05/2020

Rafał Pietrzyk, Paulina Miękoś-Maziarska

Pocztówki z Ochrydy

I.

Człowiek może rabować,
jak długo to służy jego celom,
ale kiedy rabuje się innych,
ten, który rabował,
zostanie obrabowany w odwecie.

Budda Sjakiamuni


Jest późno. Ciemno. Poczerniałe deski jęczą ze zmęczenia, kiedy człapię, żeby dogrzać wody. Cała kamienica płacze wspomnieniami, opłukując się z przeżytych dni. Targana pogodowymi kaprysami Boga czy kalekim chodem moich stóp. Zostałam sama w piecu własnego życia, więc tak samo wronię. Tak krążę. Chodzę po ścianach, żeby tylko nie siedzieć. Zdrowego ciała nigdy nie zauważasz, ale uwiędłe szybko staje się klatką. Więzieniem, w którym własne kości zastępują kraty. Wszędzie woda, choć nie ma żadnej wody. Można uciec zewsząd, ale nigdy nie uciekniesz od siebie. Nie na zawsze. Możesz tylko się stracić na pewien czas. Wracam pod obrys okna. Wieje wiatr. Na zewnątrz, wśród podobnych ruin, jaśnieje nitka drogi nabita resztką pomarańczowej poświaty. Stoję i myślę. Układam w głowie fragmenty, scalam wydarzenia i przypisuję datom pory roku. Patrzę na to wszystko. Chryste. Przecież my tu stąpamy po kościach ojczyzny. Głód, bieda, syf. W jednym kuligu żywi i pomarli.

Jest już woda. Wracam. Pochyłość zbombardowanego domu rzuca mną na prawo. Żyję tu już długo. Szczurom po kształtach cieni nadałam imiona. Zaraz zacznę pisać, tylko ogrzeję dłonie o szkło słoja. Czubki palców ogrzeję. Mogliby nam zesłać jakiegoś Mojżesza. Użyczyć śmierci z kosą, szumu opętania. Za chwilę zacznę. Napiszę wszystko, jak pamiętam, a co zapomnę, dodam z wnętrza siebie. To dopuszczalne. W tęczy szaleństwa każdy kolor może być zmyślony.

Siadam przy tym, co zostało z okna, obserwując noc. Wygasłe miasta mają to do siebie, że piękniej nad nimi wyglądają gwiazdy. Akordy planet rozbijają wieki na mgnienia. Nieważność trwania dodaje otuchy. Tak. Trzeba to zrobić i iść. Przeć. Wyśnić cel i po niego pójść. Nie patrzeć jedynie przez obłupane dziury sztachet płotu. Trzeba to zrobić, zakończyć. Tak, żeby krew ekstazę przetworzyła w końcu w bezwład rąk. Zaczynam. Nie ma już na co czekać.

– Lomača osvetljava put1

Codzienna droga. Ta sama i po to samo – wyżebrać, by móc coś zjeść. Spuścić głowę, uciec wzrokiem, poprosić, przeprosić, epatować obcych ludzi własnym bólem. Nieudolność istnienia. Bo jakoś trzeba trwać.

Niski, szary pułap chmur, mżawka, wiatr. Kobieta nakryła głowę chustą, przeciskając się pomiędzy handlującymi i ich uliczną klientelą. Szła do człowieka, u którego kupowała każdego dnia. Poczciwy chłop, wrażliwy na cudzy kłopot. Chciała tylko pieczywo, makaron, masło i sól. Nie śmiałaby prosić o mięso. Dawał jej na kreskę od ponad miesiąca. Tylko on, na całym targowisku. Jednocześnie oboje zdawali sobie sprawę, że jeśli nawet jakimś cudem kobieta spłaci dług, nie dalej jak po trzech dniach spuści przepełniony prośbą wzrok kolejny raz.

Podeszła z pokornym uśmiechem, starając się nie sprawiać wrażenia nachalnej i zdesperowanej, jednak Damir tym razem nie uraczył jej zwrotnym pozdrowieniem.

– Dzień dobry – zagaiła niepewnie. Głos uwiądł w gardle, czekając na zachętę z jego strony. Sprzedawca zacisnął usta. Kobieta przygryzła wargę, uciekając wzrokiem przed jego twardym spojrzeniem.

– Wiem, Iva, wiem – odezwał się po chwili.

– Tylko parę rzeczy, dosłownie trzy. Chleb…

– Nie!

Źrenice nędzarki rozszerzyły się zdzielone osłupieniem.

– Damir, proszę, ostatni raz.

– Tak, myślę, że właśnie tak – potwierdził.

– Ostatni.

Siatka z zakupami wrzynała jej się w palce. Wzięła więc, skoro pozwolił jeszcze ten raz, mięso, ziemniaki, cukier, mąkę i nawet marmoladę. Starczy na kilka dni.

A potem Bóg jeden niech weźmie ją pod opiekę. Padnie na kolana pośrodku targu i poprosi, by dał jej chociaż chleb.

Uczucie ulgi i świadomość jej krótkotrwałości. Od małego sukcesu do cyklicznej porażki, przejawiającej się wyczerpaniem zapasów. Od lat nie miały zapasów. W zasadzie nigdy ich nie doświadczyły. Symptom życia z dnia na dzień – poczucie bezpieczeństwa, którego brak. Półistnienie.

*
Jovana przywitała matkę uśmiechem, a na widok, że przyniosła w siatkach więcej niż zazwyczaj, jej radość przerodziła się w zachwyt. Zachwycony był w tym momencie każdy rachityczny robal, kryjący się w zakamarkach izby, bo choć kobiety zjadały zazwyczaj wszystko do ostatniego kęsa, szanse, że tym razem coś zostanie, wzrosły. Iva usiadła przy stole, wpatrując się w rozpakowującą zakupy córkę. Ta wymacała marmoladę, rozchylając w niedowierzaniu usta. Następnie podsunęła pojemnik niemal pod sam nos, próbując odczytać napis.

– Mamo… czy my jesteśmy bogate?

– Nie, nie jesteśmy. – Iva zrzuciła schodzone sandały, dając ulgę opuchniętym stopom.

– Przeczytałaś? Co tam jest napisane?

– Mar-mo-la-da.

Matka przytaknęła, zamykając powieki nasycona dobrym nastrojem. Przeczytała, więc nadal widzi.

– Dużo kupiłaś – cieszyła się dziewczyna. – Mamy dużo jedzenia.

– Tak, skarbie, mamy dużo jedzenia. – Sfatygowane oparcie krzesła przyjęło ciężar pleców. Starała się delektować, nie myśleć, nie martwić. Zatrzymać chwilę. – Mamy dużo jedzenia…

*
Nigdy nie piekła szczurów, ale wiedziała, że są w kamienicy razem z karaluchami i innymi lokatorami. Mijała kolejną ulicę, bijąc się z myślami. Czy mogłyby jeść robaki? Skrzywiła twarz na ten pomysł. Ona jeszcze jakoś by to zniosła, ale Jovana? Nie mogła zrobić tego własnej córce. Jej dziecko traciło wzrok, ona natomiast walczyła z coraz częstszymi napadami kaszlu, ale wytrzymałaby wszystko…

Damir czekał. Widziała to w jego wzroku. Zero zdziwienia, zero oburzenia, jedynie oczekiwanie. Wiedział, że przyjdzie. Nie uniósł się. Miał inny plan. Dawno temu pomyślała, że istnieje zajęcie, które od zawsze przynosi zyski i to nie zmieni się zapewne nigdy, ale ona, kobieta zjełczała przeżyciem zbyt wielu trudnych dni, jak czerstwa pajda czy zleżały owoc, nie miała na nie szans.

Patrzyła w oczy sprzedawcy, zastanawiając się, jak wiele mogłaby poświęcić i jak niewiele ma wyjść.

– Jak widzisz, nie jestem zaskoczony, że przyszłaś.

– Wiesz, że nie mam…

– Dostaniesz tylko chleb – stwierdził twardo, nie zwracając uwagi, że próbuje wcisnąć kilka słów. – Jutro o dwudziestej przyjdziesz po więcej. I po propozycję. Podejdź. Podam ci adres.

*
Bryła kamienicy poznaczona obłupaniami powojennych pęknięć już od frontu informowała, że gości nie przyjmuje, a jedynie wchłania. Odruch obronny kazał Ivie zatrzymać się przed drzwiami. Zlustrowała budynek raz jeszcze. Damir zachęcał, jedną ręką obejmując kobietę, drugą zapraszając do środka. Weszli w okadzoną brudem klatkę schodową, gdzie namiastka światła próbowała strzaskać mleczną szybę. Niewytłumiona przestrzeń oddawała echem odgłos kroków. Na drugim piętrze ściany ozdobione filozofią wyrażoną sprayem – młodzieńcze sentencje, tabula rasa po zderzeniu z brakiem sensu i buntem. Pożółkła biel drzwi, metalowa klamka klejąca się od zarazków.

Weszli.

W środku ascetycznie i schludnie. Owalny stół, wysokie krzesła, balkonowe drzwi ogołocone z firanki. Człowiek wpatrzony w zaokienną dal odwrócił się i Iva usłyszała powitanie, stłumione własnym walącym serduchem. Mężczyzna o imieniu Vuk przystawił krzesło, zachęcając, by także usiadła. Damir odpalił papierosa.

– Jesteś matką – bardziej stwierdził, niż zapytał nieznajomy. Kobieta uciekała wzrokiem, on przeciwnie. Nawet kiedy obszedł krzesło, siadając naprzeciwko niej, czarne oczy pozostały nieruchome.

– Matki muszą być silne. Jak twoje zdrowie?

Wzdrygnęła się.

– Odpowiedz. Nie bój się.

I wtedy uderzył miks myśli, wniosków, refleksji, przypuszczeń, pewności, strachu i nadziei jednocześnie. Wiedziała, że czegoś od niej chciał – w tym kraju, w tych czasach dobro było towarem, miało cenę. Wszystko na tym świecie miało cenę. Czegoś chciał, ale nie miało to powiązań z jej seksualnością. Domyślała się od początku, teraz jedynie upewniając. Chodziło o coś gorszego, trudniejszego do zdobycia, czy też… wydobycia. Tak, pomyślała. Może chcieli jej coś wyciąć, jakiś organ, nerkę? Oswojona z nowym miejscem i obecnością mężczyzny, odczuła, że serce wyrównuje rytm, ciężkości nabrał jednak oddech. Czy oddałaby mu coś z siebie? Z wnętrza ciała? Za jaką cenę? Za ile? Za chleb?

– Po co ją przyprowadziłeś, skoro nie chce rozmawiać? – skierował pytanie do Damira. Kupiec wbił w kobietę zalękniony wzrok.

– Iva… Chcemy tylko pogadać. Potrzebowałaś pomocy. Vuk – wskazał towarzysza – oferuje pomoc.

Zebrała myśli, odsiewając najmroczniejsze wizje.

– Zdrowie nie najlepiej, proszę pana. Różnie. Raczej źle.

– Opowiedz, proszę. Mów, Iva. Powiedz, co ci jest.

– Krążenie, drętwieją mi nogi do kolan… Duszności, kaszel. Ale ja to nic, moja córka, Jovana… Ona traci wzrok.

Vuk potarł brodę.

– Jesteście same? Gdzie ojciec twojego dziecka?

– Wyjechał. Zabrała go wojna.

– Zabiera wielu – uzupełnił filozoficznie myśl. – Damir mówił, że głodujecie, że bieda. Kiedy ostatnio kupiłaś jakieś leki? – Rozchyliła usta, czując pieczenie spierzchniętych warg. Pomyślała, że ją skarci, głośno powie to, o czym od dawna niemym krzykiem wołało sumienie. Wykrzyczy, że powinna leczyć córkę. Powinna o wszystko dbać. W końcu wyszeptała, że jej po prostu nie stać.

– A chcesz, żeby było cię stać?

Pytanie zawisło nad nimi, osiadając w kolejnych sekundach milczeniem. Porozmawiali jeszcze przez moment. Mężczyzna wypytał o zainteresowania córki, o szczegóły choroby i detale codziennego życia. Gdy zapytała, czy chodzi o nerkę, uśmiechnął się pobłażliwie.

– Przejdziesz pewną drogę, Iva. Jeśli oczywiście wyrazisz chęć. Drogę Via Egnatia. Bardzo długą i zabawnie krótką jednocześnie. Zależy, jak na to spojrzeć. – Zamyślił się. Kobieta natomiast słuchała. – Wejdziesz do wanny. Po szyję. Będziesz widzieć, oddychać, słyszeć. Będziesz mogła krzyczeć, to ponoć uśmierza ból – wypowiadał kolejne krótkie informacje, zatrzymując się po każdej na chwilę namysłu, jakby w międzyczasie wizualizował opowiadane rzeczy. – Woda będzie gorąca. Bardzo gorąca… Temperatura wprawiająca ją w ruch, bąbelki. Gotująca.

– Co? Chcecie mnie ugot… – oburzyła się, jednak nie dał jej dokończyć.

– Spokojnie. To tylko droga, którą możesz przejść i wymienić swój los. Na lepszy. Lżejszy. Dwie i pół minuty kąpieli we wrzącej wodzie. Płacę dobrze. W dolarach amerykańskich. Dostaniesz lepsze lokum. Dużo pieniędzy na jedzenie. Leczenie dla Jovany.

– Ale… ale dlaczego…

– Koncepcję Via Egnatia wytłumaczę, gdy przetrawisz najpierw tę informację. To nie sadyzm, ale eksperyment. Nie chcę ci robić krzywdy.

– Chcesz mnie zagotować – szepnęła niemal niesłyszalnie. – A jeśli… umrę?

– Robiliśmy testy. Na przeżycie masz czterdzieści procent szans. Wytrzymasz, jeśli wytrzyma serce. Podleczymy cię najpierw. Medyk będzie obok cały czas. Dwie i pół minuty, a potem wyleczymy Jovanie wzrok i uwierz mi, Iva, długo będziecie miały co jeść.

Patrzyła osłupiałym wzrokiem, Vuk kontynuował.

– Ostatnia rzecz. W takiej sytuacji naturalnym odruchem obronnym jest ucieczka. Zostaniesz przypięta skórzanymi pasami. Jeśli się zdecydujesz, nie będzie możliwości rezygnacji. Przemyśl to na spokojnie.

Z tym dylematem i dwoma siatkami zakupów opuściła starą kamienicę. Są chwile, kiedy droga rozgałęzia się na dwie mniejsze dróżki. Potrzebowała zastanowienia, modlitwy, podpowiedzi. Kapliczki na bezdrożu. Czegokolwiek.

Miała czas do końca tygodnia.

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.