07-08/2020

Janusz Drzewucki

Pochwała krytyki literackiej
(odbierając Nagrodę im. Kazimierza Wyki
w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie
24 stycznia 2020 roku)

Szanowni Państwo!
1. W szkicu o Mironie Białoszewskim – ogłoszonym na łamach „Życia Literackiego” w roku 1970 – Kazimierz Wyka używa anachronicznie dzisiaj brzmiącego, ale intrygującego i pobudzającego wyobraźnię czasownika „odpomnieć”. Pisząc o jego Pamiętniku z powstania warszawskiego – wydanym ćwierć wieku po tym tragicznym w skutkach zrywie niepodległościowym stolicy – stwierdza, że autor Obrotów rzeczy: „odpomniał w sobie i napisał książkę – równo z Warszawą”.

Chciałbym opowiedzieć o tym, co „odpominam w sobie” od kilku, kilkunastu dni. Otóż, wiele lat temu – w czasach gdy na dworcu w Krakowie witał i żegnał podróżnych imitujący pismo odręczne neon z nazwą miasta – pod tym właśnie neonem czekał na swój pociąg pewien szesnastoletni młodzieniec, z którym dzisiaj łączy mnie wspólne imię i nazwisko; ale także coś, co określiłbym jako marzenie o literaturze, o życiu w literaturze. Kończyły się wakacje, za kilka dni ów młodzieniec miał podjąć naukę w drugiej klasie liceum w Kruszwicy, mieszczącym się przy ulicy Adama Mickiewicza (nieco później liceum temu patronować będzie Juliusz Słowacki). Młodzieniec ów od jakiegoś czasu wykazywał jak najbardziej młodzieńcze, a więc namiętne zainteresowanie literaturą; z jednej strony wypożyczał z miejskiej biblioteki i kompulsywnie czytał książka po książce, z drugiej – w grubym stupięćdziesięciokartkowym brulionie prowadził wiecznym piórem (i brulion, i pióro dostał w prezencie od rodziców na zakończenie szkoły podstawowej) coś, co można byłoby górnolotnie określić mianem dziennika lektur.

Czekając na pociąg, który miał go zabrać z południa na północ, niemal na drugi kraniec Polski, rozmyślał nad ostatnimi dwoma tygodniami, gdy w niewielkiej grupie rówieśników wędrował po okolicach Krakowa i samym Krakowie. Największe wrażenie zrobił na nim nie tylko Wawel, kościół Mariacki, Sukiennice i mieszczące się tutaj muzeum z obrazami Jana Matejki, Józefa Chełmońskiego i Jacka Malczewskiego, ulica Grodzka – ale posadowiony nieopodal Rynku Głównego Uniwersytet Jagielloński. Snując się ulicami: Jagiellońską, świętej Anny i Gołębią, stojąc na środku dziedzińca Collegium Maius – w centrum akademickiej enklawy odcinającej się wyraziście od reszty tętniącego życiem miasta – młody człowiek miał poczucie, że wszyscy, których w tej enklawie minął – w domyśle profesorowie, studentki i studenci, a zatem ludzie tego uniwersytetu – mają wspólną tajemnicę i ta, kryjąca się w ciszy i w milczeniu, tajemnica jest tym, co ich nie tylko łączy, ale także wyróżnia. Czekając na spóźniający się nocny pociąg do domu, szesnastolatek pomyślał, że chciałby w przyszłości stać się częścią tej tajemniczej wspólnoty, że chciałby studiować na tym historycznym i legendarnym, a przecież współczesnym uniwersytecie. Wiedział już, że na tym uniwersytecie historię literatury wykłada profesor Kazimierz Wyka i że jest on – co dowiedział się od swojej nauczycielki języka polskiego – najwybitniejszym w Polsce literaturoznawcą, a jeśli się uczyć i studiować to tylko u najwybitniejszych. Idea, aby w przyszłości studiować w Krakowie „u Wyki”, to było wtedy dla tego nastolatka marzenie, równie ekscentryczne jak podróż balonem nad Afryką, rejs na Antypody czy zdobycie korony Himalajów. Ale było.

Po powrocie do rodzinnego miasteczka młody człowiek wrócił do przerwanej – na poczet wyjazdu do Małopolski i Krakowa – ambitnej lektury dwóch tomów studiów Wyki o Panu Tadeuszu. Przeczytał te dwie grube księgi sumiennie, strona po stronie – robiąc w brulionie stosowne notatki – ale co zrozumiał z tych ksiąg? Zapewne niewiele. Jednak starał się, chciał. A chcieć to móc – jak mu wpajano w dzieciństwie i w młodości, które spędził na granicy pracowitych Kujaw i gospodarnej Wielkopolski. Niestety, niebawem profesor Wyka zmarł. Marzenie studiowania „u Wyki” prysło. A jednak cudownym zbiegiem okoliczności ów nastolatek jesienią 1977 roku znalazł się w Krakowie, bo przecież jak mu podpowiedziała licealna nauczycielka: profesor zostawił po sobie nie tylko książki, ale także współpracowników i wychowanków.

2. Zamieniam teraz perspektywę narratora: z trzecioosobowego na pierwszoosobowego, aby zdobyć się na wyznanie, na które zdobyła się zapewne większość laureatów Nagrody im. Kazimierza Wyki: i ja wychowałem się na nim, na jego słowie i myśli. Lektura jego książek to obowiązek. Nie da się zrozumieć historii literatury polskiej, tych książek nie znając: wspomnianych dwu tomów studiów o Panu Tadeuszu, dwu tomów o Młodej Polsce czy opasłego tomu o prozie pierwszych lat powojennych, zatytułowanego Pogranicze powieści. Zapewne nie jestem wyjątkiem, przyznając się, że dzieła te czytałem – ba, studiowałem! – kilka razy na różnych etapach swojego rozwoju. Bo Wykę czyta się nie tylko z obowiązku. Ale także – tak! – dla przyjemności, dla radości poznania. Lektura prac Wyki to dla każdego polonisty obowiązek, ale i przywilej. Jego styl pisania – zarówno historycznoliterackiego i krytycznoliterackiego, jak i eseistycznego – to wzorzec, niedościgły wzorzec. Styl Wyki – sposób myślenia i pisania, kontemplacji i konfesji (bo przecież „granice mojego języka są granicami mojego świata” – jak zapisał Ludwig Wittgenstein, służący w czasie pierwszej wojny światowej na okręcie Goplana, kursującym po Wiśle i cumującym pod Wawelem) urzeka, fascynuje, uwodzi niczym tajemnica, jakiej nie da się poznać za jednym razem, w jednej chwili, nawet w chwili olśnienia.

Pisarstwo Kazimierza Wyki urzeka, fascynuje i uwodzi, ale także onieśmiela. I jako takie budzi nieustanny respekt. Równając do Wyki, wiemy, że nigdy mu nie dorównamy, ale też wiedząc to – tworzymy wspólnotę jego wyznawców, by nie powiedzieć – samozwańczych uczniów, którymi nigdy być nie przestajemy. Onieśmiela z jednej strony skala talentu Profesora, z drugiej jego pracowitość. O celności i słuszności tego, co napisał, nie będę teraz przekonywał, bo przecież nie ma sensu przekonywać przekonanych. O poznawczej i literackiej skali Wyki najlepiej świadczą książki, zwłaszcza te wydane po jego śmierci; jakby pisał po śmierci, jakby śmierć nie przerwała jego pisarskiej pracy i twórczości: a zatem: Pokolenia literackie, Różewicz parokrotnie, wydatnie rozszerzona Rzecz wyobraźni, Nowe i dawne wędrówki po tematach, książka o Reymoncie, tom wspomnień Odeszli, aż wreszcie wydane w XXI wieku tomy Stara szufladaTylnym pomostem. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć także ogłoszonego kilka lat po śmierci autora zbioru oryginalnych opowiadań!

A przecież Kazimierz Wyka pisał nie tylko o literaturze – o Fredrze, Norwidzie, Wyspiańskim, Brzozowskim i Witkacym, ale także o malarstwie i sztukach plastycznych, teatrze, filmie. Jego prace czy to o kinie jako takim – Podróż do krainy nieprawdopodobieństwa – czy to o konkretnych, ale i wyjątkowych filmach: o Popiołach czy Weselu w reżyserii Andrzeja Wajdy; jego rozprawy o malarstwie Tadeusza Makowskiego, Olgi Boznańskiej, Wacława Taranczewskiego czy Felicjana Szczęsnego Kowarskiego, o rzeźbiarstwie Xawerego Dunikowskiego, a przecież również o opuszczanej i podnoszonej w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie kurtynie Henryka Siemiradzkiego (przypomnę, że w jej centralnym punkcie znajduje się alegoria Natchnienia) – do dzisiaj nie straciły na aktualności nic a nic, czas im nic a nic nie zaszkodził; wydają się fundamentalne (ale nie fundamentalistyczne, rzecz jasna) i zasadnicze także dzisiaj, może nawet bardziej dzisiaj niż wczoraj. Podobnie analogie, jakie zobaczył, na jakie się zdobył, a zatem: Matejko i Słowacki, Żeromski i (Maksymilian) Gierymski, Noakowski i Kulisiewicz – cały czas dają do myślenia, zmuszając nas, ale i chyba ośmielając do podjęcia własnych wyzwań interpretacyjnych; takich, jakie postulował i sam uprawiał: już to analizujących, już to syntetyzujących, zarówno synchronicznych, jak i diachronicznych.

Zastanawiając się nad historycznoliterackim dorobkiem Kazimierza Wyki, nie pokuszę się jednak o to, aby go klasyfikować, kategoryzować czy nie daj Bóg wartościować. Nie mam ku temu żadnych metodologicznych kompetencji, zresztą zrobili to już wcześniej znakomici laureaci nagrody jego imienia, a zatem chronologicznie profesorowie: Jerzy Kwiatkowski, Marian Stala, Michał Głowiński, Teresa Walas, Marek Zaleski, Andrzej Mencwel, Edward Balcerzan.

3. W szkicu z 1967 roku Wyznania uduszonego Kazimierz Wyka puszcza wodze fantazji na zasadzie: co by było gdyby. Kreśli w nim m.in. alternatywne losy Stanisława Przybyszewskiego, który po wyjeździe za granicę nigdy już nie powrócił w rodzinne strony, zmienił nazwisko na Stanislas von Lojevitz-Hohensalza, poświęcił się naukowej pracy w zakresie biologii i biochemii, do Polski przyjechał raz, po odzyskaniu niepodległości, w roku 1927, w którym otrzymał Nagrodę Nobla i zmarł. Wyka przypomina, że był Przybyszewski synem kierownika szkoły ludowej w Łojewie i tam się urodził. Łojewo (Lojevitz) to wieś blisko mojej rodzinnej Kruszwicy, między Kruszwicą a Inowrocławiem (Hohensalza), położona w miejscu, w którym z Gopła wypływa rzeka Noteć. Zmarł niedaleko miejsca swojego urodzenia, bo we wsi Jaronty (gdzieś wyczytałem, że zmarł przy drodze, czekając na auto, które miało go zawieźć na odczyt do Gniezna), pochowany został we wsi Góra. Na jego grób pielgrzymowałem kilka razy, pierwszy raz jako licealista, ostatnio latem minionego roku. Grób Stacha – prowokatora i skandalisty, pewnie także bezbożnika – znajduje się na końcu cmentarza za wiejskim kościółkiem Świętej Trójcy. Na nagrobnej tablicy imię i nazwisko, daty urodzin i śmierci oraz – to, co wzrusza mnie najbardziej – „Piewca Wielkopolski – Meteor Młodej Polski”.

Dlaczego o tym mówię? Otóż dlatego, że wiele lat temu – pod wpływem koncepcji Wyki republiki krzeszowickiej – zacząłem pielęgnować w imaginacji własną republikę kruszwicką, którą współtworzą oprócz Przybyszewskiego także: urodzony we wsi Szymborze (dzisiaj to dzielnica Inowrocławia) Jan Kasprowicz i wspomniany przez Wykę niemiecki filolog Ulrich von Wilamowitz-Meollendorf, urodzony w 1848 we wsi Markowice, zięć Noblisty z 1902 roku Theodora Momm­sena, ale także Ignacy Krasicki jako autor poematu Myszeida, Julian Ursyn Niemcewicz autor Piasta ze Śpiewów historycznych, Juliusz Słowacki – autor BalladynyLilli Wenedy, Wincenty Pol autor wiersza Gopło i Józef Ignacy Kraszewski, autor Starej baśni, które to utwory czytaliśmy w liceum z wyjątkową dumą. Dorzucam do tej listy jeszcze Króla Popiela Czesława Miłosza, tak wysoko cenionego przez Wykę.

Gdy wspiąć się na Mysią Wieżę w Kruszwicy – drugi ze znanych zabytków miasteczka, obok romańskiej bazyliki św. Piotra i Pawła – to z jej szczytu widać: i Łojewo, i Szymborze, i Inowrocław, i Markowice. Napisałem przed laty nawet wiersz, którego podmiot liryczny widzi stamtąd także Warszawę i Kraków, Bałtyk i Tatry.

W tamtych licealnych latach, które wspominam tak emocjonalnie, zacząłem czytać redagowany przez Jarosława Iwaszkiewicza miesięcznik „Twórczość”, nie mając świadomości, że założył go w 1945 roku w Krakowie właśnie Wyka. Regularna lektura „Twórczości” weszła mi w krew, ten obyczaj comiesięcznej lektury kultywowałem w czytelni Instytutu Filologii Polskiej, mieszczącego się w Collegium Wróblewskiego (Zygmunta Wróblewskiego, który wraz z Karolem Olszewskim – chemicy Uniwersytetu Jagiellońskiego – jako pierwsi w świecie skroplili w roku 1883 najpierw tlen, a potem azot), zwanym przez nas, studentów – „gołębnikiem” (na marginesie: do moich ulubionych autorów należał wtedy – nie mogę przy tej okazji nie wspomnieć tego nazwiska – Jerzy Kwiatkowski, autor Kluczy do wyobraźni, pierwszy laureat Nagrody im. Kazimierza Wyki). Zanim w roku 1983 zadebiutowałem na łamach „Twórczości” – w roku szkolnym 1982/1983 uczyłem języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Jak się dowiedziałem po latach, pół wieku przede mną w roku szkolnym 1932/1933 w Gimnazjum im. Augusta Witkowskiego przy ulicy Studenckiej nauczycielem był… Wyka.

4. Jeślibym musiał odpowiedzieć na pytanie, co pchnęło mnie w stronę krytyki literackiej, którą uprawiam od dobrych 35 lat, wymieniłbym dwie wydane w roku 1977, a więc wtedy, gdy podjąłem studia na UJ, książki: rozszerzone wydanie Rzeczy wyobraźniRóżewicz parokrotnie. Nie umiem powiedzieć, ile razy przeczytałem te książki, tak czy owak czytam je do dzisiaj. Nie bez zaskoczenia uzmysławiam sobie teraz, że czytałem te absolutne arcydzieła sztuki krytycznej jako dwudziesto-, trzydziesto-, czterdziesto-, pięćdziesięciolatek i teraz z szóstym krzyżykiem na grzbiecie, a zatem w wieku: najpierw „sielskim, anielskim”, potem „górnym i durnym”, aż wreszcie „w wieku męskim, wieku klęski”. Cały czas – w samozwańczy sposób – pobieram nauki u tego krytyka, mając w pamięci rzucone jakby mimochodem zdanie z jego felietonu O nazwie szkoły i zastępczej dyskusji (w 1946 na łamach „Odrodzenia”): „literatura to wieczne samouctwo, nieuchronny autodydaktyzm. Na własnej, na cudzej skórze”; zamieniając na prywatny użytek słowo „literatura” na „krytyka”.

Gdyby potraktować dosłownie jego wyznanie pomieszczone w eseju z 1964 roku Kraj pełen tematów: „Jestem historykiem literatury, bywam krytykiem”, trzeba byłoby potwierdzić: krytyka literacka nie była pierwszym zajęciem Kazimierza Wyki, była nim historia literatury właśnie, praca naukowa i wykładowa na uniwersytecie i w akademii (wszak w 1948 roku założył on wraz ze Stefanem Żółkiewskim Instytut Badań Literackich PAN w Warszawie), uprawiał jednak krytykę pasjami i z mistrzowskim skutkiem. Ten skutek to wzór, ideał, do którego świadomie lub nieświadomie dąży każdy, kto wszedł na drogę krytycznoliteracką, kto z drogi tej nie zboczył, nie zawrócił z niej. Myślę, że każdy, kto dłużej krytykę literacką uprawiał i nadal uprawia, w pewnym momencie stanął przed pokusą, przed nadzieją, przed pragnieniem: pisać jak Kazimierz Wyka albo jeszcze dosadniej „pisać Wyką”. A zatem interpretować tekst literacki – poetycki lub prozatorski – wychodzić od niego i do niego wracać, a jednocześnie szukać dla niego kontekstu, a nawet wielu kontekstów, bo chodzi tu nie tylko o kontekst literacki, już to synchroniczny, już to diachroniczny – jak się wcześniej rzekło, o szeroko rozumiany kontekst tradycji, ale także o kontekst społeczny i polityczny, filozoficzny i socjologiczny, psychologiczny i historyczny; bo przecież żaden utwór literacki nie powstał z niczego, nie zrodził się z próżni i nie funkcjonuje w próżni, odczytywany jest każdorazowo w zmieniającym się kontekście: tym kontekstem może być nawet duchowy nastrój lub rozstrój czytelnika. Pisząc o poezji, staram się pamiętać o jego przestrodze: „Podmiot liryczny jest konstrukcją wewnątrz tekstu, a nie faktem psychicznym”.

Uwagę czytelnika potrafił (potrafi) Wyka przykuć, jak na mistrza w swoim fachu przystało, już pierwszym zdaniem: „Źródła każdej prawie poezji biją w młakach i wywierzyskach…” – tak zaczyna się szkic o Czesławie Miłoszu Ogrody lunatyczne i ogrody pasterskie; „Pory roku w naszym kraju wybuchają nieoczekiwanie i bez przygotowania” – esej Maria z Kossaków: 9 lipca 1945–1965 o Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej; z kolei Podróżnictwo i temat włoski, jeden z wielu tekstów o Tadeuszu Różewiczu, tak: „Przechodzenie od gatunku do gatunku, ich nawroty, falowanie, inkrustacje genologiczne, transplantacje, i to na żywym ciele utworu jako pacjenta – temat to niezwykle obszerny i właściwie całego dorobku Różewicza on dotyczy”. Łatwo mi sobie wyobrazić, że wychodząc od tego zdania, dałoby się – kto wie, może nawet dało się – napisać efektowną i solidną rozprawę doktorską lub habilitacyjną.

5. Siłą Wyki jako krytyka są: umiejętność dogłębnej analizy, bezbłędne odnajdywanie drugiego albo nawet trzeciego dna znaczeniowego omawianego utworu, interdyscyplinarna erudycja oraz intelektualna wiarygodność, poza tym interpretacyjna bezbłędność, a ponadto: językowa finezja gwarantująca obrazowość, przystępność i perswazyjność krytycznoliterackiej wypowiedzi. Do wielkich walorów jego pisarstwa należy sugestywna formuła, w której krytyk potrafi pochwycić – a nawet zakląć – to, co z natury niepochwytne. Napisze o Kazimierzu Tetmajerze „spowiednik serc”, o Józefie Czechowiczu „lapidarny wizjoner”, o poezji Białoszewskiego „rygorystyczna kakofonia”, a o liryce Tadeusza Nowaka „drobnotowarowe obroty wyobraźni”; „jedność w obliczu precyzji” – to o Zbigniewie Bieńkowskim, „ten poeta nie tworzył, lecz krystalizował” – to o Julianie Przybosiu. Niewykluczone, że to właśnie Wyka najdobitniej scharakteryzował fenomen tego ostatniego poety w tekście pod tytułem przyboś – tak właśnie z małej litery. Objaśniwszy sens zapomnianego słowa „przyboś” i określenia „na przyboś”, zauważa, że do słowa „przyboś” nie ma rymu. „Julian Przyboś w dziejach poezji polskiej też pozostanie bez rymu” – powiada Wyka, a także: „nosił w sobie, nosił moralnie i nosił egzystencjalnie, autoportret samego siebie. Wygląda dalej, że według tego autoportretu był przez siebie ukształtowany – wysiłkiem własnej woli, wiernością wobec najbardziej prymarnych doznań i przeżyć. Pozostawał im wierny w sposób surowy i wymagający”. Chciałoby się zakrzyknąć: cały Przyboś! Ale także: cały Wyka! Cóż, „My z niego wszyscy”!

Nie dość tego, tylko ktoś o literackich i naukowych kwalifikacjach, jakie posiadł Kazimierz Wyka, po prostu tylko Kazimierz Wyka mógł zamknąć swoje rozważania zdaniem o sile sprawczej jak głos dzwonu, zdaniem obowiązującym do dzisiaj: „z wszystkich prawdziwych debiutów roku 1956 najbardziej stawiam na Jerzego Harasymowicza” (zakończenie tekstu Urzeczony), „Stawiam na Herberta także” (zakończenie recenzji Składniki świetlnej struny). Jeżeli dzisiaj, gdy Harasymowicz – w odróżnieniu od Herberta – wydaje się poetą zapoznanym, warto byłoby do niego wrócić, a moim zadaniem – warto, to właśnie mając na uwadze poświęcone jego liryce teksty Profesora, aby sprawdzić – to, co napisał w zakończeniu szkicu o całkiem innym poecie, o autorze Ocalenia mianowicie – czy jest to „poezja, która nie przemija, gdy przeminą jej czasy”.

Tym, co mnie w pisarstwie krytycznoliterackim Kazimierza Wyki urzeka – to chyba dobre słowo „urzeka” – jest jego bezpośredniość, swoista prywatność. Pisząc w jeszcze innym tekście o Harasymowiczu (Ponowny debiut), przypomina sobie spacer z Gałczyńskim w Wielki Czwartek na Skałkę, gdzie na tle klasztornego muru kręciła się karuzela i opis ten uzupełnia taką oto konstatacją: „Po przeciwnej stronie Wisły boisko Garbarni, niedzielnymi popołudniami szum i wrzask piłkarskiego tłumu, wyżej i donioślej się rozlegający od huśtawek celujących w barokowe hełmy wież”. Nie inaczej na marginesie interpretacji wiersza Herberta Wawel i dramatu Wyspiańskiego Akropolis: „bardzo sobie cenię widok Wawelu – bardzo przepraszam, ale naprawdę! Z trybun boiska Garbarni, na Ludwinowie”. Bo też i konfesje te idealnie zrymowały się z moimi piłkarsko-kibicowskimi pasjami, do których nie zawsze można się przyznać bez narażenia na złośliwości.

A skoro już: kto mi uwierzy, że w roku akademickim – a tym samym w sezonie piłkarskim – 1977/1978 byłem na wszystkich meczach Wisły Kraków na stadionie przy ulicy Reymonta, gdy Wisła zdobywała tytuł mistrza Polski? Od Jerzego Pilcha, opiekuna naszej siedmioosobowej grupy na praktyce robotniczej roku zerowego (winiarnia przy ulicy Romanowicza na Podgórzu!) – jakie to praktyki w dekadzie Edwarda Gierka się odbywało przed rozpoczęciem studiów – wtedy jeszcze nie uznanego prozaika, lecz młodego asystenta na polonistyce, dowiedziałem się, że Profesor był przede wszystkim kibicem Cracovii, co zresztą potwierdził Tadeusz Różewicz dedykowanym mu opowiadaniem Kibice, wspominając po blisko pół wieku towarzyski mecz między Koroną Radomsko a Cracovią: „Kazimierzu! Czy dobrze pamiętam nazwisko napastnika Cracovii? Czy pamiętam nazwisko gracza? Kazimierzu, czy pamiętam koszulki, barwy klubowe… Ty jeden możesz rozstrzygnąć moje wątpliwości…”.

To w Krakowie. Ale i w Warszawie, której poświęcił tyle przejmujących stron, Kazimierz Wyka pozwala mi chodzić poniekąd swoimi śladami. Otóż w tekście na temat zredagowanego przez Różewicza wyboru liryki Leopolda Staffa Kto jest ten dziwny nieznajomy, dodaje, że ilekroć idzie do Pałacu Staszica, gdzie mieści się IBL, przechodzi obok domu na rogu Nowego Światu i Ordynackiej i widzi tablicę poświęconą poecie, który tutaj mieszkał pod koniec życia. Cóż, ilekroć idę (a najczęściej pokonuję tę trasę pieszo) z ulicy Wiejskiej – gdzie mieszkam pod numerem 14 i gdzie pod numerem 16 pracuję jako redaktor działu poezji miesięcznika „Twórczość” – do Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu, czy w ogóle na Starówkę, tylekroć mijam ów dom i widzę tablicę, która przykuwała uwagę literaturoznawcy. Tym samym refleksja Wyki do dzisiaj – w moim odczuciu – jest osadzona w konkrecie sprawdzalnym, z którym mogę skonfrontować się w każdej chwili.

6. Czy Kazimierz Wyka pomylił się kiedykolwiek jako krytyk? Cóż, sam przyznał się raz i drugi do błędu. Na przykład – na marginesie analizy poezji Stanisława Czycza i Leszka Elektorowicza – że rok wcześniej zbyt pochopnie uznał pojawiające się w najnowszej poezji „ślady katastroficzne” zaledwie „za czkawkę i modę literacką” (Echa katastroficzne), albo kiedy w relacji z podróży po Niemczech powrócił do Czerwonych tarcz Iwaszkiewicza: „Nie bardzo w roku 1934 tę powieść zrozumiałem. Wydaje mi się, że w roku 1972 rozumiem lepiej, zwłaszcza jej dwa zakończenia, dwa sensy historiozoficzne” (Dwa tygodnie w maju 1972). Przez długi czas żywiłem przekonanie, że pomylił się Wyka w książce o Różewiczu, stawiając tezę, że droga tego autora wiedzie od poezji przez dramat do prozy i że proza będzie głównym rodzajem artystycznej ekspresji autora Niepokoju. Książkę Różewicz parokrotnie czytałem wielokrotnie, ale dopiero lektura w czterdziestą rocznicę ukazania się tego dzieła uświadomiła mi, że przez te wszystkie lata nie dostrzegałem tego, co było na samym wierzchu: genialnej wręcz koncepcji „zamiennika gatunkowego”, który zaiste stanowił główny mechanizm napędzający twórczość Różewicza do końca jego dni.

Ano właśnie, Wyka to nie tylko krytyk poezji – czym głównie się tutaj zajmuję – ale także krytyk prozy. Co prawda we wstępie do planowanego wznowienia Rzeczy wyobraźni napisał: „Wydawało mi się i wydaje, że w ocenie poezji chyba mniej i rzadziej się myliłem aniżeli w sądach o prozie”, ale po jeszcze jednej lekturze Pogranicza powieści stawiam wniosek, aby to wyznanie profesora między bajki włożyć. W sądach o prozie nie mylił się; ponad wszelką wątpliwość się nie mylił. Rzecz zresztą nie w tym, że nie pomylił się – co czas wykazał – oceniając wysoko utwory autorek i autorów tak różnych, jak: Zofia Nałkowska i Maria Dąbrowska, Jerzy Andrzejewski i Tadeusz Borowski, Adolf Rudnicki i Leopold Buczkowski, Teodor Parnicki i Antoni Gołubiew, tak jak nie pomylił się w interpretacjach utworów, nawet jeśli nieco przeszacował ich znaczenie: Wojciecha Żukrowskiego, Jerzego Putramenta, Tadeusza Hołuja – pisarzy raczej już dzisiaj nie czytanych. Natomiast rzecz w tym, że główna teza tej książki o przekraczaniu granic powieści i w ogóle granic prozy stricte beletrystycznej, fabularnej, w kierunku prozy reportażowej i eseistycznej okazała się z czasem wręcz wizjonerska.

Zdając sobie sprawę z ograniczeń, jakim podlega krytyka – w tekście o liryce Stanisława Grochowiaka skonstatował wszak nie bez smutku: „Pamięć krytyków i ich zdolność skojarzeń bardzo jest krucha w tym kraju! Poza oczywistości wykraczać nie lubią i nie umieją!” (Barok, groteska i inni poeci) – poza stereotypy interpretacyjne wykraczał programowo i nieustannie. Ale to tylko połowa prawdy, bo przecież najczęściej występował Wyka jako krytyk pierwszy: omawiał i wartościował tomy poezji, zbiory opowiadań lub esejów, powieści – o których nikt przed nim jeszcze nie pisał. Na nikogo się nie oglądał, bo też i na nikogo nie miał szansy się oglądać. Był nie tylko krytykiem pierwszym, ale także jedynym, klasą sam dla siebie. Dla przykładu poezję Miłosza z poezją Przybosia zestawił i skonfrontował już w roku 1946, a więc na wiele lat zanim Jan Błoński (drugi po Jerzym Kwiatkowskim laureat Nagrody im. Kazimierza Wyki!) sformułował głośną i obowiązującą do teraz tezę o linii Miłosza i linii Przybosia, determinujących rozwój czy raczej przemiany poezji polskiej.

Wizjonerem okazał się także w esejach pisanych w czasie okupacji – gdy nic oprócz śmierci nie było pewne – składających się na książkę Życie na niby. Z nakreślonymi tu zagadnieniami, z przedstawionymi diagnozami, wreszcie z postawionymi pytaniami zmagamy się dosłownie do teraz. Być może nawet dzisiaj okazują się aktualniejsze niż dajmy na to ćwierć wieku temu. „Tym razem spod miecza niemieckiego kata, dokonującego nie widzianej w dziejach zbrodni, sklepikarz polski wyciągnął klucze od kasy swego żydowskiego konkurenta i uważał, że postąpił jak najmoralniej. Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa” – nie mogę przestać myśleć o tych dwu zdaniach. Odnoszę wrażenie, że wreszcie teraz, dopiero teraz ośmielamy się z tą brutalną prawdą rozliczyć.

7. Zanim Życie na niby się ukazało, a ukazało się dopiero w roku 1957, Kazimierz Wyka opublikował – w kilka miesięcy po wyzwoleniu Krakowa – na powielaczu antologię Z lat wojny. Poezja polska 1939–1945 (na okładce widnieją daty 1938–1945, sic!); czterostronicowy wstęp opatrzył datą 31 maja 1945 roku. Jeśli się nie mylę, to jedyna antologia poetycka, jaką krytyk zredagował. W tej liczącej około siedemdziesięciu stron publikacji nie dość, że zebrał Wyka powstającą najczęściej w konspiracji (bo także na emigracji) twórczość polskich poetów, z których nie wszystkim dane było przeżyć wojnę, ale też dokonał jej pionierskiej interpretacji, dokonując podziału zebranych wierszy na cztery tematyczne części. Są tu Broniewski i Czechowicz, Przyboś i Wierzyński, Baliński i Łobodowski, Świrszczyńska i Miłosz, Staff i Tuwim, Baczyński i Gajcy, a między nimi autorzy pomniejsi: Maria Morstin-Górska i Józef Nacht, Jan Huszcza i Helena Wielowieyska, Jerzy Pogorzelski i Zbyszko Bednorz czy prawdopodobnie autor jednego tylko wiersza zatytułowanego My Ślązoki i podpisanego pseudonimem „Szczepon”. Gdy w tych dniach sięgnąłem do egzemplarza, jaki mam w domowym archiwum, wysunęła się z niego wycięta przeze mnie niegdyś z prasy reprodukcja wielokrotnie publikowanego zdjęcia, wykonanego latem 1941 roku w tartaku w Krzeszowicach przez młodszą siostrę Kazimierza – Barbarę, podówczas szesnastoletnią. To jedna z najsłynniejszych fotografii w historii literatury polskiej XX wieku: na stosie desek siedzą Andrzejewski, Miłosz i Wyka – najwybitniejsi przedstawiciele swojego pokolenia, którzy po wojnie będą nadawać ton polskiej poezji, prozie i krytyce. Fotografia ta zresztą doczekała się kilka lat temu wszechstronnej analizy, przeprowadzonej przez córkę krytyka – profesor Martę Wykę (Czytanie w głąb okupacyjnej fotografii).

We wspomnianych przeze mnie na początku studiach o Panu Tadeuszu znakomity literaturoznawca wykreował sugestywną figurę „gospodarza poematu”. Myślę, że przygotowując tę antologię – a warto byłoby ją odczytać na nowo i tak, jak na to zasługuje – postąpił właśnie niczym gospodarz, odpowiedzialny za to, co w poezji polskiej w czasie wojennej pożogi powstało i co ocalało, co powinno być jak najszybciej uporządkowane i przedstawione czytelnikowi.

W tym samym 1945 roku zaczął Wyka wydawać w Krakowie miesięcznik „Twórczość”. Pierwszy numer, jaki się ukazał, to numer sierpniowy. Otwierają go trzy wiersze Staffa i opowiadanie Iwaszkiewicza Stara cegielnia, potem idą wiersze Miłosza i proza Andrzejewskiego, następnie wiersze Przybosia i proza Jalu Kurka. W numerze także szkic samego Wyki Gospodarka wyłączona – zasadniczy rozdział Życia na niby – a wśród autorów krótszych tekstów Hanna Malewska i Jerzy Zawieyski oraz krytycy Kazimierz Wroczyński i Kazimierz Czachowski. Wszyscy w jednym numerze, pod jedną okładką! Po pięciu latach zabrano Wyce „Twórczość” (ostatni przez niego sygnowany numer to 4/5 z 1950 roku) i przeniesiono do Warszawy pod redakcję Adama Ważyka, o czym w stosownym komunikacie na końcu numeru 3 i powtórzonym na początku numeru 6 poinformował wiceprezes ZLP Leon Kruczkowski (który nota bene jako naczelny sygnował numer 1 z 1945!): Ważyk naczelnym, Wyka przedstawicielem redakcji w Krakowie, Jan Kott zaś we Wrocławiu.

Wspominając raz i drugi po latach krakowską „Twórczość”, Wyka przypominał, że sekretarzem redakcji był Karol Kuryluk (jednocześnie szef „Odrodzenia”), w redakcji pracowali także Wilhelm Mach oraz Rafał Glücksman, przedstawiciel Drukarni Narodowej, odpowiedzialny za kształt graficzny pisma; nota bene – tytuł miesięcznika zaś podpowiedział czy wręcz wymyślił sam Przyboś. Redakcja mieściła się na czwartym piętrze kamienicy przy ulicy Basztowej 15, z jej okien rozciągał się: „najpiękniejszy widok na miasto, jaki istnieć może” (w tekście Gawęda nad Staffem), „Całość była, i oby do końca tzw. świata pozostała, była więc z widokiem na śródmieście Krakowa. Obronne baszty i kościelne wieże. Wawel nad nimi, kopce z boku, Las Wolski to właśnie panorama. Jak wyspa, jak soczewka architektoniczna, obciągnięta wokół przybrzeżem Plant. To zielonym, to niekiedy ośnieżonym, to najczęściej czarnym i mokrym, zgodnie z krakowskim klimatem” (w tekście Nad archiwum „Twórczości”). Już chciałem powiedzieć, że gdyby dzisiaj spojrzeć na Kraków z perspektywy czwartego piętra Basztowej 15, naszym oczom ukazałby się dokładnie taki właśnie widok: czarnego i mokrego Krakowa… Ale nic z tego, dzisiaj w Krakowie słońce i czyste niebo.

8. Redakcja „Twórczości” w Warszawie mieści się na parterze w oficynie przy ulicy Wiejskiej. Widok z okna mamy nie tak imponujący, bo na podwórko, na tzw. studnię. Tylko tyle widzimy. Oczywiście widzimy nadchodzących do redakcji autorów i autorki, rzecz jasna.

Za Jerzego Lisowskiego, który objął funkcję naczelnego w 1980 roku po śmierci Iwaszkiewicza, także pamięć o Wyce, założycielu „Twórczości” i twórcy jej – z braku lepszego określenia – programowego i kompozycyjnego idiomu jako pisma otwartego na nowatorów i tradycjonalistów, buntowników i konserwatystów, realistów i nadrealistów, młodych i starych – była kultywowana. Wiem, co mówię, bo to Lisowski przyjął mnie do pracy w „Twórczości”. Wiem też od niego, że pamięć o pierwszym redaktorze kultywował także z wielką rewerencją Iwaszkiewicz.

W styczniu roku 2020 wypadła 45 rocznica śmierci Kazimierza Wyki, w marcu świętować będziemy 110 jubileusz jego urodzin, nagroda jego imienia przyznawana jest od 40 lat, latem zaś będziemy świętować 75 lat „Twórczości”. Wszystkie numery – a w tym roku ukaże się numer 900! – stoją w dużej czarnej staroświeckiej szafie. Biada temu, kto zajrzy do roczników sprzed siedemdziesięciu czy pięćdziesięciu laty… Przepada na długie godziny.

Jesteśmy trzecim pokoleniem redagującym „Twórczość” i chociaż to nie taka sama „Twórczość”, co kiedyś – cóż, w ciągu tych siedemdziesięciu pięciu lat także Polska zmieniła się nie do poznania – to jednak żywię nadzieję, że w pewnym szczególnym sensie sprawiającym, że czuję się nieustannie wyróżniony pracując i publikując w „Twórczości” – jest to dalej to samo pismo, służące temu, co w literaturze polskiej najlepsze. Tak samo czuję się wyróżniony w tej chwili, odbierając Nagrodę im. Kazimierza Wyki – najważniejszą nagrodę, jaką mnie w życiu obdarowano.

Trawestując zakończenie jednego z błyskotliwych szkiców autora Rzeczy wyobraźni: „byłbym zapomniał dopisać” – w chwilach krytycznoliterackiego zwątpienia, w chwilach krytycznoliterackiej bezradności sięgam po książki Kazimierza Wyki, szukając w nich nie tylko inspiracji, ale także, a raczej – przede wszystkim potwierdzenia, że to, czym zajmuję się od dobrych trzydziestu pięciu lat, jednak ma sens.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.