religijnego dodatkowo wzmogło patetyzm i nadało niepotrzebnej archaiczności – zarówno w słownictwie, jak i w formie wypowiedzi (szyk przestawny). Za dużo tu epitetów, za dużo pytań, w tym retorycznych, zwłaszcza w pointach wierszy, które tym samym właściwie zostają zmarnowane. Krótkie utwory, niezbyt obszerny tom, więc każde potknięcie liczy się podwójnie, mocno rzuca się w oczy.

Zaczęliśmy od końca i zaczęliśmy od wad, czas zatem na początek i na zalety. Jak wspominałam, motyw krwi umieszczony jest w kontekście religijnym, zwłaszcza biblijnym. Pojawiają się wątki związane między innymi z aktem kreacji, rajem, przykazaniami i prawem, zbawieniem. Autorka na własny użytek powołuje raz jeszcze do życia kilka ważnych postaci kobiecych: Ewę, Ofelię, Weronikę. Każda z nich opowiada się wobec ciała na swój własny sposób, ukazując różne aspekty kobiecej seksualności: macierzyństwo, wstrzemięźliwość, swobodę. Chachuła znajduje też przestrzeń na relacje damsko-męskie, rodzinne oraz społeczne, w każdym z tych obszarów wypatrując nieprawidłowości, zwykle sprowadzających się do przemocy i konfliktów. Ogrom wątków, jakie pomieściła poetka w Krwi, jest imponujący. Obszerny motyw pozwolił na rozwinięcie kilku różnych dróg interpretacji, co stało się równocześnie atutem i mankamentem tej książki. Z jednej strony bowiem mnogość tropów ciekawi, gwarantuje różnorodność, a z drugiej tej ciekawości nie zaspokaja, niewystarczająco zgłębia poruszane problemy. Co jednak najistotniejsze, autorce mimo wszystko udało się zachować spójność przekazu przy niewątpliwej wielowątkowości, głównie dzięki konsekwentnemu nawiązywaniu do chrześcijańskiej topiki.

Laureatka konkursu imienia Mieczysława Czychowskiego dobrze sobie radzi z tworzeniem sensualnych obrazów, i to pomimo zwięzłości poetyckiego przekazu. Jej opisy są bardzo plastyczne, namacalne, przedstawiane wydarzenia wydają się dziać na naszych oczach. Chachuła potrafi być subtelna, lecz umie także zaskoczyć czytelnika poczynioną obserwacją („Umarł wróbel. // Patrzę z niepokojem na to, / ile życia obudziła jedna mała śmierć.”). Do świata podchodzi z czułością i uwagą, ale nie unika też tematów trudnych, niewygodnych („Dzieci instynktownie zbierają się w stada, / przywództwo obejmuje najsilniejszy. […] Chłopcy zaczynają maszerować czwórkami. / Dziewczynki instynktownie opatrują rannych”). Chociaż porusza się w różnych czasach i przestrzeniach, ze swobodą pokazuje wspólnotę doświadczeń niezależną od chronologii i geografii. Krew, oprócz różnych form i znaczeń, jakie nadała jej poetka, pełni również funkcję swoistego zwornika dla wielowątkowej opowieści o boskości i kobiecości.

Joanna Chachuła oddała w ręce czytelników książkę nierówną, ale interesującą. Może zabrakło tu ukierunkowania, może konsekwencji, lecz i tak otrzymaliśmy ciekawą próbkę poetyckiego warsztatu autorki Czarnego kota. Obok wierszy przykuwających uwagę, zatrzymujących odbiorcę znajdziemy i takie, o których da się powiedzieć niewiele ponad to, że niepotrzebnie znalazły się w tomie, jest ich jednak na szczęście niewiele. Wątek religijny, najczęściej i najbardziej konsekwentnie pojawiający się w wierszach, także rozwija się dwojako, dając nam z jednej strony nietypową interpretację tytułowego motywu w kontekście religijnym i metafizycznym, a z drugiej wiersze-modlitwy niewnoszące zbyt wiele do niewątpliwie już znacząco wyeksplorowanego obszaru. Tak czy inaczej Chachuła w Krwi potrafi zrobić użytek ze słów – gospodaruje nimi oszczędnie, ale efektywnie. To dopiero druga publikacja późno debiutującej autorki, więc w kolejnej książce może się jeszcze sporo wydarzyć. Poczekamy, zobaczymy.

Joanna Chachuła: Krew.
Biblioteka „Toposu”,
Towarzystwo Przyjaciół Sopotu,
Sopot 2019, s. 38.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.