06/2020

Kazimierz Brakoniecki

Podróż do Kłajpedy

[…]

Wtorek, dziewiąta, niewielkie przejaśnienia, pogoda niepewna, jestem przecież nad morzem.

Przygotowuję się do wyjścia, uliczka brukowana, rano lepiej widać te sympatyczne domki poniemieckiego kroju. Jak długo będziemy mówić „poniemieckie”? Czy we Lwowie mówią popolskie? Nie sądzę.

Jest godzina osiemnasta, powróciłem. Konferencja toczyła się po litewsku i częściowo po rosyjsku ze względu na liczną delegację oficjalno-literacką z Kaliningradu. Na ścianach domniemane i wyobrażone podobizny poety, ponieważ autentycznych nie ma. Donelaitis prezentował się (stosownie do epoki) jako natchniony romantyk, żylasty stachanowiec, ideowy Aryjczyk, zamyślony pastor. Trochę opowiedziałem po polsku o poecie i tłumaczu Donelaitisa na polski Zygmuncie Ławrynowiczu, przeczytałem wiersze o Kaliningradzie i Kłajpedzie, które powstały w wyniku tych wcześniejszych wojaży. Publiczność w wieku leciwym lub późnośrednim obu płci. Opowieści o Donelaitisie trochę pobudziły starszą widownię, ponieważ pojawiło się mocne i podchwycone gremialnie pytanie, dlaczego litewskiego barda tak ogromnie upodobali sobie (a nawet przysposobili) Niemcy. Pojawiła się odgrzewana obsesja i niewyleczone lęki przed niemieckimi rewanżystami typowe dla starszego i wychowanego lub dobrze funkcjonującego w ZSRR pokolenia. Dyskusję zakończyła Olga Dubowaja, dyrektorka wydziału kultury z Kaliningradu, podkreślając uniwersalne znaczenie poezji ojca piśmiennictwa litewskiego dla całej ludzkości. Poza tym dowiedziałem się, że ten luterański pastor i litewski poeta pochodzenia chłopskiego lubił pracę fizyczną, wybudował nowy zbór, wprowadzał różne innowacje techniczne, muzykował, troszczył się o oddany mu w opiekę lud boży bez względu na jego pochodzenie i mowę. No i ganił wiejskie wady. W sumie był postacią bardzo pozytywną i sympatyczną w obejściu. Dzieci nie zostawił. Podobno w Niemczech żyją dalsi krewni o nazwisku Donalies wywodzący się ze stron rodzinnych pastora i wielkiego poety. Jeden z jego potomków zginął na polskim froncie we wrześniu 1939 roku jako żołnierz Wehrmachtu. I dzieci mazurskiego barda Kajki też wyemigrowały do Niemiec zachodnich po wojnie.

Po konferencji suty obiad w siedzibie socjaldemokracji. Główny dyrektor biblioteki jest litewskim Polakiem, wybiera się do Olsztyna, gdzie bywa w ogóle ostatnio często, ponieważ tutaj po studiach zamieszkała jego zamężna córka. Mnie natomiast czeka przejażdżka na południe w stronę ujścia Niemna w okolice miasteczka historycznego Šilutė (Heydekrung: Szyłokarczma), z którym był silnie związany (i miejscem urodzenia, i treścią niektórych utworów o tematyce regionalnej) popularny w swoim czasie niemiecki pisarz i dramaturg Hermann Sudermann (1857–1928).

Spacer po poczęstunku alkoholowym dobrze robi. Dotarłem pod uniwersytet i usiadłem na ławce w atrakcyjnym parku z nowoczesnymi rzeźbami, głównie z lat osiemdziesiątych. Sztuka nowoczesna – abstrakcja, pierwotność, narodowość. Niektóre rzeźby całkiem niezłe. Jest też i historyczny monument, może poświęcony Armii Czerwonej/Radzieckiej, która i tutaj się wykrwawiła potwornie. W Olsztynie po 1990 roku dyskutowano gorąco, czy Armia Czerwona w styczniu 1945 roku wyzwoliła czy zdobyła Olsztyn (w opozycji do opcji komunistycznej o wyzwoleniu). Tak się złożyło, że Warmia z Olsztynem należały do Królestwa Polskiego w latach 1466–1772, więc rachunek nie jest jednoznaczny dla żadnej ze stron. Ja wybrałem taką opcję: Armia Czerwona zajęła niemieckie miasto Allenstein, a wyzwoliła dla Polski Olsztyn. Memel (od Memelburg – zamek nad Niemnem) stała się po raz drugi w historii Kłajpedą i po ucieczce jej poprzednich obywateli (w mieście pozostała kilkunastotysięczna zaledwie populacja Niemców oraz niemieckojęzycznych mieszkańców) Litwini ponownie objęli w posiadanie tereny nadniemeńskie i nadbałtyckie zwane onegdaj Małą Litwą. Tuż na północ od Kłajpedy znajdują się historyczne miasteczka żmudzkie o urodzie kąpielisk nadmorskich, jak Połąga czy nieco oddalona od wybrzeża Kretynga (własność Chodkiewiczów i Sapiehów) o bogatej polsko-litewskiej unijnej historii i międzyludzkiej przyjaźni (zaciemnianej niestety przez propagandzistów). To było historyczne i wąskie okno litewskie na Bałtyk.

Budynki uniwersytetu w kiepskim stanie, ale domy po sąsiedzku w dobrym. Przejeżdżają luksusowe auta marki zachodniej. Przechadzają się zadbane i ładne kobiety. W ogóle płeć żeńska o wiele bardziej urodziwa niż męska, ta jakby za mocno spospolitowana jeżeli chodzi o rysy twarzy i niezadbane sylwetki. Sowieckie i alkoholowe pokłosie? W Anglii też przecież nie znajdziesz na ulicy za dużo „urodziwych mord”, a geniuszu i pewności siebie im nie brakuje. Tylko że tam funkcjonuje stale absolutna przepaść (klasowa różnica) pomiędzy warstwami niższymi a wyższymi – podobna do tej, jaka dzieli rasowe konie od pociągowych. A teraz do tych pociągowych dołączyli, szukający szczęścia i funtów, Polacy i Litwini.

Po 1945 roku do takich odzyskanych miast, jak Kłajpeda czy Olsztyn, którym trzeba było dać i tożsamość, i adaptację, wprowadzili się głównie biedni i skromni rolnicy, plebejscy mieszkańcy miasteczek, dla których były Allenstein i była Memel stanowiły wyzwanie kulturowe i cywilizacyjne. Państwo polskie i litewskie (w ramach ZSRR) musiały tym ludziom stworzyć wiarygodną narrację ojczyźnianą i narodową. Czego dokonały, zajmując się najpierw walką z pozostałościami (od burzenia pomników i cmentarzy, po zmianę nazw własnych miejscowości i nazwisk) po hitlerowskich Prusach, Niemcach, polonizując i lituanizując pamięć, dziedzictwo, historię. W sumie podobne procesy zachodziły wszędzie tam, gdzie obca ziemia miała stać się „macierzą”. W latach trzydziestych hitlerowska III Rzesza germanizowała te pruskowschodnie nazwy miejscowości, w których znaleźć można było resztki obco brzmiących źródeł.

Za uniwerkiem plac K. Donelaitisa, na którym kiedyś podobno stał pomnik cesarza Wilhelma I. Tak jak i u nas w Olsztynie. Na cokole zastąpił go wieszcz Adam Mickiewicz. Wracam na główną ulicę Daukanto. Zauważam symboliczny cmentarz z „prawdziwymi” tablicami nagrobnymi poświęcony ofiarom terroru hitlerowskiego i komunistycznego. Najwięcej tabliczek informujących o całych rodzinach zesłanych na Syberię. Moją rodzinę też taka zsyłka dotknęła 10 lutego 1940 roku, więc dobrze rozumiem tę boleść i potrzebę upamiętnienia. Inna rzecz, że w stosunku do populacji Litwini bardziej ją odczuli, a trwała ona najpewniej do śmierci Stalina. Partyzantka antykomunistyczna też była liczniejsza w stosunku do populacji niźli polska. Nieźle się nachodziłem, ale nie dostrzegłem żadnego kościoła, a na pewno nie usłyszałem żadnych dzwonów kościelnych z dzwonnicy czy wieży. Ciekawe. Miasto zupełnie bezwyznaniowe? Ostatecznie pozostało tutaj co niemiara ludności rosyjskojęzycznej i w ogóle rosyjskiej, aczkolwiek o wiele mniej niż na Łotwie. Zdaniem Litwinów nie jest to więc jakiś poważny problem narodowościowy w odróżnieniu od („niepewnej ustrojowo, bo zsowietyzowanej” poniekąd) polskiej mniejszości z Wileńszczyzny. Przedwojenny pruskowschodni Allenstein otaczały wioski z Warmiakami mówiącymi w domu i okolicy po polsku, przedwojenne w całości polsko-żydowskie Wilno otaczały polsko-białoruskie wioski posługujące się swoistym dialektem polsko-białoruskim, litewski Vilnius, z którego wypędzono prawowitych polskich mieszkańców (a wcześniej zamordowano prawowitych żydowskich), otaczają świetnie funkcjonujące polskojęzyczne wioski. I tak się toczy ten nasz światek narodowościowych namiętności, które powinny zostać pogodzone w demokratycznych i federalnych Stanach Zjednoczonych Europy albo Rodzinnej Europy (poza oczywiście Rosją i Turcją). Ale to chyba mrzonka.

Rodzinna Europa Miłosza to Gimtoji Europa, przepisuję ten kultowy już tytuł w księgarni. Inna nazwa, która odwiedza moje myśli od pewnego czasu to „Terra tecta” (rodzaj dachówki, a w sensie symbolicznym to sekretna, tajemnicza, ukryta i podstępna ziemia – z Herodota; pasuje mi). „Terra nigra” – czarna ziemia, czarny pas na ceramice (a w sensie symbolicznym?).

Świetnie byłoby przyznawać tę kłajpedzko-kaliningradzko-olsztyńską nagrodę literacką „Terra tecta” imienia Donelaitisa. Jeżeli nie „Atlantis das Nordens” / „Atlantydy Północy”. Rzuciłem ten pomysł podczas obiadu ponownie do rozważenia. Czy znajdziemy fundatorów? Byłby świetny asumpt do zacieśnienia międzyregionalnych, międzynarodowych więzów kulturalnych ponad podziałami historycznymi, wyimaginowanymi, politycznymi. Nasze mikrohistorie zwyciężyłyby makrohistorie.

Zapisuję pospiesznie te notatki w pokoju hotelowym przy jaśniejszym niebie popołudnia przed kolejnym etapem dnia. Już na mnie czekają.

Czekali i już się denerwowali: Rimantas Černiaukas, dobrze znany mi od lat kilku sympatyczny szef „Baltiji”, matematyk z wykształcenia uniwersyteckiego i nade wszystko ceniony w Kłajpedzie pisarz, oraz Siergiej Isajew, nowo poznany redaktor rosyjskiego miesięcznika literackiego „Słowo” oraz szef klubu czy stowarzyszenia Ars Magna. Przy stole w nerwowy sposób opowiedział mi nieco o sobie, co wprowadziło mnie w stan lekkiego niedowierzania (czy to specjalna gra?). Siergiej kilka lat spędził w zakonie franciszkanów, matkę miał Żydówkę, ojca Rosjanina. Mówi po polsku i po czesku, bo jakiś braciszek w zakonie go nauczył. Gdzie? Sam uprawia literaturę. Dołączyli do nas kaliningradczycy: prozaik i redaktor Oleg Głuszkin (niegdyś inżynier na statkach rosyjskich i w stoczni), autor realistycznych powieści, ostatnio o tematyce biblijnej, oraz Olga Dubowaja. Siergiej, lekko podpity, nie szedł z nami na kolację do Rimantasa. Wszyscy byli żywo zainteresowani tym, czy nie zapomni swojej teczki, która na niego czekała w pewnej odległości. Zaciekawił mnie jego literacki (?) pseudonim „Clandestinus”, ale nie zapytałem, musieliśmy jechać, a „sumka” została odnaleziona.

Taksówką na osiedle. Kilkupiętrowe bloki z białej i czerwonej cegły. Widziane po raz pierwszy kilka lat temu oceniłem jako lepsze gatunkowo od naszych blokowisk, a na pewno od bloku, w którym sam mieszkam na olsztyńskim osiedlu. Tym razem nie wyglądały tak świeżo i elegancko. Za nasze dzielnicowe bloki powoli się „zabierają” (ocieplenie i malowanie), te jeszcze muszą widocznie poczekać. Wspólne dziedzictwo komunistyczne. Kłajpeda mocno ucierpiała pod koniec wojny, ponieważ siły niemieckie i niedobitki faszystowskich oddziałów Bałtów sformowały nad tą częścią Bałtyku potężną obronę wzmocnioną naturalnymi warunkami. W okaleczonym mieście długo straszyły ruiny jak w pobitym Elblągu. W mieszkaniu nie zaszły zmiany, ale pojawił się komputer, znak nowych czasów. I u mnie tak samo. Idziemy tym samym tempem. Na prowincji, ale jednak. Córki opuściły to duże i przytulne mieszkanie. Starsza studiuje w Gdańsku, młodsza bodajże w Berlinie. Gabinet redaktora i pisarza z tapczanem. Owoce i warzywa z własnej działki. I oni, i my, i Rosjanie dzięki takim działkom przeżyliśmy najtrudniejsze czasy. Oleg wygłosił pochwałę działek ogrodniczych („Bez nich byśmy głodowali i to jeszcze niedawno”!). Zaproszono również dwie panie, w tym poznaną wcześniej Dalię (znawczynię folkloru litewskiego), która, jak się okazało, lubiła „ironizować na temat polskich panów pijanych” (ale „nie piła do mnie”, bo pozostałem do końca biesiady trzeźwy jak Donelaitis na sowieckim portrecie). Rozmowa potoczyła się w języku postMiędzynarodówki, czyli postsowieckiego Kominternu, czyli po rosyjsku. Z przyjemnością słuchałem Rimantasa, który inteligentnie zabawiał gości, przytaczając sowieckie anegdoty literackie i obyczajowe. Postanowiłem czegoś więcej dowiedzieć się od Olega o kaliningradzkim pisarzu Juriju Bujdzie (!), który zaczął robić autentyczną karierę w Moskwie i Paryżu. To było dla mnie nowe nazwisko. Cóż, Bujda po pierwszych sukcesach zniknął z horyzontu obwodu i tyle! Próbowałem opowiedzieć o wrażeniu, jakie mi towarzyszyło podczas lektury jego znakomitej Pruskiej narzeczonej. „To coś w rodzaju waszego realizmu magicznego!” Bujda jest teraz rozrywanym pisarzem w Europie i siedzi w Moskwie, odparł Oleg, który sam jest realistycznym, warsztatowo świetnym pisarzem.

Rimantas wspomniał Tomasza Venclovę, który dwa lata temu przyjechał na festiwal poetycki do Kłajpedy. Obejrzeliśmy w komputerze zdjęcia. Venclova krytykuje i polski, i litewski nacjonalizm, wypowiadając się w tym temacie podobnie krytycznie, co Czesław Miłosz, unikając jednak najtrudniejszych tematów z okresu II wojny światowej (rozliczenie za współudział części populacji litewskiej w zagładzie Żydów, ale i u nas jest z tym podobnie). Dowcipna gospodyni wypytywała mnie, czy nazwisko „Brakoniecki” pochodzi od „kłusownika”, ponieważ braconner po francusku znaczy tyle, co kłusować, a w języku rosyjskim występuje zapożyczenie brakonier – kłusownik, i czy mam ze sobą „arużje” (broń). Broni żadnej nie miałem, a o innej męskiej nawet nie myślałem! Wybrnąłem z sytuacji, recytując po francusku i po polsku (w tłumaczeniu przepięknym Miłosza) wiersz Baudelaire’a Balkon, co zrobiło wrażenie, tym bardziej że okazało się, że jako jedyny z biesiadujących poznałem Paryż. Jeszcze to tutaj działa. Uścisnęliśmy się na pożegnanie po przyjacielsku. Za powrót taksówką zapłaciłem osiem litów. Dochodzi północ, kiedy kończę te zapiski w łóżku. Za oknem cieplejsza noc niż wczoraj. Przypomniałem sobie jeszcze, że ten „tajemniczy” Oleg, rosyjski Jewriej, wyznał, że wierzy w Boga bez pośredników, kleru nie znosi, a jedynym nowoczesnym i głęboko wierzącym człowiekiem, którego spotkał na swojej krętej drodze do samopoznania, okazał się mnich buddyjski. Czy to nie on jest kolejnym wcieleniem Buddy-Bujdy?


[…]

[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.