07-08/2020

Piotr Kępiński

Portret z kobietami

Trochę obawiałem się tej książki. Stachura bez Andermana, Różańskiego i Satanowskiego? Bez tych wspomnień, które poniekąd ukształtowały nasze myślenie o autorze Całej jaskrawości? Czy można? Można. Bo zbiór tekstów o poecie opracowany przez Jakuba Beczka nie pomija tych najważniejszych dla Stachury przyjaciół – pisarzy, poetów – a tylko świetnie dopełnia tę drużynę inną, tą jakby z ubocza, tym samym sprawiając, że portret poety staje się pełniejszy, wielowymiarowy i – co ważne – niekoniecznie wyznawczy. Aczkolwiek, co też trzeba powiedzieć, bywa momentami męczący, monotonny i przewidywalny, zwłaszcza wtedy, kiedy autorzy piszą o detalach, które nic nie wnoszą i niczego nie wyjaśniają. Albo kiedy piszą tylko o sobie. Jest parę takich przypadków.

Niemniej jednak więcej jest w tej książce wspomnień, które wydobywają z życiorysu pozornie znanego nieznane fragmenty. I nawet jeżeli ocierają się one tylko o anegdotę, to budują obraz artysty może nie tyle zupełnie inny, ile inaczej oświetlony. A to ciekawe samo w sobie.

Jakub Beczek we wstępie do swojej książki napisał: „Pierwotny zamysł tomu zakładał zebranie reprezentatywnych wspomnień, wcześniej już drukowanych. W trakcie gromadzenia materiałów dotarłem jednak do wielu nowych osób, które Stachurę znały bądź tylko zetknęły się z poetą, co wystarczyło, żeby spotkanie pozostawiło w pamięci niezatarty ślad. Taka tendencja wpłynęła na przeorientowanie całej książki, a w konsekwencji na skompletowanie tekstów powstałych specjalnie do tego tomu. Niektórzy nigdy wcześniej nie byli o Stachurę pytani, natomiast osoby, które wypowiadały się już na temat poety, raz jeszcze podjęły próbę portretu, by z perspektywy lat wydobyć nowe aspekty i problemy”.

Są w tej książce wspomnienia osób, które, jak na przykład Krystyna Rodowska, zetknęły się ze Stachurą pięć razy, ale z tych rozmów potrafiły wyzyskać refleksje interesujące i niebanalne. Tłumaczka i poetka wspomina swoje ostatnie spotkanie z autorem Siekierezady, spotkanie przedziwne, ale i znaczące, i w kilku zdaniach, nie znając przecież poety, „po przyjacielsku” kreśli jego zachowanie, które więcej mówi o nim samym aniżeli długie wywody innych, zdawałoby się bliższych, znajomych. Stachura wrócił właśnie z drugiego pobytu w Meksyku. „Poszliśmy na kawę do kawiarni MDM na placu Konstytucji, potem chyba piliśmy jakieś wino, a nawet coś zjedliśmy. Ciekawe było to, że mówił wtedy do mnie cały czas po hiszpańsku. Ja podjęłam tę konwencję, ale myślałam, że będzie to trwało do jakiegoś momentu. Po pewnym czasie przestało mnie to bawić i powiedziałam coś w rodzaju: «Sted, to już może dosyć», ale on kontynuował. Pamiętam, że uparcie zwracał się do mnie mujer, czyli «kobieto», co mnie wyjątkowo denerwowało. Unikał mojego imienia”. Rodowska nazywa konwencję, którą Stachura się posługiwał, „przebraniem”. On sam sprawiał wtedy na niej wrażenie kogoś wyalienowanego, zamkniętego, choć – jak podkreśla – cały czas rozmawiali.

W relacjach innych kobiet, z którymi Stachura się spotykał, można usłyszeć podobne tony. Z jednej strony zaciekawienia, ale też ucieczki, lekkiego lekceważenia i wycofania. Janina Januszewska-Skreiberg, dziennikarka, autorka artykułów i szkiców, popularyzatorka kultury polskiej w Norwegii i norweskiej w Polsce, wspominała: „Gdy mieszkał u nas, to najczęściej przebywał z moim mężem. Kobiety go nie interesowały. Nawet we Wszystko jest poezja, w której przewijają się motywy wizyty w Oslo, przez cały czas pisze o moim mężu. Mnie wspomina rzadko, o co miałam nawet do niego pretensję i o czym mu powiedziałam”. Według Rodowskiej Stachura miał do kobiet stosunek ambiwalentny: „Z jednej strony je mitologizował, jakby nie kontaktował się z kobietą rzeczywistą, ale ze swoim wyobrażeniem. Tak było podczas wspomnianego spotkania. Miał przed sobą mit kobiety brzemiennej, kobiety «w stanie błogosławionym», na dodatek poetki. Odniosłam wrażenie, że kontaktował się wtedy bardziej z tym mitem niż ze mną. Myślę, że kobieta musiała go akceptować absolutnie, wielbić. Na tym polegał pewnie jego późniejszy konflikt z Zytą, która była przecież silną osobowością”. Stefan Ehrenkreutz, przytacza znaczące słowa Steda, które usłyszał od niego podczas jego pobytu w Stanach: „Nie jest ważne, kim jest kobieta, lecz czym (podkreślił to słowo) jest kobieta”.

Irena Małkowska, żona Ryszarda Milczewskiego-Bruna, która wspólnie z poetą prowadziła dom otwarty przy ulicy Kalinkowej w Grudziądzu, gdzie gościło wielu artystów, przypomina, że podczas pierwszej u nich wizyty Stachura bał się, że jedna ze znajomych będzie chciała zatrzymać go na noc. A to przecież on był tym, który wybiera i decyduje. On był kreatorem, kobieta zaś tylko narzędziem.

A o jego charakterze miało dobitnie świadczyć wydarzenie, które miało miejsce podczas pewnego Toruńskiego Maja Poetyckiego: „W pewnym momencie, przechodząc przed jakąś otwartą bramą, Sted zauważył pojemniki na śmieci. Były wypełnione popiołem. Był maj, pojemniki niezbyt gorliwie opróżniano. Sted zaproponował happening – obaj z Brunem wyniosą te pojemniki. Zapanowała ogólna wesołość, głównie w gronie młodzieniaszków. Bruno oczywiście rzucił się, mimo moich sprzeciwów, do wykonania «artystycznego» polecenia mistrza. Ciągnęli pojemniki, z których wysypywał się popiół. W pewnym momencie ktoś krzyknął: «Milicja!». Sted momentalnie puścił pojemnik z popiołem i «rozpłynął się», uciekając do pobliskiej bramy”.

Stachura usuwający się, rozpływający się na wietrze jest obecny w wielu tekstach książki Jakuba Beczka. W kilku wspomnieniach opisywany jest jako człowiek sprytny, twardo chodzący po ziemi, unikający konfliktów i interesowny. Jaki naprawdę był jego stosunek do kobiet? Czy był mizoginem? Czy je wykorzystywał? Tego do końca nie wiadomo. Ale jak przytomnie zauważył Edmund Pietryk, aktor i poeta, kobiety bardzo lubił. „Zresztą miał u nich ogromne powodzenie, tak jak Iredyński. Z tym że Edek traktował je delikatnie. Ale święty nie był, brał życie pełnymi garściami. Zyta mu wiele wybaczała”.

Zyta Oryszyn, świetna pisarka, żona poety (w latach 1962–1972), autorka znakomitego Ocalenia Atlantydy, zmarła w roku 2018. I tylko ona mogłaby na ten temat powiedzieć coś więcej, tylko jej wspomnienia mogłyby te opinie zrewidować albo zniwelować. Nie wiem, czy to o niej Beczek wspominał w przedmowie do książki, pisząc: „Niestety, kilku osób nie umiałem przekonać, aby ich wspomnienia wzbogaciły książkę. Część odmówiła swojego udziału (czasem po udzieleniu wstępnej zgody lub w momencie autoryzacji), wykazując jednak życzliwość i zainteresowanie. Niektóre rozmowy zostały przerwane i niepodjęte z przyczyn ode mnie niezależnych”. Domyślam się, że jako autor wytrawny i ciekawy chciał z Oryszyn rozmawiać. A ona odmówiła. Książka straciła, na pewno. Ale Stachura zyskał. Na zwielokrotnionej tajemniczości i niedopowiedzeniu.

O samej Zycie najcieplej wspomina w książce Zbigniew Machnicki , poeta, prozaik, dziennikarz, w latach sześćdziesiątych XX wieku związany z Orientacją Poetycką „Hybrydy”: „Stałem oparty o poręcz i patrzyłem, jak podchodzą do siebie. Dotykają się (miękko), patrzą sobie w oczy (rozmarzone), rozmawiają cicho, najciszej, bo tylko w ten sposób zakochani mogą sobie powiedzieć najwięcej. On chyba, jak zawsze, w dżinsach i zielonej kurtce, ona? Powinna być w białej bluzce, bo tego – jak dziś myślę – wymagała liryczna akcja, której byłem mimowolnym świadkiem. Spotkanie czułości (on) z niewinnością (ona). Studiowałem z nią na tym samym wydziale, choć na różnych kierunkach (ona filozofię), byłem na pierwszym roku, ona wyżej, ktoś zapytany o nazwisko ładnej dziewczyny powiedział mi, że to Zyta Oryszyn. Za niecałe dziesięć lat wyda swoją pierwszą powieść. Patrzyłem na tych dwoje i – powiem szczerze – zazdrościłem Stachurze tej miłości”.

I pewnie dlatego, że Stachurze wielu zazdrościło wszystkiego, to jego portret rozedrgany i niejednoznaczny. Janina Januszewska-Skrei­berg: „Był ambitny, ale i cholernie małostkowy”. Barbara Stawicka-Pirecka, tłumaczka i poetka: „[…] był zamknięty w sobie i mówił w sposób podsumowujący, jakby nie docierały do niego sygnały rzeczywistości. Nas już przy nim nie było, pozostawał sam. Próbowaliśmy znaleźć z nim porozumienie, ale się nie udawało. Sted miał jechać potem do siebie na Pragę, więc się pożegnaliśmy. Mario spojrzał wtedy na mnie i powiedział, że widzimy go chyba po raz ostatni. Zgodziłam się z tym i tak się rzeczywiście stało”.

Według Jerzego Plutowicza, poety i eseisty, prawdopodobnie wszystkie kłopoty Stachury wynikały z tego, że jak „tlenu łaknął bliskości, życzliwości, ale pod niepisanym warunkiem przyjęcia postawy pana i wyznawcy. Sytuację wyznawcy akceptował”. Niezależnie od tego, czy miał do czynienia z kobietą czy z mężczyzną. Chociaż pozycja kobiety, jak wynika z tekstów zamieszczonych w tej książce, była szczególniejsza, to nie znaczy, że lepsza.

Kto wie, czy kondycji duchowej poety nie wytłumaczył najlepiej Bolesław (Bolo) Kuźniak z Poznania, poeta, założyciel Wydawnictwa Brama, wspominając zauroczenie Stachury Krishnamurtim: „Próbowałem mu delikatnie wytłumaczyć, że nie ma on dostępu do świata duchowego, tylko porusza się w bańce własnej psychiki. Podczas tej rozmowy zaspokoiłem jednak jego największy kompleks bycia mistrzem, postawiłem się w roli ucznia. Cały czas zadawałem mu pytania, a on mógł być Krishnamurtim. Myślę, że to była jego największa obsesja – być mistrzem. Jedyne, co mnie zaniepokoiło, to jego egotyczność. Mówił do mnie, ale mnie nie zauważał, jakby mnie tam nie było. A on powiedział mi później, że miał ze mną świetne porozumienie. Byłem jedynie lustrem, w którym mógł się zobaczyć, samego lustra nie widział”.

Nic dodać, nic ująć, arcyciekawa konstatacja, która „naświetla” Stachurę z nieco innej strony. Dla takich wypowiedzi warto tę książkę czytać, bo wynika z niej jednoznacznie, że autor Siekierezady, wchodząc „tam gdzie świat ma kłopoty”, licząc, że swoją twórczością rozświetli przestrzeń (jak pisał Andrzej Moszczyński), gubił się w świecie i coraz bardziej go zaciemniał, a siebie zakleszczał. Dlaczego? Bo otaczał się lustrami. Zapewne tylko od czasu do czasu zdobywając się na dystans i wielkoduszność. Jak podczas pobytu w Budapeszcie. István Kovács, znakomity tłumacz, wspominał: „Pamiętam, że Stachura siedział przy stoliku na eleganckiej ulicy Váci, a przed nim nie było żadnej książki. Obok niego siedział chyba jakiś NRD-owski pisarz, przed którym leżały z kolei stosy książek wydanych z okazji Uroczystego Tygodnia Książek. Nagle przed Stachurą ustawiła się duża kolejka – ludzie przynieśli do podpisu własne Siekierezady. Trwało to prawie godzinę. W tym czasie u sąsiada Stachury nie pojawił się nikt, nie kupiono od niego żadnej książki. Z wyjątkiem jednej… Otóż w pewnej chwili kupił od niego książkę Stachura. Była to książka wydana po węgiersku. Stachura poprosił tego pisarza o dedykację. Przeżył to, że jego sąsiad – choć z niczyjej winy – mógł czuć się upokorzony”.

Czy wszystkie te przytoczone wspomnienia budują prawdziwszy portret Stachury? Wydaje się, że tak, przede wszystkim dlatego, że pozbawiony jest zadęcia. Widzimy człowieka z jego ułomnościami. Autor Całej jaskrawości nie jest już guru, bywa pozerem, szpanerem, leniem i nieskromnym naśladowcą. Widzimy poetę, z którego wielu się śmiało, ironizowało, nie akceptowało jego śpiewania, wymowy, nawet ubioru (ale ci w zdecydowanej mniejszości). Beczek dokonał ciekawego wyboru, ale przede wszystkim cieszyć się należy z tego, że zaprosił do tej dyskusji kobiety, te znane i te mniej znane. Dobrze, że one opowiedziały świat Stachury ze swojej pozycji, dotychczas zapoznanej. Naturalnie, nie dotknęliśmy wszystkiego. Nie wszystkie kwestie zostały poruszone. Ale przecież nie o to też chodziło.

Teraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach.
Wybór i opracowanie Jakub Beczek.
Bellona,
Warszawa 2020, s. 334.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.