03/2018

Leszek Bugajski

Półcienie

Debiut prozatorski teoretyka literatury i cenionego tłumacza Macieja Płazy był jednym z literackich wydarzeń 2015 roku. Szczęśliwie tom Skoruń został dostrzeżony i był nagradzany, a przynajmniej nominowany do rozmaitych nagród. Minęły dwa lata i Płaza wydał następną prozę – powieść Robinson w Bolechowie, na którą wielu czekało, a wielu innych z zawistną nadzieją spodziewało się, że nie dorówna ona debiutowi, zgodnie z nie do końca prawdziwym przeświadczeniem, że jedną książkę to każdy napisze, ale dopiero druga jest sprawdzianem talentu i zaświadcza o tym, że autor rzeczywiście jest pisarzem. Więc informacja podstawowa jest taka, że Płaza jest prawdziwym pisarzem. A druga, że generalnie poszerzył obszar literackiej obserwacji, jednocześnie zachowując urodę języka, która urzekła czytelników Skorunia (choć wielu, mniej wprawnych, na pewno odstraszyła, ale to zupełnie inna sprawa).

Jeśli już jestem przy Skoruniu – tamtą książkę krytyka umiejscowiła w nurcie powrotu polskiej literatury do wsi, który był echem czy „wstrząsem wtórnym” po nurcie chłopskim, ważnym kilkadziesiąt lat temu zjawisku w naszej literaturze. Płaza, pytany o to w licznych wywiadach, nie wyrażał sprzeciwu, zresztą nie miał powodu. Robinsonem w Bolechowie pokazuje, że wieś go fascynuje, ale nie zamierza dać się w jej obrębie zamknąć, a tym bardziej ograniczyć do niej swojego literackiego świata. Tu przypomniał mi się fragment jednego ze wspomnianych wywiadów, w którym autor powieści opowiadał, jak spacerował po sadzie pod Sandomierzem i przysłuchiwał się rozmowie człowieka z miasta z właścicielem sadu o „różnych ogrodniczych sprawach”. I wyznał:

Wtedy poczułem, że nie jestem ani w jednym świecie, ani w drugim. Pomyślałem, że jestem zupełnie inny niż mieszczuch, który być może pierwszy raz w życiu jest w sadzie; ale czułem się też już całkiem inny, niż mój kuzyn [właściciel sadu – przyp. LB]. Z jednej strony wykorzeniony, z drugiej niewkorzeniony gdzie indziej.


Wydaje mi się, że to jest jedno z kluczowych zwierzeń pisarza. Doszło do niego, gdy smakował sukces pierwszej książki i pewnie rozmyślał nad drugą albo już ją pisał. I właśnie, jak się teraz okazało, o tym jest powieść Robinson w Bolechowie, o ludziach „z jednej strony wykorzenionych, z drugiej niewkorzenionych gdzie indziej”. I o jeszcze kilku innych sprawach, poważnych, bo Płaza nie jest pisarzem żartownisiem, nie ukrywa się za ironią – przeciwnie, jeśli już pisze, to stara się pisać na poważnie, zgodnie z deklaracją, jaką kiedyś złożył: „Jestem za literaturą doniosłą i literaturą odpowiedzialną”. Oczywiście ironia i dowcip nie wykluczają doniosłości i odpowiedzialności, ale nie o to teraz chodzi. Tu wystarczy poprzestać na tym, że Płaza rozpisuje tę swoją powieściową galerię typów wykorzenionych, ale nie wkorzenionych na okres blisko stu lat, by stworzyć tło, na jakim zachodzi ten proces tracenia – jak to się mawia – małej ojczyzny. Ale uwaga, nie ma jego powieść ambicji socjologicznych, chodzi o czas i tło, w jakim i na jakim swoje depresje i wzloty przeżywają jego bohaterowie.

Zdumiał mnie przypadkowy zbieg okoliczności: Płaza zaczął swoją powieść w tym miejscu, w którym zakończył swoich Galicyan Stanisław Aleksander Nowak. Powieść Nowaka rozpisana jest na wiek XIX i kończy się w czasie I wojny światowej, gdy kolejny bohater jego opowieści odkrywa pismo i ulega przekonaniu, że wyjście z analfabetyzmu nobilituje, czyli doprowadził swoją opowieść do kresu kultury oralnej i początku – w środowisku wiejskim – narodzin kultury piśmienniczej. Płaza jakby posuwa się dalej tą drogą, jeden z bohaterów jego powieści, urodzony w czasie I wojny światowej, dwadzieścia lat później odkrywa sztukę i to, jak ona jest ważna, że można dla niej ryzykować życie, a nawet je oddać. Wspomniany bohater Nowaka też oddaje życie niejako „za pismo”, którego zresztą nie zdążył poznać, ale nie chciał uchodzić za niepiśmiennego, czyli gorszego, i zatajając swój analfabetyzm, poddał się wyrokowi śmierci, bo chciał umrzeć jako człowiek postrzegany przez innych za piśmiennego, chciał w ten sposób się nobilitować w ich oczach.

Przed takim wewnętrznie drastycznym wyborem nie stanął Stefan z powieści Płazy. Urodził się w momencie, gdy świat się walił i rodził na nowo w sensie przenośnym i dosłownym – w trakcie walk wojny światowej, więc w momencie, w którym kompletnie nie było wiadomo, jak się potoczą losy świata. Mogło się zdarzyć wszystko, przyszłość była niewiadoma. Czyli urodził się naznaczony chaosem. A później dorastał jako syn ogrodnika w majątku hrabiego, więc od dziecka był jakoś tam uwrażliwiany na urodę świata tego, który był mu dostępny, pomagał troszczyć się o tę jego urodę i ład, bo w pewnym sensie ogród zawsze był i jest estetyczną wizytówką pałacu.

Kiedy był już młodym mężczyzną, uczestniczył w ukrywaniu wielkiej kolekcji dzieł sztuki zebranej przez hrabiego. Hrabia – człowiek światowy i znający życie – wiedział, że zbliża się nowa wojna i że najeźdźcy połakomią się na jego skarby, zwłaszcza że ich „zwiadowcy” już go odwiedzali pod pozorem badań naukowych kolekcji. Stefan, gdy już zaczęła się okupacja i hrabia został pozbawiony majątku, obserwował, z jaką determinacją tamten bronił tajemnicy swoich zbiorów sztuki, jak wiele ryzykował, byle tylko nie dostały się one w ręce „trupich główek”. Aż w końcu zginął, wykonując szlachetny gest. To, co widział Stefan, przekładał na kategorię gry, tak mu było to łatwiej zrozumieć: hrabia grał o coś wielkiego (pomijając, że też o uratowanie swojego majątku), SS‑mani grali o ten majątek.

I w tę zabawę Stefan się wmyślał, rozbijał ją na kawałeczki, na gesty, których nie rozumiał […] robił to tak długo i uparcie, że gdy parę miesięcy później zza Wisły zaczął dobiegać huk dział, głuche dudnienie obracającego się po kamieniach świata, zdawało mu się, że ją rozumie, i wiedział też, że ta gra trwa wciąż, skoro najcenniejszy fant ciągle jest tam, gdzie jest, i […] nadchodzą nowi zabawnicy


– opowiada narrator tych fragmentów powieści. A kiedy już front przeszedł, pałac hrabiego został zrujnowany, Stefan


pomyślał sobie, że skoro zna już reguły tej gry, spróbuje w nią zagrać, on sam, nie wspólnie z ojcem, nie jako hrabiowski sługa, bo jak mówiono, hrabiów i tak miało już nie być.


To jest najważniejszy moment powieści Płazy, moment wielkiej przemiany Stefana, która miała zdeterminować także los jego córki i wnuka – przemiana podobna do „śmierci” Gustawa i „narodzin” Konrada. Tu „umiera” syn pałacowego ogrodnika i rodzi się człowiek może jeszcze nie do końca świadomy wagi sztuki, ale już ją przeczuwający, podejmujący zamiar zgłębienia jej tajemnic. Rodzi się nowy Stefan i w nową rzeczywistość wchodzi z „posagiem” – wiedzą o tym, gdzie jest ukryta kolekcja hrabiego. Ujawnia to nowej władzy, kończy studia i zostaje kustoszem muzeum, które powstaje w odbudowanym pałacu. Jest to więc niejako modelowy przykład awansu społecznego, jakich w powojennej Polsce było sporo. Ale awansu nie zakończonego standardową i fundującą nurt chłopski naszej prozy ucieczką ze wsi do miasta. Miasto dostarcza mu tylko narzędzi do powrotu, ze zdobytą w nim wiedzą Stefan wraca na wieś, bo czuje się związany z ujawnionym przez siebie skarbem sztuki (hrabiowskiej), którą udostępnia w swoim – bo tak je traktuje – muzeum.

Stefan sprawdza się na swoim stanowisku, zostaje przy tym domorosłym filozofem, wygłasza też poruszające profetyczne mowy do swojej rodziny. A jest nią córka i jej nieślubny syn, w drugiej partii powieści jej główny bohater i pierwszoosobowy narrator. Córka Łucja idzie w ślady ojca: studiuje historię sztuki, pracuje nad doktoratem, którego ostatecznie nie kończy, bo przeszkadza jej w tym macierzyństwo. Ona też wraca na wieś i pracuje w muzeum, a po śmierci ojca zostaje jego następczynią. Rozwija działalność, bo jako przedstawicielka następnego pokolenia nie uznaje już sztuki za coś wyodrębnionego ze świata, w którym żyje – przeciwnie, chce świat sztuki i świat wsi jakoś ze sobą zespolić. Zwłaszcza że równolegle do streszczanej tu przeze mnie historii rodzinnej zachodzą istotne przemiany polityczne i gospodarcze. Wieś, w której się to wszystko dzieje, podzielona jest na dwie części: gospodarską i pegeerowską. Po ustrojowej przemianie PGR upada, część mieszkańców bieduje, następuje czas dezintegracji społecznej, wyjazdów za pracą na Zachód, potem pojawiają się fundusze unijne i materialne odrodzenie wsi. Łucja jest wrażliwa na te procesy, na to, co dzieje się z ludźmi będącymi ich ofiarami i beneficjentami. Stąd ten pozytywistyczny element jej działalności, marginalny, co zrozumiałe, bo − po pierwsze − to jeden z wielu wątków powieści Płazy, a − po drugie − również z tego powodu, że na jej centralną postać wyrasta syn Łucji, Robert, i on zawłaszcza jej narrację.

Tak naprawdę to on jest narratorem całej powieści, ale kiedy opowiada historię swojej rodziny i opiera się na wspomnieniach nie swoich, okraszając je z pewnością wyobraźnią, mówi w trzeciej osobie. W pierwszej dopiero wtedy, gdy posługuje się swoją pamięcią i wtedy też jego opowieść staje się rozbudowana, pełna szczegółów, bo to przecież jego opowieść, nic go od niej nie oddziela, żadne cudze wspomnienia. Robert to wielki talent malarski, od dziecka włóczył się po okolicy ze szkicownikiem, ćwiczył rękę, uczył się patrzeć, a pierwszym recenzentem jego prac był Stefan. Potem studia malarskie i kariera – zostaje obwołany artystą, który odrodził realizm w malarstwie. Pomijając wielką rozmaitość możliwych subtelności, powiedzieć trzeba prosto, że ten realizm jego malarstwa wziął się z wiejskiego dzieciństwa, z krajobrazów, wśród których dojrzewał, scen, które obserwował – nic dziwnego, że Płaza tym, którzy chcieliby sobie wyobrazić twórczość powieściowego Roberta, dyskretnie podpowiada, by obejrzeli obrazy amerykańskiego malarza Andrew Wyetha.

Robert staje się gwiazdą, jego obrazy dobrze się sprzedają, ale w świecie artystycznego biznesu nie czuje się dobrze – z jednej strony jest w nim zanurzony, z drugiej nie zrywa kontaktów z wsią, za swoje najlepsze obrazy uważa portrety koleżanki z dzieciństwa, z którą łączy go tajemnicza, niedopowiedziana w powieści więź, choć uważny czytelnik może się domyślić jej istoty. Na jego przykładzie Płaza najwyraźniej pokazuje te rozterki, które miotają człowiekiem „wykorzenionym” i „niewkorzenionym gdzie indziej”. Rodzinna wieś to już w gruncie rzeczy nie jego świat, bo wyrósł z niej, ale uświadamia sobie, że jego światem nie jest również środowisko performerów, anarchistów, zbuntowanych artystów, handlarzy sztuką, mimo że nawet został mężem obrotnej marszandki i stał się bogatym człowiekiem. I tu, i tu czuje się nie na swoim miejscu. Wielkomiejski świat jest rozgadany, hałaśliwy, co go męczy i mierzi, ucieka z niego, wraca, miota się.

Pewnie, że autor z lekka miasto demonizuje, a wieś idealizuje, ale inaczej być nie może, bo los Roberta jest z góry określony. Tak mi się wydaje. Pod tym względem powieść niespodzianki nie sprawia. Nawet próba wyboru trzeciej drogi − wyprawa za ocean i ekstremalne doświadczenie zanurzenia się w „bieli” pustyni − nie uwalnia go od życiowego dylematu. Robert nie zatraci się w niej, zawróci. Można powiedzieć, że do korzeni i dalej jego los potoczy się rodzinną koleiną. Bo jednak bliższa jest mu – mimo zachodzących w niej przemian – spokojniejsza wieś. Tam każdy dźwięk coś znaczy, wielu słów nie potrzeba. Czego dowodzi postać wiejskiego kamieniarza, a więc też swego rodzaju artysty, który w ogóle wyrzekł się mowy. Artysty na miarę potrzeb powieściowej wsi.

No i tam może wreszcie Robert odkryć, kim jest jego ojciec, albo przynajmniej domyślić się, kto nim jest. Ten wątek, ukryty w powieści, dyskretnie nawiązuje do Skorunia – bez wiedzy o tym, kto jest jego ojcem, bohater powieści nie może dookreślić swojej tożsamości, ale matka konsekwentnie ukrywa przed nim prawdę. Nie wiadomo dlaczego. Zakończenie powieści podsuwa rozwiązanie tajemnicy, ale to nie jest do opowiedzenia, bo nie po to Maciej Płaza pisał tę powieść, by tu czy gdzie indziej zdradzać jej zakończenie.

Maciej Płaza: Robinson w Bolechowie.
Wydawnictwo WAB,
Warszawa 2017, s. 454.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.