11/2020

Miłosz Waligórski

Podroby, patrochy

Sadło ze mnie, hreczkosieja z Sadu.


W głębi spreparowanych zwierząt, między trocinami, których domem są skóry toczone przez bakterie, w dni majowe 2015 roku panował bezwzględny mrok. Wióry, pierze, słoma, włosy, cała ta kuczma kłaków nie wpuszczała do środka nawet cienia, a co dopiero światło. Cuchnęło naftaliną. Wzdłuż korytarza ciągnęły się szafki, witryny, biblioteczki bez szybek, wieszaki, stojaki, pozbawione siedziska krzesła z oparciem w kształcie pętli… Kolumny wspierały piętro z salą dla zwiedzających, po obu stronach powracał refren odrutowanych żarówek o mocy dwudziestu watów. Może dlatego – przez odrutowanie – tyły muzeum jawiły mi się jako woliera. Na końcu była kanciapa sprzątaczek, a trochę dalej moje M-2.

W Muzeum Rolnictwa spędziłem sześć tygodni. Sam, człek wśród czuczeł. Codziennie wsłuchiwałem się w niebyłe pohukiwania sów, czuszykanie cietrzewi, turkot synogarlicy, gruchanie zapowietrzonej turkawki. Wyobrażałem sobie, że żyją, a przecież były eksponatami, i to drugiej kategorii, odstawionymi na zaplecze z powodu defektu. Brak jednej nogi, oklapnięte ucho, wyliniała sierść, zez zbieżny. Należały do gatunku kukiełek, animalkulusów wypranych z uczuć, odruchów i piękna.

Cechą tych stworów był niedomiar. Mimo niekwestionowanej wyższości, jaką miały nade mną – wszakże odebrana została im wątpliwa przyjemność szybkiego rozkładu – czułem niemoc ich obecności. Nie w sensie ducha, lecz materii. Jakby więź między tym, czym były teraz, a tym, czym były kiedyś, uległa rozmyciu. Pomyślałem, że warto nadać im nowe imiona, bo przecież z pakułami zamiast ciała wewnętrznego, bez nadziei na ruch, który konserwuje, nie mogły nazywać się „jastrząb”, „krowa”, „flądra”, „orzeł”, „niedźwiedź”. Te wybierkowe pałuby bliżej miały do podróbek bez podrobów niż do pomników fauny Węgier.

Okazy najpiękniejsze, szczelnie obciągnięte lśniącą skórą umieszczono wyżej, w części dla turystów. Wypinały piersi, prężyły muskuły i sprawiały wrażenie, jakby rzeczywiście mogły jeszcze coś wskórać. Ale kiedyś ktoś fachowo je zabił, odgłowił, łby wypatroszył, mięso wyżyłował. Ten ktoś nie został za to ukarany. Jak Béla Kiss, który w oddalonej o trzynaście kilometrów Cinkocie trzymał w beczkach zamary­nowane dwadzieścia cztery ludzkie ciała. Podobno chciał je sprzedać na szynkę albo metkę… Dlatego, idąc korytarzem, zastanawiałem się, co tak we mnie bulgoce. Czy to kałdun, ciepłe wnętrzności zwierzyny łownej? (Jeśli żarcie rzeczywiście określa byt, takie pytanie nabierało ciała). W powietrzu zawisła wisceralna rewolta.

Puszczyk łypał na mnie podrabianym okiem (we wczesnych latach sześćdziesią­tych XX wieku fryzjer Grzebyta z Damasławka na gałki ze szklanych kulek mówił klary); jastrząb w szacie godowej, lecz o spojrzeniu nijakim, wypłowiałym, jakby nie czuł się pogromcą gołębic ani nie żywił urazy za los, posyłał mi nieme pytanie, czego tu szukam; nabita na żerdź wypitwana flądra liczyła ostatnie łuski; orzeł przedni, który stał się nielotem, a wyścig po rybę przegrałby nawet z pingwinem, błagalnie unosił łeb ku powale zasnutej pajęczyną; jenot, kaczka, jeleń i łoś nie zwracali na mnie uwagi.

Wśród nich zaplątał się mały wróbelek w kaftaniku obszytym białą koronką, przymocowany do ściany jednym wbiciem przedstawiciel gatunku Hapax legomenon. Na nim skończę wyliczankę, aby ciśnienie taksonomii nie odjęło mi oddechu. Wszystkie te zwierzęta nie żyły. To pewne. Nie żyły, spektakularnie zapadając się w siebie. Co najmniej jak powstańcy warszawscy. Przy ich nie-życiu moje życie wyglądało niewyraźnie. Serwując sobie ciągły ruch, żywcem poddawa­łem się plastynacji. Z czasem jednak zacząłem się do nich upodabniać. Czerniałem pod pachami. Z ucha wystrzeliły mi rysie pędzelki, zeszkliło mi się oko. Pachniałem pleśnią. Trzeba było działać. Razem z drutem wyrwałem wróbelka ze ściany.

Nie zastanawiając się, czy wyniesienie go z muzeum na słońce będzie aktem nekroprzemocy, udręczeniem podwójnie martwej, bo niepochowanej istoty, czy też naiwną próbą zgalwanizowania jej prądem żywego towarzystwa, położyłem wróbelka na ciepłej dłoni (drut sterczał w bok) i wyszedłem z nim do parku. Nieste­ty, niczego to nie zmieniło. Jaki był, taki i został – martwy, bez szans na reformę, wiecznie śmiertelny. Nadleciała jaskółka, przycupnęła obok i zaraz pofrunęła dalej. Tak, przyroda nań kichała, a ludzie gwizdali. Przez Lasek Miejski przemykali ksobni mężczyźni i oszałamiające kobiety: „szwaczka śniła o tym, że jest hrabianką, porzucona całowała niewiernego kochanka, bezdzietna matka bawiła się z gromadką dzieci” – lecz nikt nie upomniał się o Elemelka.

Zostawiłem go tam i wróciłem do M-2 w Vajdahunyadvár, średniowiecznym zamku zbudowanym, najpierw z gipsu i dykty, pod koniec XIX wieku w Peszcie i będącego repliką zamku w Hunedoarze oraz kilku innych budowli rozsianych po terenach Wielkich Węgier. Mieszkałem więc w replice, fałszywce, atrapie, podróbce, a dokładniej w tej części repliki, fałszywki, atrapy, podróbki, gdzie renesans spoufala się z barokiem. Wszedłem do pokoju, zrzuciłem ciuchy, wdrapałem się nagi na parapet i przeciągając się, wyeksponowałem kałdun. Chciałem zajmować w oknie jak najwięcej miejsca, tak żeby zgromadzeni pod nim turyści widzieli w pełnej krasie i obfotografowali moje ostateczne przerodzenie w czuczeło. – Wypchajcie się – krzyczałem – wypchajcie, póki czas, będziecie wolniej się zużywać! – Ale zza podwójnej szyby mogli tylko czytać z ruchu moich warg.

Jeśli byli wśród nich poloniści znający język na poziomie C2, może coś zrozu­mieli. Nie robiłem sobie jednak większych nadziei. Stałem na widoku, obnażony i owłosiony, a Japonki zamiast cykać fotki baszcie Katarzyny, powiększonej kopii Bramy Katarzyny z Braszowa, cykały fotki mnie, kopii wywnętrzonego barana, sokoła na drewnianej podstawce, jenota, jelenia i łosia, tłustej małpy. Gdyby któraś z nich jakimś cudem zajrzała mi przez szyję do środka, co by zobaczyła? Same dziwy! („Nu, niech pani przeczyta, co tam napisano”). W moim wnętrzu zachodziły zmiany.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.