11/2019

Dariusz Nowacki

„Pokochaj takie widzenie świata. Innego nie ma”

Na otwarcie odautorskie wprowadzenie w formie listu do… Delfiny Potockiej, na zamknięcie Indeks istnień, osobliwy katalog, który powiadamia, że najważniejszymi figurami tej opowieści są Bóg, Deyna i Niemen (do tych trzech „istnień” mamy odwołań najwięcej). Mówiąc precyzyjnie, ów katalog wcale Noża nie zamyka, raczej pojawia się przed ścisłym finałem, gdyż po Indeksie istnień dostajemy jeszcze ramkę wskazującą na fotografię, której nie ma (takich ramek z informacją „brak ilustracji” jest tu więcej), oraz Notę o autorze. Ta ostatnia nie została zwyczajowo umieszczona na okładce bądź skrzydełku książki. Zawiera – jak czytamy – „dowody na istnienie Krzysztofa Bieleckiego”, a zatem stanowi integralną cząstkę tego przedsięwzięcia, „pracuje” tak jak inne suplementy, koncepty strukturalne (np. wewnętrzne podziały tekstu) czy zabiegi graficzne (np. czerwona czcionka użyta dla zaakcentowania niektórych słów, fraz bądź całych zdań). Mimo że nie wymieniłem wszystkich rozwiązań tego rodzaju (nazwijmy je niestandardowymi bądź nietypowymi), wolno chyba zapytać, czy Nóż odsyła do eksperymentu literackiego, czy ma coś wspólnego z pisarstwem „udziwnionym” lub „poszukującym”. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta; wszystko zależy od układu odniesienia. Bo jeśli pomyślimy o mniej lub bardziej odległych tradycjach polskiej prozy innowacyjnej, Nóż wyda się nam się kreacją nieledwie konwencjonalną, raczej „niewinną”, choć – przyznajmy – daleką od oczywistości czy prostolinijności. Ale kiedy weźmie się pod uwagę dzisiejszą kondycję naszej prozy, aktualne dominanty formalne czy najczęściej używane style… Ano właśnie – okazuje się, że naprawdę niewiele dziś trzeba, żeby być posądzonym o skłonności eksperymentatorskie.

W moim odczuciu Nóż żadnych poważniejszych „udziwnień” nie przynosi. Jeżeli w ogóle pozwala się skojarzyć z eksperymentem, to tylko w takim rozumieniu, że Bielecki pyta w tej powieści o możliwości i ograniczenia wypowiedzi o charakterze wspomnieniowo-nostalgicznym, krąży wokół problemów pamięci i dylematów związanych z literackim przywoływaniem przeszłości. Jak czytamy we wprowadzeniu: „Rzecz napisana jest na przekór donosicielom prostych historii – jakby życie było prostą historią. A nie jest. Nie ma przyczyn, nie ma skutków. Zarasta je trawa, ziemia i niebo. Jest niecierpliwy fragment, odprysk”. Innymi słowy, zadanie, które wyznaczył sobie pisarz („sięgnąć do dzieciństwa” – z tegoż wprowadzenia), nie może być prostą operacją. Wiadomo – pytać o przeszłość to w pierwszej kolejności zdać sprawę z najróżniejszych komplikacji, pułapek, mielizn, aporii czy iluzji. Nie dziwi więc, że zwracając się do adresatki przywołanego tu wprowadzenia, wyznaje: „Martwię się o swe dzieciństwo: o wyspę, brzeg i falę i o tę łódkę z papieru. Dokąd ją poniosło?”. Martwi się o dzieciństwo (raczej o jego obraz, jego powieściowe opracowanie), ponieważ dobrze wie, iż pojawią się trudności, napotka opór, nie będzie pewien tego, co wypowie, no i – co z góry zapowiada – ostatecznie dostaniemy jedynie „niecierpliwy fragment i odprysk”.

Raz jeszcze chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że to, co w Nożu samozwrotne, co składa się na metapoziom tej opowieści, nie jest wyrazem nastawień ekscentrycznych; formalnych poszukiwań też bym tu nie wypatrywał. To literackość tego wystąpienia daje znać o sobie, literackość tak strasznie dziś zaniedbywana, w wiodących nurtach prozy polskiej końca drugiej dekady XXI wieku właściwie nieobecna.

Po tej – chyba niezbędnej – rozbiegówce przejdźmy wreszcie do Boga, Deyny i Niemena, czyli najważniejszych konceptów, na których Nóż został ufundowany. Na początek weźmy tytułowy motyw – świetnie w tej powieści rozegrany. Nie tylko chodzi o to, że – jak czytamy na początku opowieści – „nożem można wszystko”, zarówno w sensie dosłownym (krajać, kaleczyć, pchnąć itd.), jak i przede wszystkim metaforycznym, i to od ujęć najprostszych (tu słowa piosenki Niemena Dziwny jest ten świat: „ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”), poprzez obiegowe frazeologizmy (jak nożem uciął), do ujęć bardziej skomplikowanych (np. nóż i przecinane oko, czyli powtórzenie słynnej sceny z Psa andaluzyjskiego Buñuela; mamy w powieści Bieleckiego takie zdarzenie). Tytułowy przedmiot jest także niezwykle produktywnym MacGuffinem – motywem nie do końca rozpoznanym i określonym, który spaja i dynamizuje fabułę. Nawiasem mówiąc, czyni to lepiej niż… trup Solskiego, małomiasteczkowego taksówkarza i uwodziciela. Przy kryminalnym kręgosłupie Noża warto się na chwilę zatrzymać.

Na pierwszy rzut oka pomysł Bieleckiego, by powiązać rozproszone wydarzenia i migotliwe sceny zbrodnią, wydaje się słaby. Przecież wybór kryminalnego rusztowania stał się dziś – by tak rzec – pierwszym wyborem wielu naszych pisarzy, prostym (chyba za prostym) chwytem fabularnym aktualizowanym setki razy, zwłaszcza w domenie prozy psychologiczno-obyczajowej. Kiedy jednak chwilę się nad tym pomysłem zastanowić, można dojść do wniosku, że u Bieleckiego mamy do czynienia z użyciem bodaj parodystycznym. Jest zbrodnia, ale śledztwo toczy się niemrawo, jak gdyby od niechcenia, ginie w odmętach spekulacji na temat barwnego życia Solskiego. Najintensywniej zaś rozważane są relacje z małoletnią córką ofiary, Liz, która z kolei – obok figury autobiograficznej, naszego nadrzędnego opowiadacza – jest centralną postacią Noża. Wszystko to sprawia wrażenie, jakby sam pisarz nie ufał chwytowi, co z kolei podsunęło mi myśl o parodii. Ale jednocześnie wcale się przy tej hipotezie nie upieram.

Najwyższa pora powiadomić o miejscu i czasie akcji. Znajdujemy się w rodzinnym miasteczku pisarza, w Kutnie, do którego opowiadacz ma stosunek co najmniej ambiwalentny. Z jednej strony pojawiają się takie oznajmienia, jak „Kutno smutnym kołem się toczy”, „Kutnem rządzi dziura. Dziura w drodze, dziura w dachu”, „Kutno było jak zraniony ptak”. Z drugiej zaś strony mamy do czynienia ze spojrzeniem typowego nostalgika, który próbuje uwznioślić przestrzeń, nie wyrzeka się ująć pozwalających się skojarzyć z mityzacją. Te ostatnie zabiegi cały czas są kontrolowane; niejednokrotnie nasz nostalgik samego siebie upomina – np. w ten sposób: „Miękką ściereczką przecierasz okulary. Zakładasz oczy 2018” (zdania wybite czerwoną czcionką, wyraźne wtrącenia metatekstowe). Kwestia czasu także jest złożona. Najoględniej rzecz ujmując, dzieciństwo opowiadacza przypada na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Do zbrodni na Solskim doszło pod koniec sierpnia 1977 roku i akurat ten wycinek czasowy (można by powiedzieć: końcówka tamtych wakacji) został uprzywilejowany. Pojawiają się nie tylko daty dzienne, ale gdzieniegdzie precyzyjnie zaznaczone zostały godziny i minuty (np. „sobota, 27 sierpnia 1977, 12:20”). Owa precyzja wynika z sugestii, że narrator ma rzekomo dostęp do akt procesowych, wyników sekcji zwłok Solskiego i innych dokumentów tego rodzaju. Jeżeli mord na taksówkarzu należy do fikcji (nie sposób zakładać, że jest inaczej), to i fikcyjna musi być „dokumentacja”, która zarazem staje się gwarantem prawdy o zdarzeniach, jakie rozegrały się w dzieciństwie i wczesnej młodości opowiadacza. À propos różnicy między dzieciństwem i wczesną młodością – tutaj również sprawy są świadomie, jak sądzę, zamazane. Dość pomyśleć o wymienionych już figurach („istnieniach”, używając terminologii Noża), czyli o Niemenie i Deynie. Przebój Dziwny jest ten świat pochodzi z roku 1967 (tak samo jak, kilkakrotnie przywoływany w powieści, album Beatelsów Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band), największe sukcesy piłkarskie Deyny – mam na uwadze te, o których mowa w powieści – są natomiast późniejsze o pięć czy nawet siedem lat. Można z tego wyciągnąć wniosek, że wyprawa w przeszłość podjęta po mniej więcej półwieczu musi rozegrać się w pewnej umowności. Czasu tamtego środowiska nie sposób zrekonstruować; „precyzja” w tym zakresie może być tylko fingowana (jak milicyjno-sądowa dokumentacja w sprawie Solskiego).

W starej i nie najlepszej powieści Lecha Majewskiego Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot Cudownej (1996), właśnie przenoszonej na ekran przez tego samego autora (stąd to skojarzenie), pojawiła się zaduma nad statusem takich figur („istnień”), jak tytułowa francuska aktorka. Najważniejsza myśl jest taka, że w odległych epokach (u Majewskiego wczesne lata sześćdziesiąte, u Bieleckiego późne lata sześćdziesiąte z przedłużeniem na kolejną dekadę) światowe lub lokalne gwiazdy kina, sportu, a zwłaszcza muzyki popularnej „wchodziły” w życie dojrzewających wtedy ludzi niemal w sensie dosłownym. Mimo że bardzo odległe, były na wyciągnięcie ręki. W Nożu sprawy mają się podobnie. Zarazem warto zaznaczyć, że Bielecki bynajmniej „gadżeciarzem” nie jest. Owszem, znajdziemy tu całkiem sporo artefaktów z epoki, mnóstwo popkulturowych śladów czy odprysków. To znaki – jeśli wolno tak powiedzieć – „pewności”, punkty orientacyjne na mapie wspomnień. Nawiasem mówiąc, im owe znaki starsze, mniej pewne, wymykające się pamięci, tym lepsze. Czytamy: „Ku jakimś łatwiznom świat zaczął zmierzać około 1975 roku. To tak wracając do Abby, a potem Studia 2, szerokich kołnierzyków i tańszego dowcipu. Jakoś się chyłkiem przeczuwało, że kosmonauci z Księżyca, orły Górskiego, Beatlesi czy Pink Floyd są starsi niż naprawdę. Do głosu doszły głosy typu: Ale klasa, brat cioteczny Savalasa, odsyłające do lamusa Mikulskiego i Raksę. Których jeszcze przykrywał płaszczem cwany gapa Columbo”.

Zmierzając do puenty, godzi się nawiązać do zdań z odautorskiego wprowadzenia, które umieściłem w tytule: „Pokochaj takie widzenie świata. Innego nie ma”. Pomijam dwuznaczność końcówki, czyli wątpliwość: idzie o widzenie świata czy o świat? Do czego odnosi się przekonanie, że innego nie ma? Otóż samo widzenie świata – tryb, model, sposób po prostu – jest tu najważniejsze. Materia, natura, specyfika owego świata (w domyśle: świata dzieciństwa) nie zaskakują, bo zaskoczyć nie mogą. W Nożu mamy wszystko, czego po narracji wspomnieniowo-nostalgicznej można się spodziewać: przeróżne formy wtajemniczenia, pierwszą miłość (obiektem westchnień Liz, rzecz jasna), religijne intuicje dziecka, przeróżne zachwyty i lęki; do tego dochodzi galeria miejscowych dziwaków, podwórkowe, chłopięce rytuały i w ogóle – powtórzę – wszystko, co wymusza tyleż konwencja literacka, co po prostu egzystencjalne doświadczenie, wszak prawdziwe jest zdanie, że każdy z nas miał swoje Kutno, zna skrzyżowanie Konopnickiej z Orzeszkową, strzygł włosy u pana Grembeckiego itd. Oryginalności bądź – ostrożniej – względnej zjawiskowości tego utworu należy szukać gdzie indziej. Powiedziałbym, że w napięciu, jakie autor konsekwentnie podtrzymuje od pierwszej do ostatniej strony. Najchętniej oddałbym to napięcie, posiłkując się jednym z „czerwonych” wyróżnień: „Ty, chłopiec 2018, patrzysz na chłopca 1975 i nie wierzysz. Lusterko cię przerosło”. I właśnie to permanentne zdziwienie, niedowierzanie sobie, czyli po prostu własnym słowom, jest w Nożu świetnie rozegrane.

Z trzech powieści, jakie Krzysztof Bielecki opublikował w XXI wieku (przed Nożem dostaliśmy GagatkaPrzepaść), rzecz komentowana w tym miejscu wydaje mi się najciekawsza, najbardziej artystycznie doniosła. Mniejsza nawet o metodę „widzenia świata” (zostawiam na boku dylemat, czy „innego nie ma”), o zamanifestowaną w tej powieści wrażliwość i przenikliwość, o efekty (zdobycze) wyprawy w przeszłość. Nóż bez wątpienia – jak podpowiada Anna Nasiłowska w nocie na okładce – jest „nieprzewidywalną przygodą poznawczą”, sęk w tym, że nie tylko dla doświadczonego pisarza w pewnym wieku, ale i – co najważniejsze – dla jego czytelników. Tego rodzaju frajdy lekturowej niewielu prozaików dziś dostarcza. Mówmy sobie prawdę – prawie nikt.

Krzysztof Bielecki: Nóż.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2019, s. 272.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.